wtorek, 25 stycznia 2011

Dzien dobry Wietnamie!

Dawno, dawno temu... a dokladnie 10 stycznia o 5 rano pociag dowiozl nas do Hanoi na dworzec ... nie-centralny. Oznaczalo to dla nas znalezienie sie w obcym miescie (oraz panstwie), na totalnych przedmiesciach, bez grosza (donga) przy duszy i zadnego bankomatu w okolicy. Wrodzony zmysl Bartka do odnajdywania drogi nawet po ciemku, we mgle, a juz na pewno w obcym miescie, podpowiedzial nam ktoredy mamy isc. Po 2 godzinach spaceru po Hanoi (z plecakami oczywiscie), przekraczajac 2 kilometrowy most na Rzece Czerwonej (wygladajacy z bliska na calkiem prowizoryczny), w towarzystwie skuterow i uprawiajacych jogging Wietnamczykow (o 5 rano!!) doszlismy do celu, czyli do hostelu, ktory wypatrzylismy sobie wczesniej. Ciagnelismy za soba (a raczej Bartek) dwie urocze 19-letnie Norwezki (jedna byla sliczna, niebieskooka blondynka), ktore jak sie okazalo mialy zarezerwowane miejsca w tym samym hostelu co my. Hostel - The Drift Backpackers, ktory polecano nam jeszcze w Chinach okazal sie strasznie badziewny - byl typowa maszynka do robienia pieniedzy, bez klimatu i polotu. Obsluga byla powolna i niedoinformowana (moze dlatego, ze po czesci polska ;) ), nie mieli ogrzewania, bylo bardzo glosno i ogolnie niemilo i nie byla to tylko nasza opinia. Mielismy w trakcie wyjazdu hostele o wiele nizszym standardzie, w ktorych bylo super przyjemnie, chociaz na pierwszy rzut oka wygladaly jak ruina... Wiec gdybyscie kiedys jechali do Hanoi, nie nocujcie tam!! :)

Pozwiedzalismy troche miasto, a zwiedzanie zaczelismy oczywiscie od jedzenia. Bylo pyszne. Po chinskich potrawach, ktore stracily dla nas juz zupelnie smak, w koncu mielismy okazje zjesc cos naprawde wyrafinowanego. Niestety w Wietnamie porcje sa troche mniejsze, dlatego na zdjeciach wygladamy coraz szczuplej (Bartek o 8 kilo) :) Ogolnie miasto wydalo nam sie pozytywne, chociaz baaaaardzo zatloczone, z ogromna liczba skuterow, ktore z braku miejsca na jezdni jezdzily nawet po chodniku, trabiac na przechodniow, zeby ustapili im miejsca. Efekt byl taki, ze po dwoch godzinach spaceru totalnie bolaly nas glowy od spalin. W calym miescie WSZEDZIE porozwieszane byly wietnamskie flagi oraz mnostwo transparentow z sierpem i mlotem. W zeszlym roku Hanoi obchodzilo tysiaclecie istnienia i byc moze taka mnogosc "czerwonych" dekoracji wiazala sie wlasnie z tym jubileuszem. Poza tym ciekawa architektura - duzo domow pozostawionych w spadku przez Francuzow, duzo imponujacych rezydencji, przeplatajacych sie z biednymi domkami i wielkimi gmachami. Ogolnie miasto zrobilo na mnie bardzo pozytywne wrazenie. Ciezko moze powiedziec, ze jest piekne, ale na pewno ma klimat, ktorego brakowalo mi w miastach chinskich. Niestety naganiaczy bylo jeszcze wiecej niz w Chinach i niestety zdarzali sie tacy, ktorzy lapali za ramie, ale podobno najlepsza metoda jest ich ignorowac. Moze nie brzmi to bardzo grzecznie, ale niestety kazda inna metoda, kazde slowo zamienione z naganiaczem, kosztuje turyste kilka minut opedzania sie od niego. Nie zwiedzalismy zbyt wielu zabytkow, poniewaz zbyt wielu ich nie ma. Jedna z wiekszych atrakcji jest mauzoleum Ho Chi Minha, jednak w trakcie naszej podrozy widzeilismy juz jedna mumie i w zupelnosci nam to na razie wystarczy. Wielkiego Mao w Pekinie tez nie zaszczycilismy swa wizyta :) Pokrecilismy sie troche po uliczkach starego miasta - bardzo waskich i zatloczonych i odwiedzilismy salon Vespy, ktorych w Hanoi jest prawdopodobnie kilkadziesiat!! Wybralam sobie nawet jeden model, ale w ostatniej chwili zrezygnowalam z zakupu, bo przypomnielismy sobie, ze nie damy rady zapakowac sie na skuter wraz z naszym bujnym bagazem, a poza tym nie bylismy jeszcze gotowi do jazdy zderzak w zderzak z milionem innych wietnamiskich skuterow (bez przestrzegania jakichkolwiek zasad ruchu). Wieczorem zarezerwowalismy wycieczke do zatoki Ha Long. Tak, wiemy, troche wstyd, ale to byl najlepszy sposob, zeby troche z niej skorzystac i nie latac pol dnia za kims kto nas tam zabierze, wsadzi na statek, itd itd. Wycieczke wybralismy w wersji 2 dniowej, poniewaz zapowiadali chmury i deszcz.. Ku radosci Bartka, okazalo sie, ze jada z nami rowniez nasze dwie Norwezki.


Zatoka Ha Long.
Problem z wynajeciem przewodnika w Wietnamie jest taki, ze polowe tego co mowia po angielsku trzeba sie domyslic :) Nasz mowil bardzo slabo, a rozumielismy z tego 1/3...
Do zatoki dojechalismy autokarem. Po drodze mijalismy duzo palm, pola ryzowe, male senne miasteczka, wygladalo to juz prawie na cieple kraje. Niestety w autokarze musielismy siedziec w kurtach, poniewaz jak powiedzial przewodnik, pojazd nie dysponowal ogrzewaniem. Terefere. Mijalismy rowniez bardzo ciekawe domy - wysokie na dwa pietra, szerokie na jedno okno i odpicowane (ale to doslownie odpicowane) tylko od fasady. Boki i tyl stanowily nieotynkowane, szare, obrzydliwe sciany. Fasady czesto pomalowane byly na jaskrawe kolory i mialy strasznie kiczowate, ale bogate zdobienia. Kojarzy mi sie to z wystrojem niektorych polskich sal weselnych :)
Kiedy dojechalismy nad zatoke troche padalo, bylo szaro i ... zimno, zalozylismy wiec czapki. W porcie banda pijanych lub skacowanych Australijczykow, rozebranych niemal do rosolu (szorty japonki i tiszerty) popijala piwko...

Ha Long pejzazowo bardzo przypomina Guilin, w ktorym bylismy w Chinach. Po zatoce rozsianych jest kilka tysiecy skal wapiennych/wysp. Owe zjawisko krasowe powstalo w taki sam sposob jak to w Guilin, a mianowicie skaly zostaly uformowane przez wycofujacy sie ocean, bagatela 2 miliony lat temu. Jedyna roznica jest obecnosc morza. Widoki sa tak piekne, ze nawet obrzydliwa pogoda nie byla w stanie ich zepsuc, chociaz to akurat tylko moja opinia, Bartek jej nie podziela.
Statek na ktory nas zaladowano byl stara drewniana lajba, z kajutami w dolnej czesci i wielka sala "balowa" i restauracja w jednym, na gorze (nasza kajuta tez byla na gorze, poniewaz zarzadalam wymiany, jako ze nie spelniala warunkow, ktore nam obiecano, a co!). Takich statkow jak nasz, po zatoce plywalo cale mnostwo. Kiedy spotykaly sie "na parkingu", czyli na przyklad w malym porcie, robil sie autentyczny statkowy korek. Lodki z racji tego, ze sa drewniane mogly w miare bezpiecznie sie ze soba zderzac, bez uszczerbu na urodzie. Zderzaly sie non stop, oczywiscie przy predkosci na szczescie na tyle malej, ze my rowniez nie doznawalismy zadnego uszczerbku. Zwiedzilismy jakas jaskinie na jedenej z wysp (nasza jaskinia Raj jest przy niej taaaaaaaka malutka...), udekorowanej dziesiatka kolorowych, kiczowatych swiatelek, poplywalismy kajakiem miedzy wyspami, co pomimo pogody okazalo sie bardzo przyjemnym zajeciem, nakarmiono nas malym lanczykiem, a potem mala kolacja i tak sie troche "pokrecilismy" po okolicy. Wieczorem oswiadczono nam, ze jesli chcemy miec ogrzewanie w kajutach to musimy doplacic 8 $. No coz, naciagaja na czym moga. Unieslismy sie honorem i stwierdzilismy, ze nie damy sie oszukac, wiec z godnoscia zmarzlismy tej nocy :) Zanim jednak poszlismy spac, nasi wietnamscy opiekunowie zorganizowali nam wieczor karaoke. Bylo smiesznie, zwlaszcza jak nasz przewodnik zostal namowiony na zaspiewanie YMCA, z czego umial poprawnie wymowic tylko "Y" :) Piosenki wietnamskie w wykonaniu naszej zalogi brzmialy tak, jakby byly strasznie falszowane, ale one chyba tylko tak brzmia. Gwiazda wieczoru byla Rosjanka, ktora jak sie juz dorwala do mikrofonu, to zaanektowala go na caly wieczor, az w koncu uznalismy, ze pora uciekac. Niestety kajute mielismy tuz przy sali balowej, takze spiewy, ryki i rzezenia towarzyszyly nam do pozna w nocy :)
Na drugi dzien bylo juz tylko sniadanie i plyniecie do Ha Long City, gdzie mial na nas czekac autokar. Wycieczka zupelnie nie warta swojej ceny (50$/os), chociaz gdyby swiecilo slonce i gdybysmy mogli wygrzac sie na gornym pokladzie, bylibysmy pewnie zupelnie innego zdania.

niedziela, 23 stycznia 2011

Chinskie rozne roznosci

gorny poklad (czyli sun deck) chinskiego hard-sleepper'a


idealny ksztalt mostu do powrotow z imprez


miejsca siedzace dla pasazerow taxi - w bagazniku Pajero

trudy podrozowania

Da Vinci czy Di Caprio?

to nie miseczka ryzu. to eksponat muzealny. bazcenna waza z przepieknymi zdobieniami z czasu dynastii Ming. oczywiscie zakurzona i zabezpieczona gustowna zylka. tak to jest w Chinach...

obsluga kliena na niskim poziomie, doslownie. doslownie tez musialem na kolanach blagac o bilety w tej kasie kolejowej ;)

Made in China

Chinczycy
Podsumowujac nasz pobyt w Chinach chcialabym zaznaczyc, ze nie, nie znienawidzielismy tego kraju i wszystkich jego mieszkancow, chociaz z niektorych opisow moze tak wynikac. Codziennie tlumaczylam sobie, ze taka jest ich kultura i ze nie wszyscy ludzie mieszkajacy w Kraju Srodka sa tacy sami jak ci, z ktorymi mamy kontakt - takimi, ktorzy chca na nas zarobic... Spotkalismy tez wiele osob, ktore bezinteresownie nam pomagaly, np krzyczaly za nami, ze wsiadamy do zlego autobusu (wiedzac zapewne z jakiego zazwyczaj korzysta wiekszosc turystow...), te ktore znaly angielski pomagaly nam zrozumiec tych poslugujacych sie tylko chinskim itd... Oczywiscie zapamietuje i opisuje sie glownie tych, ktorzy zrobili na nas wielkie wrazenie, nawet jesli nie jest ono do konca pozytywne :) Jak juz pisalam w ktoryms z postow niektore zachowania Chinczykow, byly dla nas dosc szokujace. Ciezko sie przyzwyczaic do ich plucia i charchania, do halasu, ktory robia wokol siebie, smiecenia, pchania sie i taranowania w przejsciach. Czasem mozna rowniez stracic cierpliwosc, kiedy przez kilkanascie godzin non stop czlowiek czuje sie bacznie i bez zenady obserwowany. Kiedys w metrze postanowilam przetrzymac wlepiony w nas wzrok jednej pani - trwalo to ladnych kilkanascie sekund, po czym pani nie bardzo chyba wiedzac co ma zrobic, wybuchnela smiechem. Dobre i to :) Robienie sobie z nami zdjec bylo najmniej uciazliwym elementem tego przedstawienia, powiedzmy, ze nawet troche nas smieszylo :)

Dzieci
Bardzo pozytywnie za to zaskoczylo mnie to jak Chinczycy traktuja dzieci. Z racji swoich zainteresowan (czysto naukowych!!), mam taki nawyk, ze ukratkiem obserwuje sobie rozne dzieci i ich rodzicow. Znacie chinskie prawo, ze Chinczycy moga posiadac tylko jednego potomka? Wiecie zapewne, ze za sprawa Konfucjusza wszyscy chca aby ten potomek byl plci meskiej? Nie zauwazylam jednak zadnej roznicy w traktowaniu przez rodzicow chlopcow i dziewczynek. W ogole Chinczycy niesamowiecie czule, lagodnie i z ogromna cierpliwoscia odnsza sie do swoich pociech. Raz tylko zauwazylam, zeby mama krzyczala na swoje dziecko (ale chyba byla nienormalna, a tak sie przynamnie zachowywala). Tak poza tym super spokoj, zen, pelne zrozumienie. Mogliby pouczyc niektorych Polakow... Jesli chodzi o dzieci mielismy dosc zabawna przygode, a raczej mial ja Bartek. Ha! Sekunde po tym jak wylozylam mu swoja teorie na temat traktowania dzieci przez Chinczykow, podeszly do nas dwie dziewczynki proszac o pieniadze. Zdarzalo sie to juz kilkakrotnie, jednak te byly wyjatkowo nachalne i nie chcialy odpuscic. Moja jakos jeszcze dala sie odgonic, jednak ta Bartka, kiedy ten pozostawal gluchy na jej prosby, niewiele myslac uczepila sie jego nogi jak mala malpka i nie chciala jej puscic... Wygladalo to niesamowicie komicznie, a moze raczej tragikomiczne. Mina Bartka - bezcenna. Na szczescie zebrzacych dzieci na ulicach jest stosunkowo niewiele, a przynamniej w miejscach w ktorych my mielismy okazje poprzebywac.

Psy
Z czym nam Europejsczykom kojarza sie Chiny? Z jedzeniem psow oczywiscie! W zadnej restauracji, w menu ktore bylismy w stanie zrozumiec nie spotkalismy sie z daniami z miesa psa. Stereotyp ten jest jednak tak silnie we mnie zakorzeniony, ze przez pierwsze pare dni w Chinach, kiedy widzialam osobe wyprowadzajaca swojego pieska na spacer, nie moglam sie nadziwic jak to jest w ogole mozliwe. Malo tego, chinskie pieski domowe sa ubierane w futerka, bluzy z kapturem, a nawet buciki! Prawie wszystkie sa oczywiscie mniej lub bardziej rasowe i strasznie wymuskane, wypieszczone. Na wsiach ludzie w obejsciach rowniez maja pieski i chociaz nie sa moze juz tak bardzo rasowe i nie za bardzo czyste, sa traktowane dobrze i nikt sie nad nimi nie pastwi. (I nie, nie mam obsesji na punkcie psow, chyba po prostu jak sie ma wlasnego w domu, to zwraca sie uwage na ich niedole :) )

Propaganda
Chinska Republika Ludowa bardzo dumna jest ze swoich dokonan i nie omieszka na kazdym kroku tego podkreslic! Chiny maja swoje stacje telewizyjne zajmujace sie szerzeniem propagandy, maja plakaty, spoty reklamowe, itd...W kazdym miejscu odwiedzanym przez turystow, przy kazdym opisie przyrody i zabytkow, musi zostac umieszczony opis tego jak bardzo ChRL przysluzyla sie do rozwoju/ochrony/odbudowy/utrzymania danej atrakcji. Bylo to naprawde tak namolne, ze az smieszne. Naszym ulubionym opisem propagandowym byl ten, ktory zostal umieszczony przy Armii Terakotowej. Po dlugim opisie tego, jak zostala wykonana bron wojownikow zasilajacych szeregi armii, zamieszczono podsumowanie jak to Chinczycy nauczyli sie chromowac stal kilkaset lat temu, podczas gdy Niemcy i Amerykanie dokonali tego dopiero w XX wieku! Caly opis okraszony byl wykrzyknikiem: "How amazing it is!" (towarzyszy on nam teraz przy kazdej okazji, kiedy cos bardzo, ale to bardzo nam sie podoba :))

Podroze
Opis podrozowania po Chinach moglby stanowic oddzielny rozdzial ksiazki... To co sie dzieje w chinskich autobusach/pociagach/autokarach/metrze jest niesamowita przygoda, a kazdy z wymienionych srodkow transportu ma na dodatek swoja specyfike.
Jak juz pisalam, w pociagach Chinczycy jedza, sluchaja glosno muzyki, bardzo glosno rozmawija, pluja sobie czasem, spia chrapiac w nieboglosy, kradna (nie moglam sie powstrzymac) i nigdy, ale to przenigdy nie czytaja. Czy to w lepszych, czy gorszych klasach, nigdy nie widzielismy nikogo z ksiazka czy gazeta. Chinczycy nie buntuja sie rowniez nigdy przeciwko dziwnym zasadom obowiazujacym w srodkach transportu i stosuja sie do nich z beznamietnym wyrazem twarzy. W pociagach chinskich panuje rowniez niepohamownay handel. Co piec minut przejezdza wozek z: owocami, gazetami, piciem, obiadem, gadzetami, zabawkami, itd itd. Za kazdym razm przechodzac przez korytarz, pan wozkowy lub pani wozkowa krzyczy w nieboglosy reklamujac swoj towar. W pociagach sypialnych swiatlo i muzyke wylaczaja o 23, a wlaczaja o... 6 rano. Muzyka poza godzinami nocnymi gra wszedzie i zawsze (prawdopodnobnie towarzyszy jej jakas propaganda, bo ciagle jakis glos cos tam sobie nawija, ale nie jestesmy w stanie stwierdzic tego na pewno). Od klasy pociagu zalezy rowniez jakosc muzyki. Raz mielismy okazje posluchac nawet walca wiedenskiego, co przyjelismy z niejaka rozkosza... W pociagach sypialnych mozna podrozowac albo w klasie lepszej, dla tzw spiacych lekko - sa to soft sleepper'y, gdzie lozek na dany przedzial jest tylko 4. Mozna tez podrozowac w klasie gorszej, na tzw hard sleepper'ach (6 kuszetek na przedzial - na 3 poziomach w dwoch rzedach) - roznica w cenie jest dwukrotna nie trudno wiec domyslic sie jaka wybieralismy opcje. Wbrew pozorom kuszetki nie sa tragicznie male, tak wiec Bartek tylko troche musial sie zwijac do snu. Chyba najgorzej bylo spac pod sufitem, poniewaz w zaden sposob nie mona sie bylo wyprostowac, usiasc, mozna bylo tylko lezec i z bliskiej odleglosci kontemplowac sufit...
Jazda w autokarze to inna historia. Sam komfort podrozy jest ok. Lokalne drogi w Chinach sa za to straszne i czesto patrzac na to co robi kierowca zamykalam oczy. Drogi lokalne buduja na klikunastocentymentrowym wzniesieniu, bez absolutnie zadnego pobocza. Nietrudno wyobrazic sobie co sie dzieje, kiedy ktos zle skalkuluje manerw wyprzedzania. Kolejnym problemem jest sklonnosc do choroby lokomocyjnej Azjatow. Krotko mowiac, po krotkim czasie od momentu ruszenia, Chinczycy zaczynali wymiotowac. Nie wszyscy na raz, ale co najmniej jeden w trakcie kazdego przejazdu. Nie patyczkuja sie z zadnymi woreczkami, haftuja bezposrednio na podloge i ew. potem cos na tym stawiaja... Pewnego razu mialam ochote zamordowac pewna mamusie trzymajaca na kolanach swojego kilkuletniego synka. Napchala go najpierw pierogami, potem przez cala droge chlopiec sam dopychal sie cukierkami, a potem jeszcze mama nakarmila go bula. W efekcie chlopiec zwymiotowal klika razy, a mama przykrywala to za kazdym razem nowa porcja gazet. Chyba nie wpadla na pomysl, ze moze jest to dla niego troche meczace.
Podrozowanie metrem i autobusem miejskim mozna podsumowac w kilku slowach: tlum, scisk, bezpardonowe pchanie sie i walka o miejsce... No ale gdzies te miliard trzysta milionow osob musi przebywac, a czasem wszyscy na raz przebywali w tym samym wagoniku metra co my :)

Jedzenie
O jedzeniu rowniez mozna pisac duzo i namietnie. Oczywiscie nie udalo sie uniknac kliku wpadek, jak np pewnego wieczoru w Pekinie, kiedy pomimo menu angielskiego zamowilismy sobie niemilosiernie ostre... sciegna. Po prostu nie wiedzielismy co to znaczy tendon. Nie polecam, sa twarde, nie maja smaku i ciagna sie jak guma. Tzn mialy smak chili - tak intensywny, ze az spuchly nam usta. Na drugi dzien po owej wpadce, zamawialismy jedzenie z menu obrazkowego. Wydawalo mi sie, ze zamawiam kurczaka, na stol wjechaly pluca. Przelknelam kilka kesow - ku chwale ChRL :) W Yangshuo z kolei, znow pomimo menu po angielsku na stol wjechalo mi cos na co nawet bym nie chciala patrzec poza talerzem. Tym razem byl to blad w tlumaczeniu. W opisie dania, widnialo, ze dostane wolowine, z ryzem i czerwona fasola - po angielsku "kidney bean". Domyslacie sie juz pewnie co mialam w misce zamiast fasoli? Staralam sie byc dzielna i sprobowac, ale ten typ mieska jest jeszcze twardszy od sciegien, wiec wszystko wydlubalam i odlozylam na bok. Mlody Chinczyk, ktory nas obslugiwal spojrzal na mnie zdegustowany i powiedzial: Wy ludzie z zachodu nie jecie takich rzeczy, co? Hehe
Tak poza tym jedzenie chinskie nie jest az tak pyszne jak mielismy nadzieje, ze bedzie. Czesto smak byl tak subtelny, ze dla nas niewyczuwalny, czesto bylo bardzo tluste i ciezkie. Bardzo fajne byly wypieki, roznego rodzaju ciastka i babeczki. Fajne byly dania mniejszosci etnicznych. A tak poza tym ryz, makaron z ryzu, wodka z ryzu, wszystko z ryzu. Mamo ja chce bigos ;)


I to by bylo na tyle naszej chinskiej przygody. Kraj jest ogromny (przejechalismy ok. 5 tysiecy km), wszystko ma ogromne, blokowiska ma ogromne (zabawnie wygladaja ogromne bloki mrowiska, ktore sa zwienczone fantazyjnymi wiezyczkami), ludzi, samochodow, rowerow i skuterow jest wszedzie niesamowicie duzo. Nie pojechalismy do Szanghaju ani do Hong Kongu. Wyszlismy z zalozenia, ze miasto to jednak tylko miasto i wolimy poprzebywac na lonie ntury. Natura w Chinach jest przepiekna i tam gdzie nie zostala skazona reka czlowieka (a niestety obecnosc betonowych slupow i okropnych kabli odnotowalismy nawet w Wawozie Skaczacego Tygrysa) jest po prostu AMAZING!!!!

A tytul naszego bloga to cytat, ktory pochodzi z chinskiego pociagu. Kiedy poznym wieczorem wpakowalismy sie do pociagu, ktory mial nas zawiezc z Pekinu do Xi'an i zmeczeni przysiedlismy na krzeselkach w przejsciu, jakas minute po starcie pojawila sie zblazowana pani wozkowa. Szla sobie niemrawo przez korytarz i pokrzykiwala cos po chinsku, az do momentu, kiedy doszla do nas. Na nasz widok, zrobila najwieszy na swiecie usmiech i gromko krzyknela: "Hello! Banana?"

* po angielsku kidney to nerka.

Koniec Chin na zdjeciach

Dali z oddali


Dali z bliska

Water Gate

restauracja inna niz wszystkie

Jangszuo

tu bylam: Jola Rutowicz




pod gora

Moon Hill. tak - bylismy na samym szczycie

prawie jak w wenecji



rzadki przypadek tratwy bambusowej zrobionej z bambusa. w wiekszosci to PVC ;)

nasi szanghajowi wybawcy

a na polskich banknotach tylko krolowie.... wiec zostaje tylko wizyta na Wawelu ;)

Znikajaca empetrojka i 20 yuanow

Po wizycie u tygrysa, czekalo nas kilka dni przemieszczania przeplecionego mini zwiedzaniem. Wrocilismy do Lijang, przespalismy sie i w locie zwiedzilismy je rano. W nocy oczywiscie bylo zimno (azurowe zdobienia w drzwiach przy temperaturze kilku stopni), ale kochalam nasz hostel za elektryczne koce, w kazdym lozku. Z Lijang jest podobnie jak z Chengdu - jest odpicowana na blysk starowka, ktora przyciaga tlumy turystow i winduje ceny. Historia tej starowki jest jednak troche inna, nikt raczej nie chcial jej burzyc, zrobilo to ogromne trzesienie ziemi w 1996, ktore zrownalo z ziemia pol miasta. Ku zdziwnieniu mieszkancow okazalo sie, ze najmniej ucierpialy stare, tradycyjnie zbudowane, drewniane domy. Postanowili wiec odbudowac to co popadlo w ruine wlasnie w starym stylu, co trzeba przyznac nadaje miastu niesamowity urok i klimat (choc komercyjny).
Po poludniu ruszylismy do Dali, kolejnego miasta z handlowa starowka, ktora wyglada bardzo ladnie w nocy, ale przytlacza iloscia straganow, sprzedawcow i naganiaczy.

Kolejny dzien znow musielismy w calosci przeznaczyc na podrozowanie, naszym celem bylo Guilin, miejsce gdzie kroluja przepiekne wzgorza wapienne, tworzace krajobraz jak z bajki. Pierwszy etap podrozy pociagiem przebiegl bez wiekszych zaklocen, jesli uznac, ze piec siedzacych obok nas i trajkoczacych przez 5 godzin kobiet to nie zaklocenie :) Strasznie wkurzyla mnie tez pani konduktor, ktora przyczepila sie do tego, ze z naszych plecakow lezacych na gornych polkach pod sufitem, zwisaja szelki. Pomijam juz fakt, ze zaden Chinczyk nie mial nawet szans zahaczyc o nie glowa.... Pani konduktor stanela na przeciwko i karcacym glosem zaczela nas strofowac po chinsku, na co ja odpowiedzialam jej wzburzonym tonem po polsku i tak sobie pokonwersowalysmy. Do nastepnego pociagu wchodzilam z postanowieniem, ze nie bede sie negatywnie nastawiac, bede pozytywnie myslec i wtedy podroz na pewno minie przyjemniej i bedzie dobrze. Nawet zasypialam z mysla, ze tak bardzo lubie jezdzic pociagiem noca, ze jest tak przyjemnie.... Nastepnego dnia rano mina zrzedla mi bardzo szybko, kiedy zauwazylam, ze moj odtwarzacz mp3, (z ktorym to zasypialam majac pozytywne mysli na temat chinskich pociagow) wyparowal. Myslalam jeszcze, ze moze spadl na podloge, zaplatal sie w posciel, ze w przyplywie lunatykowania, ktore mi sie nigdy nie zdarza, schowalam go do plecaka. Nic z tego, ktos sie nim poczestowal i na wieki wiekow odtwarzacz zyskal nowego wlasciciela. Nie wiem kto sie na niego skusil, zwazajac na to, ze byl to stary i nic nie warty. Zreszta niewazne ile mial lat i ile byl wart, byl moj... No coz, tak myslelismy, ze pewnie w trakcie podrozy ktos nam kiedys w koncu cos zakosi... Niestety nie sposob sie na cos takiego przygotowac. Bylam tak zla, ze nie potrafilam sie nawet w 100 procentach cieszyc faktem, ze jestem w moim wymarzonym Guilin.
A tak miedzy Bogiem a prawda nie zatrzymalismy sie w Guilin (miescie), tylko 60 km dalej w Yangshuo (podobno mekka bakpakersow - wiem, brzmi strasznie). Niestety przywital nas chlod i szaruga. Nad miastem wisialy ciezkie chmury i nie wygladalo tak jakby pogoda miala sie zmienic przez najblizszy tydzien. Podolowalam sie wiec jeszcze troche i w koncu postanowilam, ze dosyc tego, jakis wredny czlowiek, ktory siegnal po moja wlasnosc oraz pogoda, na ktora nie mamy zadnego wplywu nie beda mi psuly humoru (i przy okazji Bartkowi, ktory musial wysluchiwac przez pol dnia jak bardzo jestem oburzona i jak jest mi przykro :) ). Zaplanowalismy sobie wycieczki na najblizsze kilka dni i poszlismy spac z nadzieja, ze nowy dzien przyniesie odrobine slonca. Nasz pokoj w hostelu nawet byl ogrzewany, chociaz wystepowalo w nim dziwne zjwisko - od klimy ogrzewalo sie tylko pol pokoju - gorna jego polowa, tak, ze na dolnych lozkach bylo lodowato, za to na gorze cieplo jak w tropikach (teraz juz wiemy jak cieplo jest w tropikach :P ).

Pierwszeo dnia w Yangshuo wynajelismy rowery i pojechalismy odwiedzic wzgorze o nazwie Moon Hill - czemu sie tak nazywa macie okazje zaobserwowac na zdjeciu :) Wycieczka nie byla zbyt forsowna, dojechalismy pod gore w godzine, potem czekal nas jeszcze spacer i podchodzenie pol godziny pod sama gore (po schodach!). Oczywiscie postanowilismy sie na nia wdrapac, przy sciezce wiodacej na gore napotkalismy jednak napis : "No passenger allowed!" ;) Poniewaz nie czulismy sie w zadnym stopniu pasazerami czegokolwiek, weszlismy na sciezke cieszac sie w duchu, ze lamiemy chinski zakaz (jakos jestem na ich absurdalne zasady strasznie cieta). Z gory roztaczal sie pieeekny widok (tez zapraszamy do fotek, ktore niestety wygladaja troche szaro) i nie szkodzil mu nawet fakt, iz wszystko bylo spowite we mgle - powiedzmy, ze wrecz dodawalo to pejzazowi specyficznego klimatu i tajemniczosci... Po Moon Hillu pojechalismy droga przez wsie i wzdluz rzeki Li i znow pomimo brzydkiej pogody zachwycilismy sie krajobrazem. Niestety zamiast piosenki, ktora przygotowalam sobie do sluchania na te okazje, musialam posluchac chinskiej muzyki - charchajacego i plujacego nieopodal pana Chinczyka...
Na drugi dzien zaplanowalismy trekking wzdluz rzeki Li, z miejscowosci noszacej nazwe Yang Di i oddalonej od naszego Yangshuo o jakies 30 km. Czekaly nas 3 przeprawy promem, ktorego niestety nie bylo. W ogole poza naganiaczami, ktorzy zachecali do skorzystania z ich uslug i przeplyniecia tratwa z "bambusa" nie bylo na przystani nikogo innego. Tratwa z bambusa byla tak naprawde tratwa z dlugich rur z PVC imitujacych bambus i nawet nie za bardzo pomalowanych w stylu bambusowym... Chcac nie chcac musielismy skorzystac z uslug naganiaczy (bardziej nie chcac, bo sa straszliwie namolni). Sam trekking byl bardzo przyjemny i tylko przed 3 przeprawa promem, mielismy troche problemow z uzgodnieneim zadowalajacej nas ceny. Na szczescie w sukurs przyszla nam grupa mlodych Chinczykow, ktorzy zaczeli sie o nas ... klocic. Kobieta bedaca mozgiem naganiaczy wrzeszczala swoje, a chlopak (jak sie potem okazalo mieszkaniec Szanghaju) swoje. Wrzeszczala jeszcze co jakis czas dziewczyna towarzyszaca chlopakowi, tak wiec nie moglo sie nie udac - weszlismy na tratwe za te sama cene co Chinczycy, z radosnym poczuciem, ze w koncu nikt nas nie wykorzystuje! Mlody Chinczyk przegonil swoich znajomych z lawki stojacej w pierwszym rzedzie, usadowil nas tam z radosna mina i chociaz bardzo slabo znal angielski, co jakis czas pokazywal nam jakies wzgorze i mowil jak sie ono nazywa. Bylo to naprawde super przyjemne, ze ktos jest dla nas zyczliwy i nie chce wyciagnac od nas pieniedzy :) A jeszcze pol godziny wczesniej smielismy sie z nich troche (szli przed nami w trakcie trekkingu), poniewaz w ich grupie byly dwie dziewczyny, z ktorych jedna maszerowala w botkach na obcasach (po pagorkowatym terenie), a druga latala jak opetana i strasznie piszczala... Nasi tymczasowi znajomi namowili nas na pozostanie na tratwie i splynecie rzeka az do docelowej miejscowosci - Xing Ping. Pozwolilo nam to zobaczyc okolice z innej perspektywy, wiec chociaz skrocil nam sie troche trekking, bylismy z tej decyzji zadowoleni. Przy samym Xing Ping jest miejsce, ktorego widoczek widnieje na banknocie 20 juanowym, z czego Chinczycy nie omieszkali zrobic atrakcji turystycznej! Wszyscy kreca sie z banknotami w dloni, porownuja je do widoczku prawdziwego i robia sobie z nimi zdjecie. Prawda, ze dobry pomysl na nakrecenie turystyki? :) (Na kazdym banknocie widnieje rowniez niestety wizerunek Mao, ale co zrobic...)

9 stycznia wyjechalismy z Yangshuo i znow caly dzien mielismy spedzic w drodze, tym razem juz do Wietnamu... Poza tym, ze w autokarze, ktorym jechalismy w pierwszym etapie podrozy pekla opona nie wydarzyo sie nic ciekawego. Mielismy troche opoznienia, ale na szczescie wyrobilismy sie na pociag, ktory mial nas juz wiezc do Hanoi. Na granicy zapomnieli nam powiedziec, ze musimy wysiasc ze wszystkimi rzeczami, wiec wszyscy inni psazerowie czekali na nas i dwie Norwezki, az wysiadziemy i laskawie sie odprawimy. Nie sprawdzali nam bagazu i w ogole malo sie nami interesowali. O 5 rano dojechalismy do Hanoi, ale to juz zupelnie inna historia...



Poludnie Chin w obrazach

Stone Forest - na liscie UNESCO a niszczony przez Chinczykow






terasy w Wawozie Skaczacego Tygrysa

blokada drogi ryzykowna dla zycia

WSK


baby, i can see your halo

Chin kreta droga do postepu


livin on the edge


"water full" - tak bylo to miejsce opisane na mapie


Jangcy w dole

czytanie I listu Sw Bartosza apostola do Chinczykow: Bracia! ....

kamien po ktorym skakal tygrys

Jangcy z bliska

na szlaku

poczatek/koniec wawozu

sobota, 22 stycznia 2011

Przyczajony smok, skaczacy tygrys

Lijang to baza wypadowa do jednego z ciekawszych trekkingowo miejsc w Chinach. Mowa tu o Wawozie Skaczacego Tygrysa. Jest to przelom rzeki Jangcy (ale nie ten gdzie jest zapora, tylko znacznie wczesniej), w ktorym utworzyl sie kanion o glebokosci ponad 3km. Otaczaja go szczyty po 5500 m npm, a wiec sceneria jest niezla. Dojazd trwal ok 3h, dwoma malutkimi chinskimi busikami, z malutkimi siedzonkami, z niziutkim dachem (tak, zaliczylem go glowa kilkadziesiat razy), po malej chinskiej drozce z OGROMNYMI, azjatyckimi dziurami. Po dotarciu na miejsce spodziewalismy sie typowo chinskiej, turystycznej, wyasfaltowanej trasy, ale na szczescie okazalo sie, ze jest zupelnie inaczej: dziko i pusto. Co wiecej, brakowalo jakichkolwiek oznaczen wiec ciezko bylo znalezc odpowiedni szlak. Poziom rzeki jest na wys ok 1600 m npm, nasza sciezka natomiast miala sie wspiac pierwszego dnia na wys 2600 m npm. Co bardziej leniwi/bogaci/grubi turysci wynajmowali sobie lokalesow, ktorzy wwozili ich na koniach. My natomiast twardo na wlasnych nogach pod gore, przez tzw 28 bends, czyli 28 zakosow na "szczyt". Przed szczytem wszystkie te, odpoczywajace tutaj, konie zatarasowaly waska sciezke sciezke i zrobila sie interesujaca sytuacja: koniecznosc miniecia od tylu 15 koni, z ktorych kazdy moze cie kopnac, a konsekwencja tego bylby lot jakies 1500m w dol... Jedno z nas postanowilo, ze jednak nie przejdzie, wiec poczekalismy na stajennego i grupke innych turystow i dopiero wtedy, troche w stresie, przeszlismy newralgiczny odcinek. To byly najwieksze trudnosci technicze na calym szlaku ;) A szlak jest naprade ciekawy, z dobrym widokiem na 5-tysieczniki i ponad 1km powyzej nurtu Jangcy (norweskie fiordy moga sie schowac). Mija odciete od swiata gorskie wioski, bywa przepascisty, lawiniasty, poprzecinany wodospadami. Nice. Na godzine przed zapadnieciem zmroku dotarlismy do gorskiej osady na nocleg. Na wysokosci 2500m npm temperatura mocno spadla, oczywiscie nie bylo cieplej wody ani ogrzewania, nawet prad byl tylko przez chwile bo z dieslowskich generatorow, a wiec byla to dla mnie zdecydowanie najzimniejsza noc na calym wyjezdzie. Na szczescie wlasciciele rozpalili male ognisko na podworzu, wiec przed pojsciem spac (oczywiscie w komplecie zimowych ubran na sobie) mozna sie bylo troche dogrzac. Poranek z super widokami i sloncem, a wiec droga byla bardzo przyjemna. Powoli rozpoczelo sie zejscie do glownej drogi, jakiej 500m powyzej rzeki. Postanowilismy zejsc na sam dol wawozu, a ze czasu zostalo nam niewiele, to musielismy narzucic mocne tempo, wyprzedzajac po drodze wszystkich chinskich turystow. Zejscie okazalo sie wymagajace, byly nawet lancuchy. Na dole mieszane uczucia: z jednej strony moc Jangcy, ktora zweza sie w tym miejscu ze 100m do 20m, co daje potezne fale, rapidy i predkosc. Sa tez ogromne glazy na srodku rzeki. To od nich bierze sie nazwa Wawozu Skaczacego Tygrysa - legenda glosi ze tygrys uciekajac przed mysliwym wskoczyl na jeden z tych glazow, a nastepnie na drugi brzeg rzeki. Podobno dla Chinczykow to mega wazna legedna. Pewnie cos jak nasz smok wawelski. Ta druga, nieciekawa strona to ta, ze pazerni Chinczycy zyczyli sobie zaplaty za wejscie na kazdy mostek, kazdy kamien, kazde miejsce widokowe, z ktorego mozna zrobic zdjecie. Mimo, ze kwoty nie byly duze, to strasznie nas to irytowalo. Tym bardziej, ze to wszystko lewizna - zadnych biletow, rachunkow, kas fiskalnych. Dodam tylko, ze i tak na teren calego parku narodowego obowiazywal bilet wstepu...

Po wdrapaniu sie z powrotem do glownej drogi wynajelismy z Anglikami terenowe Pajero zeby wydostac sie z wawozu. Przypominam, ze Pajero jest przystosowane do przewozu 4 osob (+kierowca), ale nie przeszkodzilo to Chinczykowi zabrac osob siedem. 3 malutkie taboreciki w bagazniku mialy zalatwic sprawe ;). Potem przesiadka na autobus i powrot do Lijang.

PRC photos vol. 2

konduktor sprzedajacy w pociagu latarki do... uszu!

panda1

panda2

panda3

przedszkole pandowe - pandemia

Mao ci jeszcze?

ku chwale Chinskiej Republiki Ludowej

single.pl w wersji off-line

chinskie Hawajanasy

dzielnica czerwonych...lampionow

...oraz czerwonych....cos tam


kto by pomyslal ze trafi na okladke?

hard-sitter experience

czystosc w pociagach po chinsku