czwartek, 9 czerwca 2011

Złota głowa pustelnika

Mt Kyaiktiyo, to miejsce święte dla wyznawców buddyzmu. Wiąże się z nim pewna legenda, która jest według mnie bardzo urocza. Podobno w trakcie swoich wędrówek po Azji Budda dotarł również na tereny obecnego Myanmaru. Podarował swój włos napotkanemu pustelnikowi, który to z kolei oddał go panującemu królowi Tissie. Nakazał królowi znalezienie kamienia, w kształcie swojej głowy i ukrycie włosa Buddy w stupie, która zostanie wybudowana na jego czubku… Król posiadający nadprzyrodzone cechy, znalazł taki kamień na dnie morza. Głaz znalazł się na górze w cudowny sposób, a łódź, która przetransportowała go pod górę, podobno zamieniła się w kamień. Kamień ten do dziś można podziwiać gdzieś poniżej głazu, ale szczerze mówiąc nie dopatrzyliśmy się niczego, co by choć trochę przypominało kształtem łódź. Summa summarum, głaz w kształcie głowy mnicha, pozłocony przez wiernych, dynda sobie teraz nad przepaścią i nie mam pojęcia jak się tam utrzymuje. Wygląda to naprawdę dość niesamowicie i nieprawdopodobnie. Właściwie jedynym mankamentem naszego pobytu tam był fakt, że nie mogłam podejść pod sam głaz i go dotknąć, ponieważ kobieta to istota niższa i mogłabym swoją obecnością zbezcześcić to święte miejsce. Niestety religia buddyjska zawiera w sobie tego typu elementy szowinistyczne i z tego co słyszeliśmy, nie tylko mnie takie zwyczaje wydają się barbarzyńskie. Wiele kobiet wyznania buddyjskiego uważa, że nie ma powodu do dyskryminacji ich płci, niestety jak na razie nie mają wystarczającej siły przebicia. Jakoś przełknęłam tę gorzką pigułkę braku tolerancji i zadowoliłam się robieniem zdjęć Bartkowi swawolącemu przy kamieniu.

Niektórzy omijają to święte miejsce, jako leżące na uboczu głównych tras zwiedzania i wymagające poświecenia sporej ilości czasu. Nie było jednak mowy, żebyśmy my również je ominęli, ponieważ miejsce to było kolejnym z moich marzeń podróżniczych. Z tej samej książki co fotografia Guilin, która zainspirowała mnie dawno temu do podróży do Chin, pochodziło zdjęcie złotego głazu. Pamiętam, że kiedy przeczytałam jego historię, a potem spojrzałam na kraj, w którym jest położony i zobaczyłam nazwę: Myanmar – pomyślałam sobie, iż to wielka szkoda, że raczej nigdy tam nie pojadę… Jeszcze parę lat temu Birma nie wydawała się tak oczywistą destynacją podróżniczą… Ba, nam nie wydawała się oczywistością jeszcze dwa miesiące przed wyjazdem do Azji (staramy się jednak unikać miejsc, gdzie toczą się jakieś konflikty zbrojne). To tylko przykład na to, że nie warto rezygnować ze swoich marzeń, tylko dlatego, że krążą na ich temat niepokojące pogłoski!!! Warto czasem zebrać trochę więcej wiedzy, bo a nuż, diabeł nie okaże się wcale aż tak straszny!

Dostanie się z Kinpun na Mt Kyaiktiyo wymaga odrobiny determinacji i sporo cierpliwości oraz akceptacji skrajnie niewygodnych warunków podróżowania… Sama podróż przebiega w dwóch etapach. Najpierw przez ok. 45 minut jedzie się ciężarówką, która dowozi wiernych (oraz niewiernych zwiedzających) do punktu startu pieszej pielgrzymki. Później, trzeba jeszcze odbyć godzinny spacer pod górę, w niemiłosiernym upale i wystarczająco świętych ciuchach ;) Sam spacer to betka przy tym co czeka pielgrzymów w ciężarówie…. W Kinpun jest przystanek ciężarówek, które odjeżdżają wtedy, gdy uda im się uzbierać wystarczająco dużo osób, żeby mogły poczuć się w swoim towarzystwie jak przysłowiowe sardynki. Można wykupić sobie miejsce w szoferce i „białasy” są usilnie namawiane do zrobienia tego, ponieważ bilet jest oczywiście trochę droższy. My jednak postanowiliśmy jechać tak jak wszyscy, więc załadowaliśmy się na pakę, gdzie w odległości może 40 cm od siebie porozkładane były deski służące za ławki. Nie muszę chyba mówić jak bardzo wiele akrobacji i samozaparcia wymagało od Bartka wciśnięcie tam swoich smukłych nóżek… Po raz kolejny już w Azji, podróż środkiem transportu na 4 kołach zjeżył nam włosy na głowie… Droga była kręta, wąska i bardzo wyboista. Kierowca pruł w górę jak szaleniec, nie zważając za bardzo ani na liczbę osób upchniętych z tyłu, ani na możliwość zderzenia się z pojazdem jadącym z naprzeciwka. Dojechaliśmy na półmetek i zaczęliśmy wspinaczkę wzdłuż wszechobecnych kramików z pamiątkami, świętymi gadżetami w stylu odpustowym, jedzeniem, piciem, drewnianymi strzelbami (podobno najchętniej kupowanymi przez młodych mnichów!) i suszonymi robakami stosowanymi w medycynie naturalnej. Podobno kamień najpiękniej wygląda o wschodzie i zachodzie słońca, jednak aby się o tym przekonać trzeba mieć albo bardzo zasobny portfel (nocleg w hotelu dla obcokrajowców, położonym na wzgórzu kosztuje najmarniej 80 dolarów, a w hotelach dla lokalesów „białasom” nie wolno nocować), albo zdecydować się na kilkugodzinną wspinaczkę na wzgórze ciemną nocą, aby dotrzeć na wschód słońca (lub równie ciemnym wieczorem, aby zejść na dół po zachodzie), ponieważ trucki kursują od 6 do 18 czyli w porach zupełnie nieodpowiednich dla amatorów romantycznych widoczków (czyli dla nas oczywiście, buehehe). Pogodziliśmy się z tym, że znów nas nie kochają i postanowiliśmy sobie odpuścić te przyjemności. Kamień i tak wyglądał wspaniale w południowym słońcu, i tylko konieczność wpłaty 6 $ za bilet wstępu, trochę rzucił się cieniem na tę wizytę. Nie chodzi o to, że jesteśmy takimi strasznymi żyłusami. Niestety bilety wstępu do głównych atrakcji w kraju idą do kasy rządu, którego my przecież nie chcieliśmy wspierać… No ale w ten sposób nie zobaczylibyśmy nic, a nie o to przecież chodzi.

Dookoła kamienia oczywiście odbywał się typowy buddyjski festyn – było mnóstwo skrzynek do zbierania pieniędzy, rozmodleni ludzie, zgiełk, kolorowe szaty, kwiaty, kadzidła… Spodziewałam się większej ciszy i skupienia, ale w sumie nie wiem zupełnie czemu, w końcu powinnam już być do tego przyzwyczajona. Kamień traktowany jest przez wiernych z niezwykłym pietyzmem. Mężczyźni, podchodzą do niego i oblepiają go złotymi papierkami, które fruwają również wszędzie dookoła, zaś rozmodlone kobiety oddają mu cześć w bezpiecznej odległości. Jakiś mnich próbował nas oczywiście naciągnąć na „donation” dla Buddy, ale tym razem nie ulegliśmy namowom, w przeciwieństwie do wszystkich innych. Swoją drogą ciekawe jest to, ile w tym biednym kraju przeznacza się pieniędzy na datki dla klasztorów, miejsc świętych itd…

Nie spędziliśmy wiele czasu przy świętym kamieniu, ponieważ mieliśmy napięty harmonogram i jeszcze tego dnia chcieliśmy dostać się do Bago, skąd z kolei mieliśmy złapać busa do Kalaw. Udaliśmy się więc na przystanek ciężarówek (schodziło się o wiele przyjemniej, a po drodze skonsumowaliśmy sobie arbuza o żółtym jak w mango miąższu!), załadowaliśmy się na pakę i czekaliśmy… aż ludzie będą wystarczająco stłoczeni, żeby kierowca zdecydował się odjechać. Na szczęście jechali z nami jacyś starsi i zamożni Francuzi, których przewodnik opłacił kierowcę, żeby zechciał ruszyć zanim ciężarówka się zapełni. Inaczej moglibyśmy tak sobie czekać jeszcze ze dwie godziny - niewiele osób miało o tej godzinie w planach powrót. Zjazd nie był już tak bardzo karkołomny, widocznie nie mieli zbyt dobrych hamulców – tylko jeden pan Birmańczyk zwymiotował za burtę, ale myślę, że było to raczej spowodowane nadmiarem wypitego alkoholu, niż serpentynami na drodze, bo strasznie od niego zionęło.

W Kinpunie zabraliśmy nasze rzeczy z hotelu i poszliśmy kupić bilety na autobus. Zanim jednak wyszliśmy spytaliśmy właściciela naszego noclegu czy nie mógłby nam zarezerwować biletów na autobus z Bago do Kalaw. Zadzwonił do jakiegoś znajomego z Bago, który obiecał nam, że zatrzyma dla nas miejsca na godzinę 18 tego dnia, a nawet nas odbierze z autobusu z Kinpunu. Było nam to na rękę, nie musieliśmy się już martwić o to, czy znajdziemy jakieś miejsca. Nie chcieliśmy zatrzymywać się w Bago – były tam tylko pagody, których i tak mieliśmy w Myanmarze zobaczyć jeszcze wiele….

Podróż do Bago przebiegła sprawnie i bez większych problemów, a na postoju z autokaru wyłowił nas pan, który miał na nas czekać. Niestety od razu na wstępie czekała nas przykra niespodzianka. Mieliśmy mieć zapewnione miejsca na 18 do Kalaw, po czym okazało się, że miejsca owszem są, z tym, że na 20 i to w autobusie który ma przesiadkę, gdzieś o 6 rano, w miasteczku, którego nazwy nawet nie zapamiętałam. Bardzo nas to zdenerwowało, zwłaszcza, że bilet okazał się być droższy niż nam to obiecano i że przesiadki musielibyśmy szukać sobie sami. Tak długo marudziliśmy i nie decydowaliśmy się na zakup tego biletu, że zeszli sporo z jego ceny. I tak nie mieliśmy wyjścia. Nie zamierzaliśmy spędzać nocy w Bago, musieliśmy więc podjąć ryzyko i zdecydować się na tę przesiadkę. Zapewniono nas za to, że autokar będzie luksusowy, z klimatyzacją i odchylanymi siedzeniami. Poszliśmy coś zjeść, obiecując sobie, że nigdy więcej nie zdamy się już na niczyją uprzejmość i będziemy sobie wszystko załatwiać osobiście. Nie sądzę, żeby to właściciel naszego hotelu nas oszukał. Myślę, że to raczej jego znajomy z firmy przewozowej chciał być cwany i trochę nagiął rzeczywistość.

Kiedy o 19:30 podjechał autobus, którym mieliśmy jechać myśleliśmy, że coś nas trafi… Autobus nigdy nawet nie stał koło luksusowego środka transportu, a to co się działo w środku przechodziło ludzkie pojęcie. Dostaliśmy najgorsze miejsca na końcu, w których fotele – niespodzianka! – nie odchylały się do tyłu, klimy tam nie było nigdy nawet w zamyśle konstruktorów, a za naszymi plecami działy się istne cuda. Zaczęło się wielkie pakowanie przestrzeni, która znajdowała się za naszymi plecami – był to taki powiększony bagażnik, ale nie oddzielony niczym od pasażerów. Mieli kilkadziesiąt worków np. z ziemniakami, różnego rodzaju kartony, pudła, torby…. Nie wierzyłam, że uda się to wszystko załadować… no cóż nie doceniałam ich. Załadunek trwał 1,5 godziny. Kategorycznie zażądaliśmy usunięcia nieprzymocowanych pakunków znajdujących się w sąsiedztwie naszych głów, ponieważ w razie ostrego hamowania moglibyśmy je stracić. Miałam również ogromną ochotę udusić tych, którzy zrobili nas w balona sprzedając nam te miejsca. Niestety rozpłynęli się już w mroku i pozostało nam tylko zgrzytać ze złości zębami. Musieliśmy zmienić jednak swoje podejście, bo wiadomo było, że mentalności azjatyckiej „but there is no problem…” nie zmienimy. I wtedy zdarzył się cud… udało nam się w tych warunkach zasnąć – nie wiem jak i co prawda co chwilę się budziliśmy, ale był to zawsze jakiś tam sen.

Gdy obudziliśmy się koło 6, za oknami zobaczyliśmy przedmieścia jakiegoś miasta, uznaliśmy więc, że wszystko jest ok i zaraz będziemy się przesiadać. Spytaliśmy kogoś w busie, co to za miasto i usłyszeliśmy, że to Mandalay... miejsce o 200 km oddalone od naszej docelowej destynacji. Oh jaka ja byłam zła!! Na szczęście Bartek się nawet śmiał, więc w miarę szybko mi przeszło. Decyzja była szybka. Zostajemy w Mandalay – dawnej stolicy królewskiej, zwiedzamy co trzeba i potem wrócimy się do Kalaw. Znaleźliśmy dwa skutery (a raczej one znalazły nas), które za rozsądną kwotę zaoferowały się zawieźć nas do miasta i pojechaliśmy. Był to nawet zabawny transport, ponieważ na skuterach jechały z nami nasze bagaże, a mój wysoki plecak, prawie zasłaniał oczy, trzymającemu go między nogami kierowcy.

Myanmar - pierwsze starcie.

Na lotnisku byliśmy ponad dwie godziny przed odlotem. Załatwiliśmy formalności związane z odprawą bagażu i poszliśmy na śniadanie. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że ceny są iście europejskie i że za najtańsze śniadanie musielibyśmy zapłacić ok. 30 zł/os, co było oczywiście nie do pomyślenia, bo straszne się z nas zrobiły skąpiradła ;) Skończyło się więc na jakichś lichych pączkach i hot dogach.

Samolot linii Air Asia okazał się całkiem przyzwoitą maszyną - nową, pachnącą, z miłą obsługą. Jedynym mankamentem był brak miejsca na długie nogi (z relacji Bartka, bo ja niestety nie mam tego problemu) i fakt, że w ogóle był to samolot. Nie przepadam za lataniem. Liczyłam na wsparcie psychiczne ze strony Bartosza, niestety zasnął zanim jeszcze zdążyliśmy wystartować, więc musiałam radzić sobie ze swoimi lękami poprzez wbijanie paznokci w jego nieświadome niczego ramię. Po locie śmiał twierdzić nawet, że nie było turbulencji… terefere ;)

Zgodnie z rozkładem wylądowaliśmy na lotnisku w Rangunie po ok. godzinie i dziesięciu minutach lotu. Lotnisko wyglądało na dość małe, ale było bardzo nowe i panował tam porządek. Celnicy nie uśmiechali się do nikogo, ale wizy podbijali bez mrugnięcia okiem, zapewne w głębi swych rządowych dusz oblizując się już na myśl o naszych dolarach.

Po wyjściu z lotniska, szybko nam się przypomniało, że jesteśmy w Azji, ponieważ od razu zostaliśmy obskoczeni przez taksówkarzy, proponujących nam swoje usługi oraz wymianę pieniędzy (na czarnym rynku oczywiście). Nie miałam siły się o nic kłócić, ponieważ brak snu powalił mnie z nóg (mam swoje zasady i nigdy nie śpię w samolotach) i mogłam tylko siedzieć na plecaku i ewentualnie mówić, czy cena którą proponują jest akceptowalna czy nie. Dzielnie uwijał się przy nich Bartek, z miną twardziela odrzucając wszystkie niedorzeczne propozycje. Nie chcieliśmy jechać do Rangunu, tylko na podmiejski dworzec i stamtąd od razu ruszyć w dalszą drogę, postanawiając, że dawną stolicę zwiedzimy przed wyjazdem z Myanmaru. Cena, którą proponowano nam za podwózkę na dworzec wydała nam się bandycka (7 dolarów). Niestety za sprawą wielu czynników, między innymi zmiany kursu dolara, czy podwyżki ceny paliwa, wszędzie ceny wzrosły 1,5 razu w stosunku do tego czego się spodziewaliśmy. Udało nam się kwotę wyjściową zbić do 5 $, ale trwało to dobre pół godziny. Na szczęście umieliśmy się już targować, chociaż robiliśmy to na tak zwanego czuja, ponieważ nie do końca jeszcze zdawaliśmy sobie sprawę z tego jakie realia obowiązują w Myanmarze. Przewodnik z 2009 roku, w pewnych kwestiach był już mocno zdezaktualizowany.

Zanim pojechaliśmy na dworzec, zaliczyliśmy jeszcze kantor – taksówkę stojącą w polu, gdzie wymieniano walutę po kursie czarnorynkowym, który to pozwolił nam uniknąć na wstępie pójścia z torbami. Za jednego dolara w banku dostalibyśmy o połowę mniej kiatów (myanmarska waluta) niż wręczono nam w taksówce. Dostaliśmy grubaśny plik poszarganych banknotów (nie dało się go upchnąć w portfelu) i mogliśmy zdobywać Myanmar!! Zaczęliśmy od zdobycia biletów na autobus, co nie było trudne, ponieważ jak tylko wysiedliśmy z taxi, od razu obstąpili nas naganiacze firm transportowych i jeden z nich niemal siłą zaciągnął nas do swojego biura (w sensie baraku). Byliśmy kompletnie oszołomieni. Kraj nie przypominał niczego co do tej pory mieliśmy okazję zobaczyć. Nawet Laos przy Birmie wydawał się w pełni rozkwitu cywilizacyjnego! Birma, to głównie kurz, tłok, spalone słońcem krajobrazy i niesamowity chaos. Można było skręcić sobie kark (a za to już dziękuję bardzo, po przygodzie w Kambodży) próbując nadążyć za ruchem toczącym się wokół nas. Szybko zorientowaliśmy się, że ceny proponowane „białasom” są 3 razy wyższe od cen dla lokalesów, ale mogliśmy nawet bić głową w przysłowiową ścianę, a i tak nic by to nie zmieniło. Trzeba się z tym pogodzić, chociaż na dłuższą metę fakt ten jest bardzo irytujący. Zakupiliśmy więc jakiś prowiant na drogę (przypuszczam, że również po cenach wymyślonych specjalnie dla nas) i udaliśmy się w podróż do Kinpun, naszego pierwszego celu w Myanmarze.

Autobus, którym mieliśmy podróżować wyglądał jak zdezelowany Jelcz, nieremontowany od 1975 roku – a może nawet gorzej… Przy trzydziestokilkustopniowym upale, za jedyną klimatyzację służyły otwarte na oścież okna, czego mankamentem był niestety nieziemski kurz wdzierający się do środka przez całą drogę. Nie miało to jednak większego znaczenia, przynajmniej dla mnie, ponieważ zasnęłam jak kamień, kiedy tylko ruszyliśmy w 4 godzinną trasę. Niewiele pamiętam z tego jak wyglądał kraj, ale Bartek powiedział mi potem, że krajobraz był dość monotonny, jakieś równiny, wioski i spalona słońcem roślinność. Aha no i kurz, nieodłączny towarzysz podróży po Birmie. Do Kinpunu dojechaliśmy po godzinie 14 i zaczęliśmy obowiązkowe tournee po hotelach (których tak naprawdę było niewiele). Oczywiście interesowały nas noclegi do 10 $ za pokój, co nie było takie łatwe, ponieważ jak już pisałam, wszystko przez ostatnie 1,5 roku podrożało tam 1,5 raza. W końcu udało nam się znaleźć przyzwoity (powiedzmy) pokój, za zadowalającą nas cenę, ze śniadaniem i ciepłą wodą pod prysznicem. Zalogowaliśmy się tam planując chwilę odpoczynku przed ruszeniem w miasto, po czym jak zasnęłam o 15:30… tak spałam przez następne 5 godzin i nic nie było w stanie podnieść mnie z łóżka.

Wieczorem w końcu ruszyliśmy w miasto, rozejrzeć się i zjeść jakiś ciepły posiłek. Miasto było właściwie wioską. Życie toczyło się wokół jednej, głównej ulicy, gdzie rozsiane były restauracyjki, kafejki i sklepy z pamiątkami, które stanowiły zarazem domy ludzi w nich pracujących. Był również jeden główny plac – w sensie podwórko otoczone kolejnymi sklepami i kramikami. Kiedy do niego dotarliśmy, zauważyliśmy tłum ludzi, a po środku, podwieszony pod jakąś gałęzią wielki ekran, na którym wyświetlano film. Takie outdoorowe kino nocne… Film opowiadał o jakimś księciu birmańskim, który prowadził niekończące się dialogi z różnymi ludźmi. Niestety nie było podpisów, więc nie zatrzymaliśmy się tam na dłużej. I tak ciekawsza niż sam film była fascynacja na twarzach ludzi, którzy go oglądali.

Poszliśmy coś zjeść. W naszym hoteliku polecono nam jedną z restauracji (pewnie mają z nimi układ wzajemnego podsyłania turystów). Ceny były akceptowalne, postanowiliśmy więc zaryzykować i zostaliśmy tam na posiłek. Byliśmy jedynymi klientami. Zamówiliśmy curry z kurczaka i Star Colę – piracką podróbę Coca Coli (USA nałożyły na Myanmar embargo, ze względu na to, iż panuje tam junta wojskowa, tak więc produkty amerykańskie są sprowadzane np. z odległej Tajlandii i przez to bardzo drogie, albo bezpardonowo podrabiane). Jedzenie w Birmie, to taka trochę bida-kuchnia. Mięsa jak dają, to tak śladowe porcje, że czasem trudno się zorientować czy w ogóle tam było. Do curry dostaliśmy również furę pachnących liści (3 rodzaje), które miały bardzo intensywne smak i aromat i w niczym nie przypominały naszych rodzimych warzyw. Nie daliśmy rady całemu półmiskowi… Star Cola była bardzo słodka, ale dało się ją pić (w przeciwieństwie do podróbki Sprite’a, którą mieliśmy okazję spróbować później i która smakowała jak zgniła oranżada). Pospacerowaliśmy sobie jeszcze wzdłuż sennych uliczek i podejrzeliśmy nocne życie Myanmarczyków. Okazało się, że ich sklepy i kramy, które w ciągu dnia przyciągają licznych zakupowiczów, stają się w nocy mieszkaniami sprzedawców. Jedyne co robią, żeby zapewnić sobie względną dozę prywatności, to stawianie ścianek z trzciny, w celu osłonięcia się przed wzrokiem wścibskich. Szliśmy sobie więc takim tunelem z trzciny i „podsłuchiwaliśmy” co dzieje się w domach. A działo się, działo… Każdy z nich miał odbiornik, w którym rozbrzmiewał jakiś film, bądź muzyka, docierała więc do nas swoista kakofonia angielsko-birmańskich dźwięków. Poszliśmy spać dość wcześnie, na drugi dzień mieliśmy zaplanowaną wyprawę na wzgórze Kyaiktiyo, gdzie na krawędzi przepaści balansuje wielki złoty głaz, utrzymujący się jedynie dzięki włosowi Buddy…

Ciąg dalszy nastąpił...

Dlaczego dopiero teraz?

Po powrocie do Polski dopadła mnie depresja popowrotowa i każde patrzenie na bloga kończyło się w najlepszym wypadku obniżonym nastrojem przez kolejny dzień… Polska w kwietniu nie jest najłatwiejszą ojczyzną do powrotów po 4 miesiącach wakacji, w czym 2,5 spędzonych w warunkach tropikalnych, pełnym słońcu i z palmą za oknem każdego z hoteli (jakkolwiek liche by one nie były). Nawet moje ulubione plastikowe drzewko na warszawskim Rondzie de Palma nie cieszyło już tak jak kiedyś, a nawet trochę irytowało…

Powrót do tamtych przygód i ciepłego kolorowego życia w Azji, podczas gdy tutaj za oknem dopiero wykluwała się wiosna, był ponad moje siły i pewnie jeszcze długo bym zwlekała z uzupełnieniem bloga, gdyby nie naciski z różnych stron J (pozdrawiam serdecznie naciskających) i poczucie, że jednak wypada skończyć to co się zaczęło, zanim jeszcze wspomnienia przepadną gdzieś w odmętach bardzo słabej mej pamięci.


Ostatnio „widzieliśmy się” w Nepalu, kiedy to wróciliśmy z raftingu, poobijani, ale szczęśliwi i powoli szykowaliśmy się do powrotu do Polski. Zanim jednak trafiliśmy do krainy wiecznych śniegów, wpadliśmy z wizytą do kraju najmilszych ludzi na świecie - do Myanmaru.

Nie wiem czy pamiętacie, ale do Myanmaru lecieliśmy z Bangkoku, w którym spędziliśmy jeden dzień po powrocie z Laosu. Teraz nie muszę już ukrywać tego, że w Bangkoku udało nam się zaliczyć szpital po raz drugi. Swego czasu woleliśmy pominąć to milczeniem ze względu na rodziny, które zawsze wyolbrzymiają nasze kłopoty kiedy jesteśmy daleko (i wcale im się nie dziwimy). W szpitalu tak naprawdę wylądował znów Bartek, ponieważ…. w Laosie podziabały go pluskwy i ¾ jego ciała pokrywały czerwone, podobno ekstremalnie swędzące bąble. Obawialiśmy się, że to reakcja alergiczna na Malarone - lek przeciwmalaryczny, który zaczęliśmy brać właśnie w Laosie, a że mieliśmy go brać przez kolejne 3 tygodnie, woleliśmy sprawdzić czy wszystko ok. Okazało się, że to jednak nie Malarone, a raczej uczulenie na jakieś insekty. Przypomnieliśmy sobie wtedy co nam biegało po pościeli i pokoju w Luang Prabang i wszystko już było jasne. Ciekawe, że ja nie miałam nawet najmniejszego śladu po ugryzieniu, chociaż nie było siły, żeby mnie też nie dorwały. Na dodatek, z nas dwoje to raczej ja jestem alergikiem i wyjechałam obstawiona lekami różnej maści (poza maścią przeciw swędzeniu niestety ;P ), więc była to trochę taka ironia losu. Szpital katolicki w Bangkoku, do którego trafiliśmy, był na dość wysokim poziomie. Co prawda rozśmieszył nas fakt, iż w rubryce „wyznanie”, którą Bartek pozostawił pustą, kazano mu wpisać, że jest katolikiem, ale widocznie takie tam panują zwyczaje, że niewiernym pomocy nie udzielają ;). Przyjął nas lekarz dermatolog, który całkiem dobrze mówił po angielsku, (chociaż z dziwnych względów mówił głównie do mnie i to mnie pytał o przebieg choroby!!), przepisał Bartkowi furę leków i kazał zaaplikować mu zastrzyk ze sterydów. Pielęgniarka zabrała go do pokoju zabiegowego, a mnie kazano czekać w poczekalni. Po 30 minutach czekania zestresowałam się, że może zaaplikowali mu nie ten zastrzyk co trzeba i zaczęłam nerwowo chodzić po korytarzu. Kiedy już jednak miałam iść do pielęgniarek, żeby spytać o co chodzi, Bartek wyszedł i okazało się, że po podaniu lekarstwa, kazano mu się położyć na 5 minut – w razie czego, po czym pani sobie wyszła i o nim zapomniała!

Po przygodzie szpitalnej spokojnie mogliśmy już ruszać do Myanmaru, gdzie raczej nie moglibyśmy liczyć na usługi medyczne na wysokim poziomie. Poza różnego rodzaju sprawunkami, chcieliśmy przed wyjazdem uzupełnić naszego bloga, porozmawiać z bliskimi na skajpie i pozałatwiać różne inne internetowe sprawki. Zanim skończyliśmy była 3 w nocy, a o 4 przyjeżdżał po nas do hotelu busik, który miała nas zabrać na lotnisko. Liczba przespanych przed wyjazdem godzin wynosiła zero, a przypomnę, że poprzednią noc spędziliśmy w autokarze. Bon voyage...