wtorek, 25 stycznia 2011

Dzien dobry Wietnamie!

Dawno, dawno temu... a dokladnie 10 stycznia o 5 rano pociag dowiozl nas do Hanoi na dworzec ... nie-centralny. Oznaczalo to dla nas znalezienie sie w obcym miescie (oraz panstwie), na totalnych przedmiesciach, bez grosza (donga) przy duszy i zadnego bankomatu w okolicy. Wrodzony zmysl Bartka do odnajdywania drogi nawet po ciemku, we mgle, a juz na pewno w obcym miescie, podpowiedzial nam ktoredy mamy isc. Po 2 godzinach spaceru po Hanoi (z plecakami oczywiscie), przekraczajac 2 kilometrowy most na Rzece Czerwonej (wygladajacy z bliska na calkiem prowizoryczny), w towarzystwie skuterow i uprawiajacych jogging Wietnamczykow (o 5 rano!!) doszlismy do celu, czyli do hostelu, ktory wypatrzylismy sobie wczesniej. Ciagnelismy za soba (a raczej Bartek) dwie urocze 19-letnie Norwezki (jedna byla sliczna, niebieskooka blondynka), ktore jak sie okazalo mialy zarezerwowane miejsca w tym samym hostelu co my. Hostel - The Drift Backpackers, ktory polecano nam jeszcze w Chinach okazal sie strasznie badziewny - byl typowa maszynka do robienia pieniedzy, bez klimatu i polotu. Obsluga byla powolna i niedoinformowana (moze dlatego, ze po czesci polska ;) ), nie mieli ogrzewania, bylo bardzo glosno i ogolnie niemilo i nie byla to tylko nasza opinia. Mielismy w trakcie wyjazdu hostele o wiele nizszym standardzie, w ktorych bylo super przyjemnie, chociaz na pierwszy rzut oka wygladaly jak ruina... Wiec gdybyscie kiedys jechali do Hanoi, nie nocujcie tam!! :)

Pozwiedzalismy troche miasto, a zwiedzanie zaczelismy oczywiscie od jedzenia. Bylo pyszne. Po chinskich potrawach, ktore stracily dla nas juz zupelnie smak, w koncu mielismy okazje zjesc cos naprawde wyrafinowanego. Niestety w Wietnamie porcje sa troche mniejsze, dlatego na zdjeciach wygladamy coraz szczuplej (Bartek o 8 kilo) :) Ogolnie miasto wydalo nam sie pozytywne, chociaz baaaaardzo zatloczone, z ogromna liczba skuterow, ktore z braku miejsca na jezdni jezdzily nawet po chodniku, trabiac na przechodniow, zeby ustapili im miejsca. Efekt byl taki, ze po dwoch godzinach spaceru totalnie bolaly nas glowy od spalin. W calym miescie WSZEDZIE porozwieszane byly wietnamskie flagi oraz mnostwo transparentow z sierpem i mlotem. W zeszlym roku Hanoi obchodzilo tysiaclecie istnienia i byc moze taka mnogosc "czerwonych" dekoracji wiazala sie wlasnie z tym jubileuszem. Poza tym ciekawa architektura - duzo domow pozostawionych w spadku przez Francuzow, duzo imponujacych rezydencji, przeplatajacych sie z biednymi domkami i wielkimi gmachami. Ogolnie miasto zrobilo na mnie bardzo pozytywne wrazenie. Ciezko moze powiedziec, ze jest piekne, ale na pewno ma klimat, ktorego brakowalo mi w miastach chinskich. Niestety naganiaczy bylo jeszcze wiecej niz w Chinach i niestety zdarzali sie tacy, ktorzy lapali za ramie, ale podobno najlepsza metoda jest ich ignorowac. Moze nie brzmi to bardzo grzecznie, ale niestety kazda inna metoda, kazde slowo zamienione z naganiaczem, kosztuje turyste kilka minut opedzania sie od niego. Nie zwiedzalismy zbyt wielu zabytkow, poniewaz zbyt wielu ich nie ma. Jedna z wiekszych atrakcji jest mauzoleum Ho Chi Minha, jednak w trakcie naszej podrozy widzeilismy juz jedna mumie i w zupelnosci nam to na razie wystarczy. Wielkiego Mao w Pekinie tez nie zaszczycilismy swa wizyta :) Pokrecilismy sie troche po uliczkach starego miasta - bardzo waskich i zatloczonych i odwiedzilismy salon Vespy, ktorych w Hanoi jest prawdopodobnie kilkadziesiat!! Wybralam sobie nawet jeden model, ale w ostatniej chwili zrezygnowalam z zakupu, bo przypomnielismy sobie, ze nie damy rady zapakowac sie na skuter wraz z naszym bujnym bagazem, a poza tym nie bylismy jeszcze gotowi do jazdy zderzak w zderzak z milionem innych wietnamiskich skuterow (bez przestrzegania jakichkolwiek zasad ruchu). Wieczorem zarezerwowalismy wycieczke do zatoki Ha Long. Tak, wiemy, troche wstyd, ale to byl najlepszy sposob, zeby troche z niej skorzystac i nie latac pol dnia za kims kto nas tam zabierze, wsadzi na statek, itd itd. Wycieczke wybralismy w wersji 2 dniowej, poniewaz zapowiadali chmury i deszcz.. Ku radosci Bartka, okazalo sie, ze jada z nami rowniez nasze dwie Norwezki.


Zatoka Ha Long.
Problem z wynajeciem przewodnika w Wietnamie jest taki, ze polowe tego co mowia po angielsku trzeba sie domyslic :) Nasz mowil bardzo slabo, a rozumielismy z tego 1/3...
Do zatoki dojechalismy autokarem. Po drodze mijalismy duzo palm, pola ryzowe, male senne miasteczka, wygladalo to juz prawie na cieple kraje. Niestety w autokarze musielismy siedziec w kurtach, poniewaz jak powiedzial przewodnik, pojazd nie dysponowal ogrzewaniem. Terefere. Mijalismy rowniez bardzo ciekawe domy - wysokie na dwa pietra, szerokie na jedno okno i odpicowane (ale to doslownie odpicowane) tylko od fasady. Boki i tyl stanowily nieotynkowane, szare, obrzydliwe sciany. Fasady czesto pomalowane byly na jaskrawe kolory i mialy strasznie kiczowate, ale bogate zdobienia. Kojarzy mi sie to z wystrojem niektorych polskich sal weselnych :)
Kiedy dojechalismy nad zatoke troche padalo, bylo szaro i ... zimno, zalozylismy wiec czapki. W porcie banda pijanych lub skacowanych Australijczykow, rozebranych niemal do rosolu (szorty japonki i tiszerty) popijala piwko...

Ha Long pejzazowo bardzo przypomina Guilin, w ktorym bylismy w Chinach. Po zatoce rozsianych jest kilka tysiecy skal wapiennych/wysp. Owe zjawisko krasowe powstalo w taki sam sposob jak to w Guilin, a mianowicie skaly zostaly uformowane przez wycofujacy sie ocean, bagatela 2 miliony lat temu. Jedyna roznica jest obecnosc morza. Widoki sa tak piekne, ze nawet obrzydliwa pogoda nie byla w stanie ich zepsuc, chociaz to akurat tylko moja opinia, Bartek jej nie podziela.
Statek na ktory nas zaladowano byl stara drewniana lajba, z kajutami w dolnej czesci i wielka sala "balowa" i restauracja w jednym, na gorze (nasza kajuta tez byla na gorze, poniewaz zarzadalam wymiany, jako ze nie spelniala warunkow, ktore nam obiecano, a co!). Takich statkow jak nasz, po zatoce plywalo cale mnostwo. Kiedy spotykaly sie "na parkingu", czyli na przyklad w malym porcie, robil sie autentyczny statkowy korek. Lodki z racji tego, ze sa drewniane mogly w miare bezpiecznie sie ze soba zderzac, bez uszczerbu na urodzie. Zderzaly sie non stop, oczywiscie przy predkosci na szczescie na tyle malej, ze my rowniez nie doznawalismy zadnego uszczerbku. Zwiedzilismy jakas jaskinie na jedenej z wysp (nasza jaskinia Raj jest przy niej taaaaaaaka malutka...), udekorowanej dziesiatka kolorowych, kiczowatych swiatelek, poplywalismy kajakiem miedzy wyspami, co pomimo pogody okazalo sie bardzo przyjemnym zajeciem, nakarmiono nas malym lanczykiem, a potem mala kolacja i tak sie troche "pokrecilismy" po okolicy. Wieczorem oswiadczono nam, ze jesli chcemy miec ogrzewanie w kajutach to musimy doplacic 8 $. No coz, naciagaja na czym moga. Unieslismy sie honorem i stwierdzilismy, ze nie damy sie oszukac, wiec z godnoscia zmarzlismy tej nocy :) Zanim jednak poszlismy spac, nasi wietnamscy opiekunowie zorganizowali nam wieczor karaoke. Bylo smiesznie, zwlaszcza jak nasz przewodnik zostal namowiony na zaspiewanie YMCA, z czego umial poprawnie wymowic tylko "Y" :) Piosenki wietnamskie w wykonaniu naszej zalogi brzmialy tak, jakby byly strasznie falszowane, ale one chyba tylko tak brzmia. Gwiazda wieczoru byla Rosjanka, ktora jak sie juz dorwala do mikrofonu, to zaanektowala go na caly wieczor, az w koncu uznalismy, ze pora uciekac. Niestety kajute mielismy tuz przy sali balowej, takze spiewy, ryki i rzezenia towarzyszyly nam do pozna w nocy :)
Na drugi dzien bylo juz tylko sniadanie i plyniecie do Ha Long City, gdzie mial na nas czekac autokar. Wycieczka zupelnie nie warta swojej ceny (50$/os), chociaz gdyby swiecilo slonce i gdybysmy mogli wygrzac sie na gornym pokladzie, bylibysmy pewnie zupelnie innego zdania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz