Lijang to baza wypadowa do jednego z ciekawszych trekkingowo miejsc w Chinach. Mowa tu o Wawozie Skaczacego Tygrysa. Jest to przelom rzeki Jangcy (ale nie ten gdzie jest zapora, tylko znacznie wczesniej), w ktorym utworzyl sie kanion o glebokosci ponad 3km. Otaczaja go szczyty po 5500 m npm, a wiec sceneria jest niezla. Dojazd trwal ok 3h, dwoma malutkimi chinskimi busikami, z malutkimi siedzonkami, z niziutkim dachem (tak, zaliczylem go glowa kilkadziesiat razy), po malej chinskiej drozce z OGROMNYMI, azjatyckimi dziurami. Po dotarciu na miejsce spodziewalismy sie typowo chinskiej, turystycznej, wyasfaltowanej trasy, ale na szczescie okazalo sie, ze jest zupelnie inaczej: dziko i pusto. Co wiecej, brakowalo jakichkolwiek oznaczen wiec ciezko bylo znalezc odpowiedni szlak. Poziom rzeki jest na wys ok 1600 m npm, nasza sciezka natomiast miala sie wspiac pierwszego dnia na wys 2600 m npm. Co bardziej leniwi/bogaci/grubi turysci wynajmowali sobie lokalesow, ktorzy wwozili ich na koniach. My natomiast twardo na wlasnych nogach pod gore, przez tzw 28 bends, czyli 28 zakosow na "szczyt". Przed szczytem wszystkie te, odpoczywajace tutaj, konie zatarasowaly waska sciezke sciezke i zrobila sie interesujaca sytuacja: koniecznosc miniecia od tylu 15 koni, z ktorych kazdy moze cie kopnac, a konsekwencja tego bylby lot jakies 1500m w dol... Jedno z nas postanowilo, ze jednak nie przejdzie, wiec poczekalismy na stajennego i grupke innych turystow i dopiero wtedy, troche w stresie, przeszlismy newralgiczny odcinek. To byly najwieksze trudnosci technicze na calym szlaku ;) A szlak jest naprade ciekawy, z dobrym widokiem na 5-tysieczniki i ponad 1km powyzej nurtu Jangcy (norweskie fiordy moga sie schowac). Mija odciete od swiata gorskie wioski, bywa przepascisty, lawiniasty, poprzecinany wodospadami. Nice. Na godzine przed zapadnieciem zmroku dotarlismy do gorskiej osady na nocleg. Na wysokosci 2500m npm temperatura mocno spadla, oczywiscie nie bylo cieplej wody ani ogrzewania, nawet prad byl tylko przez chwile bo z dieslowskich generatorow, a wiec byla to dla mnie zdecydowanie najzimniejsza noc na calym wyjezdzie. Na szczescie wlasciciele rozpalili male ognisko na podworzu, wiec przed pojsciem spac (oczywiscie w komplecie zimowych ubran na sobie) mozna sie bylo troche dogrzac. Poranek z super widokami i sloncem, a wiec droga byla bardzo przyjemna. Powoli rozpoczelo sie zejscie do glownej drogi, jakiej 500m powyzej rzeki. Postanowilismy zejsc na sam dol wawozu, a ze czasu zostalo nam niewiele, to musielismy narzucic mocne tempo, wyprzedzajac po drodze wszystkich chinskich turystow. Zejscie okazalo sie wymagajace, byly nawet lancuchy. Na dole mieszane uczucia: z jednej strony moc Jangcy, ktora zweza sie w tym miejscu ze 100m do 20m, co daje potezne fale, rapidy i predkosc. Sa tez ogromne glazy na srodku rzeki. To od nich bierze sie nazwa Wawozu Skaczacego Tygrysa - legenda glosi ze tygrys uciekajac przed mysliwym wskoczyl na jeden z tych glazow, a nastepnie na drugi brzeg rzeki. Podobno dla Chinczykow to mega wazna legedna. Pewnie cos jak nasz smok wawelski. Ta druga, nieciekawa strona to ta, ze pazerni Chinczycy zyczyli sobie zaplaty za wejscie na kazdy mostek, kazdy kamien, kazde miejsce widokowe, z ktorego mozna zrobic zdjecie. Mimo, ze kwoty nie byly duze, to strasznie nas to irytowalo. Tym bardziej, ze to wszystko lewizna - zadnych biletow, rachunkow, kas fiskalnych. Dodam tylko, ze i tak na teren calego parku narodowego obowiazywal bilet wstepu...
Po wdrapaniu sie z powrotem do glownej drogi wynajelismy z Anglikami terenowe Pajero zeby wydostac sie z wawozu. Przypominam, ze Pajero jest przystosowane do przewozu 4 osob (+kierowca), ale nie przeszkodzilo to Chinczykowi zabrac osob siedem. 3 malutkie taboreciki w bagazniku mialy zalatwic sprawe ;). Potem przesiadka na autobus i powrot do Lijang.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz