Zatoka Ha Long.
Problem z wynajeciem przewodnika w Wietnamie jest taki, ze polowe tego co mowia po angielsku trzeba sie domyslic :) Nasz mowil bardzo slabo, a rozumielismy z tego 1/3...Do zatoki dojechalismy autokarem. Po drodze mijalismy duzo palm, pola ryzowe, male senne miasteczka, wygladalo to juz prawie na cieple kraje. Niestety w autokarze musielismy siedziec w kurtach, poniewaz jak powiedzial przewodnik, pojazd nie dysponowal ogrzewaniem. Terefere. Mijalismy rowniez bardzo ciekawe domy - wysokie na dwa pietra, szerokie na jedno okno i odpicowane (ale to doslownie odpicowane) tylko od fasady. Boki i tyl stanowily nieotynkowane, szare, obrzydliwe sciany. Fasady czesto pomalowane byly na jaskrawe kolory i mialy strasznie kiczowate, ale bogate zdobienia. Kojarzy mi sie to z wystrojem niektorych polskich sal weselnych :)
Kiedy dojechalismy nad zatoke troche padalo, bylo szaro i ... zimno, zalozylismy wiec czapki. W porcie banda pijanych lub skacowanych Australijczykow, rozebranych niemal do rosolu (szorty japonki i tiszerty) popijala piwko...
Ha Long pejzazowo bardzo przypomina Guilin, w ktorym bylismy w Chinach. Po zatoce rozsianych jest kilka tysiecy skal wapiennych/wysp. Owe zjawisko krasowe powstalo w taki sam sposob jak to w Guilin, a mianowicie skaly zostaly uformowane przez wycofujacy sie ocean, bagatela 2 miliony lat temu. Jedyna roznica jest obecnosc morza. Widoki sa tak piekne, ze nawet obrzydliwa pogoda nie byla w stanie ich zepsuc, chociaz to akurat tylko moja opinia, Bartek jej nie podziela.
Statek na ktory nas zaladowano byl stara drewniana lajba, z kajutami w dolnej czesci i wielka sala "balowa" i restauracja w jednym, na gorze (nasza kajuta tez byla na gorze, poniewaz zarzadalam wymiany, jako ze nie spelniala warunkow, ktore nam obiecano, a co!). Takich statkow jak nasz, po zatoce plywalo cale mnostwo. Kiedy spotykaly sie "na parkingu", czyli na przyklad w malym porcie, robil sie autentyczny statkowy korek. Lodki z racji tego, ze sa drewniane mogly w miare bezpiecznie sie ze soba zderzac, bez uszczerbu na urodzie. Zderzaly sie non stop, oczywiscie przy predkosci na szczescie na tyle malej, ze my rowniez nie doznawalismy zadnego uszczerbku. Zwiedzilismy jakas jaskinie na jedenej z wysp (nasza jaskinia Raj jest przy niej taaaaaaaka malutka...), udekorowanej dziesiatka kolorowych, kiczowatych swiatelek, poplywalismy kajakiem miedzy wyspami, co pomimo pogody okazalo sie bardzo przyjemnym zajeciem, nakarmiono nas malym lanczykiem, a potem mala kolacja i tak sie troche "pokrecilismy" po okolicy. Wieczorem oswiadczono nam, ze jesli chcemy miec ogrzewanie w kajutach to musimy doplacic 8 $. No coz, naciagaja na czym moga. Unieslismy sie honorem i stwierdzilismy, ze nie damy sie oszukac, wiec z godnoscia zmarzlismy tej nocy :) Zanim jednak poszlismy spac, nasi wietnamscy opiekunowie zorganizowali nam wieczor karaoke. Bylo smiesznie, zwlaszcza jak nasz przewodnik zostal namowiony na zaspiewanie YMCA, z czego umial poprawnie wymowic tylko "Y" :) Piosenki wietnamskie w wykonaniu naszej zalogi brzmialy tak, jakby byly strasznie falszowane, ale one chyba tylko tak brzmia. Gwiazda wieczoru byla Rosjanka, ktora jak sie juz dorwala do mikrofonu, to zaanektowala go na caly wieczor, az w koncu uznalismy, ze pora uciekac. Niestety kajute mielismy tuz przy sali balowej, takze spiewy, ryki i rzezenia towarzyszyly nam do pozna w nocy :)
Na drugi dzien bylo juz tylko sniadanie i plyniecie do Ha Long City, gdzie mial na nas czekac autokar. Wycieczka zupelnie nie warta swojej ceny (50$/os), chociaz gdyby swiecilo slonce i gdybysmy mogli wygrzac sie na gornym pokladzie, bylibysmy pewnie zupelnie innego zdania.
Statek na ktory nas zaladowano byl stara drewniana lajba, z kajutami w dolnej czesci i wielka sala "balowa" i restauracja w jednym, na gorze (nasza kajuta tez byla na gorze, poniewaz zarzadalam wymiany, jako ze nie spelniala warunkow, ktore nam obiecano, a co!). Takich statkow jak nasz, po zatoce plywalo cale mnostwo. Kiedy spotykaly sie "na parkingu", czyli na przyklad w malym porcie, robil sie autentyczny statkowy korek. Lodki z racji tego, ze sa drewniane mogly w miare bezpiecznie sie ze soba zderzac, bez uszczerbu na urodzie. Zderzaly sie non stop, oczywiscie przy predkosci na szczescie na tyle malej, ze my rowniez nie doznawalismy zadnego uszczerbku. Zwiedzilismy jakas jaskinie na jedenej z wysp (nasza jaskinia Raj jest przy niej taaaaaaaka malutka...), udekorowanej dziesiatka kolorowych, kiczowatych swiatelek, poplywalismy kajakiem miedzy wyspami, co pomimo pogody okazalo sie bardzo przyjemnym zajeciem, nakarmiono nas malym lanczykiem, a potem mala kolacja i tak sie troche "pokrecilismy" po okolicy. Wieczorem oswiadczono nam, ze jesli chcemy miec ogrzewanie w kajutach to musimy doplacic 8 $. No coz, naciagaja na czym moga. Unieslismy sie honorem i stwierdzilismy, ze nie damy sie oszukac, wiec z godnoscia zmarzlismy tej nocy :) Zanim jednak poszlismy spac, nasi wietnamscy opiekunowie zorganizowali nam wieczor karaoke. Bylo smiesznie, zwlaszcza jak nasz przewodnik zostal namowiony na zaspiewanie YMCA, z czego umial poprawnie wymowic tylko "Y" :) Piosenki wietnamskie w wykonaniu naszej zalogi brzmialy tak, jakby byly strasznie falszowane, ale one chyba tylko tak brzmia. Gwiazda wieczoru byla Rosjanka, ktora jak sie juz dorwala do mikrofonu, to zaanektowala go na caly wieczor, az w koncu uznalismy, ze pora uciekac. Niestety kajute mielismy tuz przy sali balowej, takze spiewy, ryki i rzezenia towarzyszyly nam do pozna w nocy :)
Na drugi dzien bylo juz tylko sniadanie i plyniecie do Ha Long City, gdzie mial na nas czekac autokar. Wycieczka zupelnie nie warta swojej ceny (50$/os), chociaz gdyby swiecilo slonce i gdybysmy mogli wygrzac sie na gornym pokladzie, bylibysmy pewnie zupelnie innego zdania.




















































