Mt Kyaiktiyo, to miejsce święte dla wyznawców buddyzmu. Wiąże się z nim pewna legenda, która jest według mnie bardzo urocza. Podobno w trakcie swoich wędrówek po Azji Budda dotarł również na tereny obecnego Myanmaru. Podarował swój włos napotkanemu pustelnikowi, który to z kolei oddał go panującemu królowi Tissie. Nakazał królowi znalezienie kamienia, w kształcie swojej głowy i ukrycie włosa Buddy w stupie, która zostanie wybudowana na jego czubku… Król posiadający nadprzyrodzone cechy, znalazł taki kamień na dnie morza. Głaz znalazł się na górze w cudowny sposób, a łódź, która przetransportowała go pod górę, podobno zamieniła się w kamień. Kamień ten do dziś można podziwiać gdzieś poniżej głazu, ale szczerze mówiąc nie dopatrzyliśmy się niczego, co by choć trochę przypominało kształtem łódź. Summa summarum, głaz w kształcie głowy mnicha, pozłocony przez wiernych, dynda sobie teraz nad przepaścią i nie mam pojęcia jak się tam utrzymuje. Wygląda to naprawdę dość niesamowicie i nieprawdopodobnie. Właściwie jedynym mankamentem naszego pobytu tam był fakt, że nie mogłam podejść pod sam głaz i go dotknąć, ponieważ kobieta to istota niższa i mogłabym swoją obecnością zbezcześcić to święte miejsce. Niestety religia buddyjska zawiera w sobie tego typu elementy szowinistyczne i z tego co słyszeliśmy, nie tylko mnie takie zwyczaje wydają się barbarzyńskie. Wiele kobiet wyznania buddyjskiego uważa, że nie ma powodu do dyskryminacji ich płci, niestety jak na razie nie mają wystarczającej siły przebicia. Jakoś przełknęłam tę gorzką pigułkę braku tolerancji i zadowoliłam się robieniem zdjęć Bartkowi swawolącemu przy kamieniu.
Niektórzy omijają to święte miejsce, jako leżące na uboczu głównych tras zwiedzania i wymagające poświecenia sporej ilości czasu. Nie było jednak mowy, żebyśmy my również je ominęli, ponieważ miejsce to było kolejnym z moich marzeń podróżniczych. Z tej samej książki co fotografia Guilin, która zainspirowała mnie dawno temu do podróży do Chin, pochodziło zdjęcie złotego głazu. Pamiętam, że kiedy przeczytałam jego historię, a potem spojrzałam na kraj, w którym jest położony i zobaczyłam nazwę: Myanmar – pomyślałam sobie, iż to wielka szkoda, że raczej nigdy tam nie pojadę… Jeszcze parę lat temu Birma nie wydawała się tak oczywistą destynacją podróżniczą… Ba, nam nie wydawała się oczywistością jeszcze dwa miesiące przed wyjazdem do Azji (staramy się jednak unikać miejsc, gdzie toczą się jakieś konflikty zbrojne). To tylko przykład na to, że nie warto rezygnować ze swoich marzeń, tylko dlatego, że krążą na ich temat niepokojące pogłoski!!! Warto czasem zebrać trochę więcej wiedzy, bo a nuż, diabeł nie okaże się wcale aż tak straszny!
Dostanie się z Kinpun na Mt Kyaiktiyo wymaga odrobiny determinacji i sporo cierpliwości oraz akceptacji skrajnie niewygodnych warunków podróżowania… Sama podróż przebiega w dwóch etapach. Najpierw przez ok. 45 minut jedzie się ciężarówką, która dowozi wiernych (oraz niewiernych zwiedzających) do punktu startu pieszej pielgrzymki. Później, trzeba jeszcze odbyć godzinny spacer pod górę, w niemiłosiernym upale i wystarczająco świętych ciuchach ;) Sam spacer to betka przy tym co czeka pielgrzymów w ciężarówie…. W Kinpun jest przystanek ciężarówek, które odjeżdżają wtedy, gdy uda im się uzbierać wystarczająco dużo osób, żeby mogły poczuć się w swoim towarzystwie jak przysłowiowe sardynki. Można wykupić sobie miejsce w szoferce i „białasy” są usilnie namawiane do zrobienia tego, ponieważ bilet jest oczywiście trochę droższy. My jednak postanowiliśmy jechać tak jak wszyscy, więc załadowaliśmy się na pakę, gdzie w odległości może 40 cm od siebie porozkładane były deski służące za ławki. Nie muszę chyba mówić jak bardzo wiele akrobacji i samozaparcia wymagało od Bartka wciśnięcie tam swoich smukłych nóżek… Po raz kolejny już w Azji, podróż środkiem transportu na 4 kołach zjeżył nam włosy na głowie… Droga była kręta, wąska i bardzo wyboista. Kierowca pruł w górę jak szaleniec, nie zważając za bardzo ani na liczbę osób upchniętych z tyłu, ani na możliwość zderzenia się z pojazdem jadącym z naprzeciwka. Dojechaliśmy na półmetek i zaczęliśmy wspinaczkę wzdłuż wszechobecnych kramików z pamiątkami, świętymi gadżetami w stylu odpustowym, jedzeniem, piciem, drewnianymi strzelbami (podobno najchętniej kupowanymi przez młodych mnichów!) i suszonymi robakami stosowanymi w medycynie naturalnej. Podobno kamień najpiękniej wygląda o wschodzie i zachodzie słońca, jednak aby się o tym przekonać trzeba mieć albo bardzo zasobny portfel (nocleg w hotelu dla obcokrajowców, położonym na wzgórzu kosztuje najmarniej 80 dolarów, a w hotelach dla lokalesów „białasom” nie wolno nocować), albo zdecydować się na kilkugodzinną wspinaczkę na wzgórze ciemną nocą, aby dotrzeć na wschód słońca (lub równie ciemnym wieczorem, aby zejść na dół po zachodzie), ponieważ trucki kursują od 6 do 18 czyli w porach zupełnie nieodpowiednich dla amatorów romantycznych widoczków (czyli dla nas oczywiście, buehehe). Pogodziliśmy się z tym, że znów nas nie kochają i postanowiliśmy sobie odpuścić te przyjemności. Kamień i tak wyglądał wspaniale w południowym słońcu, i tylko konieczność wpłaty 6 $ za bilet wstępu, trochę rzucił się cieniem na tę wizytę. Nie chodzi o to, że jesteśmy takimi strasznymi żyłusami. Niestety bilety wstępu do głównych atrakcji w kraju idą do kasy rządu, którego my przecież nie chcieliśmy wspierać… No ale w ten sposób nie zobaczylibyśmy nic, a nie o to przecież chodzi.
Dookoła kamienia oczywiście odbywał się typowy buddyjski festyn – było mnóstwo skrzynek do zbierania pieniędzy, rozmodleni ludzie, zgiełk, kolorowe szaty, kwiaty, kadzidła… Spodziewałam się większej ciszy i skupienia, ale w sumie nie wiem zupełnie czemu, w końcu powinnam już być do tego przyzwyczajona. Kamień traktowany jest przez wiernych z niezwykłym pietyzmem. Mężczyźni, podchodzą do niego i oblepiają go złotymi papierkami, które fruwają również wszędzie dookoła, zaś rozmodlone kobiety oddają mu cześć w bezpiecznej odległości. Jakiś mnich próbował nas oczywiście naciągnąć na „donation” dla Buddy, ale tym razem nie ulegliśmy namowom, w przeciwieństwie do wszystkich innych. Swoją drogą ciekawe jest to, ile w tym biednym kraju przeznacza się pieniędzy na datki dla klasztorów, miejsc świętych itd…
Nie spędziliśmy wiele czasu przy świętym kamieniu, ponieważ mieliśmy napięty harmonogram i jeszcze tego dnia chcieliśmy dostać się do Bago, skąd z kolei mieliśmy złapać busa do Kalaw. Udaliśmy się więc na przystanek ciężarówek (schodziło się o wiele przyjemniej, a po drodze skonsumowaliśmy sobie arbuza o żółtym jak w mango miąższu!), załadowaliśmy się na pakę i czekaliśmy… aż ludzie będą wystarczająco stłoczeni, żeby kierowca zdecydował się odjechać. Na szczęście jechali z nami jacyś starsi i zamożni Francuzi, których przewodnik opłacił kierowcę, żeby zechciał ruszyć zanim ciężarówka się zapełni. Inaczej moglibyśmy tak sobie czekać jeszcze ze dwie godziny - niewiele osób miało o tej godzinie w planach powrót. Zjazd nie był już tak bardzo karkołomny, widocznie nie mieli zbyt dobrych hamulców – tylko jeden pan Birmańczyk zwymiotował za burtę, ale myślę, że było to raczej spowodowane nadmiarem wypitego alkoholu, niż serpentynami na drodze, bo strasznie od niego zionęło.
W Kinpunie zabraliśmy nasze rzeczy z hotelu i poszliśmy kupić bilety na autobus. Zanim jednak wyszliśmy spytaliśmy właściciela naszego noclegu czy nie mógłby nam zarezerwować biletów na autobus z Bago do Kalaw. Zadzwonił do jakiegoś znajomego z Bago, który obiecał nam, że zatrzyma dla nas miejsca na godzinę 18 tego dnia, a nawet nas odbierze z autobusu z Kinpunu. Było nam to na rękę, nie musieliśmy się już martwić o to, czy znajdziemy jakieś miejsca. Nie chcieliśmy zatrzymywać się w Bago – były tam tylko pagody, których i tak mieliśmy w Myanmarze zobaczyć jeszcze wiele….
Podróż do Bago przebiegła sprawnie i bez większych problemów, a na postoju z autokaru wyłowił nas pan, który miał na nas czekać. Niestety od razu na wstępie czekała nas przykra niespodzianka. Mieliśmy mieć zapewnione miejsca na 18 do Kalaw, po czym okazało się, że miejsca owszem są, z tym, że na 20 i to w autobusie który ma przesiadkę, gdzieś o 6 rano, w miasteczku, którego nazwy nawet nie zapamiętałam. Bardzo nas to zdenerwowało, zwłaszcza, że bilet okazał się być droższy niż nam to obiecano i że przesiadki musielibyśmy szukać sobie sami. Tak długo marudziliśmy i nie decydowaliśmy się na zakup tego biletu, że zeszli sporo z jego ceny. I tak nie mieliśmy wyjścia. Nie zamierzaliśmy spędzać nocy w Bago, musieliśmy więc podjąć ryzyko i zdecydować się na tę przesiadkę. Zapewniono nas za to, że autokar będzie luksusowy, z klimatyzacją i odchylanymi siedzeniami. Poszliśmy coś zjeść, obiecując sobie, że nigdy więcej nie zdamy się już na niczyją uprzejmość i będziemy sobie wszystko załatwiać osobiście. Nie sądzę, żeby to właściciel naszego hotelu nas oszukał. Myślę, że to raczej jego znajomy z firmy przewozowej chciał być cwany i trochę nagiął rzeczywistość.
Kiedy o 19:30 podjechał autobus, którym mieliśmy jechać myśleliśmy, że coś nas trafi… Autobus nigdy nawet nie stał koło luksusowego środka transportu, a to co się działo w środku przechodziło ludzkie pojęcie. Dostaliśmy najgorsze miejsca na końcu, w których fotele – niespodzianka! – nie odchylały się do tyłu, klimy tam nie było nigdy nawet w zamyśle konstruktorów, a za naszymi plecami działy się istne cuda. Zaczęło się wielkie pakowanie przestrzeni, która znajdowała się za naszymi plecami – był to taki powiększony bagażnik, ale nie oddzielony niczym od pasażerów. Mieli kilkadziesiąt worków np. z ziemniakami, różnego rodzaju kartony, pudła, torby…. Nie wierzyłam, że uda się to wszystko załadować… no cóż nie doceniałam ich. Załadunek trwał 1,5 godziny. Kategorycznie zażądaliśmy usunięcia nieprzymocowanych pakunków znajdujących się w sąsiedztwie naszych głów, ponieważ w razie ostrego hamowania moglibyśmy je stracić. Miałam również ogromną ochotę udusić tych, którzy zrobili nas w balona sprzedając nam te miejsca. Niestety rozpłynęli się już w mroku i pozostało nam tylko zgrzytać ze złości zębami. Musieliśmy zmienić jednak swoje podejście, bo wiadomo było, że mentalności azjatyckiej „but there is no problem…” nie zmienimy. I wtedy zdarzył się cud… udało nam się w tych warunkach zasnąć – nie wiem jak i co prawda co chwilę się budziliśmy, ale był to zawsze jakiś tam sen.
Gdy obudziliśmy się koło 6, za oknami zobaczyliśmy przedmieścia jakiegoś miasta, uznaliśmy więc, że wszystko jest ok i zaraz będziemy się przesiadać. Spytaliśmy kogoś w busie, co to za miasto i usłyszeliśmy, że to Mandalay... miejsce o 200 km oddalone od naszej docelowej destynacji. Oh jaka ja byłam zła!! Na szczęście Bartek się nawet śmiał, więc w miarę szybko mi przeszło. Decyzja była szybka. Zostajemy w Mandalay – dawnej stolicy królewskiej, zwiedzamy co trzeba i potem wrócimy się do Kalaw. Znaleźliśmy dwa skutery (a raczej one znalazły nas), które za rozsądną kwotę zaoferowały się zawieźć nas do miasta i pojechaliśmy. Był to nawet zabawny transport, ponieważ na skuterach jechały z nami nasze bagaże, a mój wysoki plecak, prawie zasłaniał oczy, trzymającemu go między nogami kierowcy.