wtorek, 22 lutego 2011

Myanmar (dla niewtajemniczonych - Birma)

Jutro udajemy sie do kraju rzadzonego przez junte wojskowa, w ktorym karta SIM kosztuje 1000 dolarow, roaming nie istnieje, a internet jest cenzurowany poprzez automatyczne screenshoty z kazdego komputera w kafejce internetowej co kazde 5 sek. A wiec nie liczcie na to ze przez kolejne 2 tyg beda jakies nowe wpisy na blogu, sorry. Wracamy z powrotem na moment do Tajlandii 9 marca, aby zaraz potem wyruszyc do Nepalu. Moze cos skrobniemy wtedy.

pozdrawiamy
Danuta Iwona i Bartosz Jerzy

Pozegnanie z Laosem przedstawie niejednym fotosem

dynia na bani

kiczowaty Buddha Park

budda na chillu

najstromsze schody swiata, oczywiscie do nieba

budda, budda i jeszcze raz budda. amen

O Luang Prabang na fotach opowiem Wam

piekna i bestia

buddyjskie medytacje przybieraja czasem dziwny ksztalt...

"put your hands up in the air, put your hands up in-the-air!"

vanity fair

mozna powiedziec ze telekomunikacja w Laosie jest na poziomie zachodnim

mniszka czeka aby poswiecic sie w ofierze

szama dla mnichow

ma to zapewnic wieczna szczesliwosc

w kolejce po ryz, slodycze, owoce

gdy zapelnia swe misy, mnisi oddaja nadwyzke potrzebujacym


kolumna 250 mnichow CODZIENNIE o 6:00 rano przemierza miasto

wodospad po raz pierwszy

wodospad po raz drugi

wodospad po raz trzeci (przynajmniej jest w nim woda)

wodospad po raz czwarty (tu MIAL BYC wodospad, ale zabraklo wody...)

nasz powrotny Very Irritated Passangers Bus

LP po nocach mi sie sni

Luang Prabang jest mekka turystow, ktorzy moga tam doleciec samolotem... My oczywiscie wybralismy opcje autokaru nocnego, ktory jechal przez gory, niemilosiernie wijaca sie, nierowna droga, na ktorej - bylam o tym przekonana - nie mieszcza sie obok siebie dwa pojazdy (nie mialam racji!). Autokar nalezal do super niewygodnych, umeczylismy sie w nim straszliwie, a na domiar zlego dowiozl nas do LP o piatej rano... Wyroslismy juz z maszerowania z plecakami o swicie, tuk-tukiem pojechalismy wiec w miejsce, gdzie, jak doszly nas wiesci - hotele nie kosztuja 50 $ (o co w LP w dzisiejszych czasach bardzo trudno). Zastalismy wszystko zamkniete na 4 spusty, nie wiedzielismy nawet o ktorej mozemy liczyc na otwarcie jakies hotelu. Na szczescie przy uliczce stala kamienna lawka, wiec nie musielismy bawic sie w zula kraweznikowego. Po kilkudziesieciu minutach zdarzyl sie cud, na skuterze przyjechal mlody chlopak urzedujacy w jednym z hoteli i powiedzial, ze ma dla nas pokoj, musi w nim tylko troche posprzatac. Pokoj byl obskurny, jednak bylo nam to naprawde obojetne. Zalogowalismy sie i poszlismy SPAAAC.

Wstalismy niezbyt pozno, zeby jeszcze cos pozwiedzac przed zachodem slonca ;) Okazalo sie, ze Luang Prabang - miasto o najpiekniejszej nazwie na swiecie, wpisane na liste swiatowego dziedzictwa, nie ma do zaoferowania az tak wiele jak sie spodziewalismy (y chyba juz naprawde za duzo zwiedzilismy!!) Oczywiscie posiada ono ogromna liczbe swiatyn (zwiedzilismy tylko jedna!), bardzo skromny byly palac krolewski i rzeke Mekong (troche bujniejsza niz w Wientianie), nad ktora mozna ogladac... zachod slonca. W okolicy sa rowniez calkiem pokazne wodospady i jaskinie, jednak zwiedzanie ich zaplanowalismy na dzien nastepny. Do Luang Prabang zjezdza duzo turystow o dosc zasobnych portfelach, co niestety niekorzystnie odbija sie na cenach absolutnie wszystkiego - nadal sie jednak cieszylismy, ze spoleczenstwo laotanskie moze sie wzbogacic. W ogole w Laosie za wszystko trzeba placic, za kazdy przejazd przez drewniany mostek, wejscie na gore, wjazd na teren parku z rowerem, wniesienie aparatu fotograficznego... Prawa rynku turystycznego sa brutalne. Jednak jest tez cos, a raczej nie ma czegos co tak bardzo smucilo w Kambodzy. Nie bylo w ogole "pracujacych" dzieci, zebrzacych, proszacych o "one dolaaaaar"... Jesli jakies dzieci zajmowaly sie handlem, to tylko w towarzystwie swoich rodzicow i bardziej dlatego, ze ci drudzy nie mieli chyba z nimi akurat co zrobic. Dzieci w Kambodzy sa przesliczne (kazde bez wyjatku), ale dzieci w Laosie chociaz nie sa juz tak sliczne, sa chyba milion razy szczesliwsze... wiec jednak da sie, pomimo wzglednej biedy, nie wykorzystywac dzieciakow... A moze Laos jeszcze nie jest tak skazony pieniadzem jak Wietnam i Kambodza, a moze to sie dopiero zacznie za pare lat, wraz z naplywem turystow...

Drugiego dnia w LP wstalismy o 5 rano, nie dlatego, ze lubimy sie zmasakrowac, tylko po to, aby uczestniczyc w codziennym rytuale udzielania jalmuzny mnichom. Mnisi codziennie rano (ale czemu az tak rano??), wychodza na ulice i aby dac ludziom mozliwosc spelnienia dobrego uczynku, zbieraja od nich do specjalnych pojemnikow jedzenie. W Luang Prapang w rytuale tym udzial bierze ok. 250 mnichow - co czyni go najwiekszym tego typu zjawiskiem na swiecie. Oczywiscie jest to rowniez spektakl dla turystow, chociaz musze przyznac, ze wszyscy zachowuja sie bardzo poprawnie i naprawde wygladaja jakby brali sobie "karmienie" mnichow do serca. Mnisi nie sa w stanie przejesc oczywiscie tego wszystkiego, co zbiora od ludzi, ale nie jest to problemem, poniewaz przy calej procesji rzedem ustawiaja sie dzieciaki z biedniejszych rodzin, ktore w kartony, pudla, torby zbieraja od mnichow "nadwyzki" jedzenia (ktore sa calkiem spore). Oczywiscie wokol rytualu dawania mnichom jalmuzny rozwinal sie caly biznes, takze my rowniez skusilismy sie na zakup miseczki ryzu i zostalam oddelegowana do pelnienia roli karmicielki. Dostalam potem reprymende od Bartka za zbyt chojne obdarowywanie mnichow, poniewaz w zwyczaju jest dawanie im malutkich porcyjek, zeby starczylo dla jak najwiekszej liczby. Sprobujcie jednak nakladac klejacy sie ryz plastikowa lyzka, w drugiej trzymajac miske, a do tego wszystkiego kleczac na twardej macie i jeszcze uwazajac, zeby nie dotknac mnicha, bo kobietom nie wolno... :) Moj ryz sie szybko skonczyl, ale dzieki temu moglam rowniez poogladac jak to wszystko wyglada z boku. A wygladalo bardzo malowniczo, chociaz bosi mnisi mieli zupelnie beznamietny wyraz twarzy. Pewnie byli troche mniej podekscytowani niz my.

Pozniejszym rankiem wynajelismy skuter i ruszylismy w 34 kilometrowa droge do wodospadu Kuang Si, ktory okazal sie bardzo piekny i warty zachodu jazdy po zakurzonych i dziurawych drogach Laosu. Zacheceni wspanialymi widokami, pojechalismy nad drugi wodospad, ktory nie mial byc juz tak wielki jak ten pierwszy, ale mial byc szeroki i splywac w lesie, co rowniez moglo byc calkiem mile dla oka... Musielismy wrocic te 34 km do LP, pojechac w zupelnie inna strone 10 km, przesiasc sie na lodke i przemierzyc 1,5 km droga wodna, zaplacic za bilet, zeby... zobaczyc, ze z powodu pory suchej wodospad nie istnieje i mozemy jedynie popodziwiac suche jak pieprz tarasy, po ktorych w porze deszczowej splywa woda. Jakos nikt nam nie powiedzial, pomimo tego, ze pytalismy, ze wodospadu nie ma...

Jako, ze na jaksinie nie starczylo nam juz czasu, wrocilismy do miasta i psychicznie zaczelismy sie szykowac na kolejna noc spedzona w autokarze i powrot ta sama kreta i gorzysta droga (ktora podobno ze wzgledu na widoki warto przemierzyc w ciagu dnia, ale szkoda nam bylo czasu). Autokar byl w wersji VIP (jak kazdy autokar nielokalny), ale mial zepsuta klimatyzacje, wiec jak wszyscy zaczeli zdychac z goraca, obsluga busa (ktora wczesniej wniosla na poklad motocykl), otworzyla drzwi srodkowe i tak sobie jechalismy owiewani przyjemna bryza nocna! Pomimo tego, ze byla noc, widoki byly przepiekne i wyobrazam sobie, ze w ciagu dnia, tak jak nam powiedzial jeden mily pan "up there, you feel like the king of the world". Gdzies po 1 w nocy, kiedy sobie slodko spalismy, zepsul sie autokar... Gdzies w gorach, daleko od wszystkiego. Podobno zjawisko nagminne w Laosie. Na szczescie obsluga jest do tego zapewne tak bardzo przyzwyczajona, ze potrafi w nim zreperowac pewnie wszystko, tak wiec postalismy tylko z 1,5 godziny i ruszylismy dalej.

Do Wientianiu dojechalismy niewiele spoznieni. Zaplanowalismy, ze tego dnia, zanim zapakujemy sie w autokar do Tajlandii, odwiedzimy tylko Park Buddy, ktory jest dwadziescia pare kilometrow za miastem. Chcielismy jednak najpierw pozbyc sie plecakow, musielismy wiec dostac sie do informacji turystycznej, w ktorej kupowalismy bilety, zeby sie nimi laskawie zaopiekowali. Trafilismy na pana tuk-tukowca, ktory nie mowil nic po angielsku i chyba gorzej znal topografie miasta niz Bartek. Jechalismy niemilosiernie dlugo, pan co chwile zatrzymywal sie przy jakims sklepie, o cos pytal, pokazujac na nas, a potem wsiadal do pojazdu i ruszal dalej. Na jednym z kolejnych postojow przyprowadzil do nas pania mowiaca po angielsku, ktora spytala nas, gdzie my tak wlasciwie chcemy jechac....

Sam Park Buddy byl jakims zartem - w latach 50 XX wieku zostal zaprojektowany przez ekscentryka, ktory wymyslil wlasna religie, laczac hinduizm z buddyzmem i chcial to rowniez przekazac w sztuce. Prace wykonane byly bardzo rzemieslniczo, poza tym po 50 latach wszystko zaczyna sie juz sypac, peka beton, wystaja druty zbrojeniowe i wyglada to bardziej groteskowo niz wspaniale... Ale jak ktos ma do zabicia czas w Wientianie, to jak najbardziej moze sie tam wybrac, tym bardziej, ze dzielo pewnie niedlugo popadnie w calkowita ruine.

Poznym popoludniem znow zapakowalismy sie do autokaru, ktory mial nas dowiezc do Bangkoku. Znow musielismy zaplacic "kare" za przekraczanie granicy po godzinach pracy (bylo przed 19), ale w koncu udalo sie wjechac na teren Tajlandii. Myslelismy, ze to koniec przygod, ale jakies 100 km za granica, kiedy w najlepsze sobie jechalismy i prawie juz kimalismy, nagle wylaczyla sie klimatyzacja, potem wylaczylo sie wszystko i zjechalismy na pobocze. Pomyslelismy, ze cudownie, kolejna awaria i stanie na drodze. Okazalo sie jednak, ze nie... po prostu zabraklo benzyny. Mielismy jednak jakiegos dzikiego farta - benzyna skonczyla sie na przeciwko stacji benzynowej, tak wiec pare minut po przymusowym parkowaniu zobaczylismy naszego pana stewarda biegnacego przez ulice z kanistrem na ramieniu, zeby napoic nasza pietrowa strzale.

Do Bangkoku dotarlismy juz bez wiekszych klopotow i tak sobie dzis siedzimy tu i zalatwiamy rozne sprawy przedwyjazdowe.... U nas jest juz 1:40 w nocy, za 2 godziny musimy wychodzic na lotnisko, a o 7 rano (Waszej 1 w nocy) startujemy do Birmy.

Slow jeszcze kilka o Laosie - jest to kraj, ktory robi bardzo dobre pierwsze wrazenie i jeszcze lepsze drugie i trzecie. Zaluje bardzo, ze spedzilismy tam w sumie tak malo czasu i raczej nie schodzac z popularnych szlakow turystycznych. Niestety czas nas goni, a mamy jeszcze dwa kraje do zwiedzenia. Mam nadzieje, ze uda sie tam kiedys pojechac jeszcze zanim Laos zostanie zalany przez turystow i straci swoj niesamowity urok... Mysle, ze jest tu sporo do zobaczenia i warto sie pomeczyc troche w tych autokarach, na tych koszmarnych, dziurawych i zakurzonych drogach. Ludzie w Laosie sa bardzo serdeczni i otwarci i sa zwyklymi ludzmi, ktorzy chca po prostu porozmawiac i jak sie chce ich sluchac, to mowia o sobie bardzo duzo....

Vang Vieng na fotach chce

wygodny i co najwazniejsze bezpieczny laotanski sposob podrozowania

majstersztyk inzynierii laotanskiej

zanudzamy was tymi zachodami slonca?

piknik/jarmark/odpust pod i wewnatrz swiatyni


laotanska karuzela




odpalenie balona

wschod nad srodkowym Laosem

Vang Vieng z lotu ptaka  balona

cementownia o wschodzie slonca - motyw romantyczny

zawijas i gory

polityka spalonej ziemi w praktyce


pora zejsc na ziemie

jaskinia nr 1

Dani i jej ulubiony stalagmit. nie pytajcie mnie dlaczego.

laguna

jaskinia nr 2

wnetrze jaskini nr 2. w tle za kapliczka widac ludzi co umozliwia ocenienie skali. jest duza.

start tubingu. beach bary z kazdej strony

podczas tubingu. na zdjeciu trzymamy sie za.... tuby ;)

relaks po laotansku

autokar do Luang Prabang i jego delikatny wyciek

Happy Friends

Vang Vieng to miasto, ktore slynie z "happy" produktow spozywczych (zawierajacych marihuane, lub inne poprawiacze nastroju), z TV barow puszczajacych naokraglo serial Przyjaciele, tubingu, czyli splywie rzeka na detce po-traktorowej i ... aha, no i gdzies obok tego sa zjawiska krasowe w postaci gor (takich jak w Guilin i Halong Bay), a w tych gorach jaskinie. Vang Vieng, w przeciwienstwie do Wientianu, jest mekka rozwrzeszczanych turystow z zachodu...

Jak sie okazalo, nie tylko turysci wrzeszcza w tym miescie, poniewaz jak tylko przyjechalismy i zaczelismy szukac noclegu, w kazdym hotelu po kolei natykalismy sie na strasznie pijanych lokalesow (byla 14) urzadzajacych bardzo glosne imprezy. Jak sie okazalo mieli swoj festiwal, chyba odpowiednik naszego swieta zmarlych, chociaz jak nasz gospodarz (pijany i belkoczacy) nam tlumaczyl o co chodzi, nie do konca moglismy go zrozumiec...

Reszte pierwszego dnia w Vang Vieng przeznaczylismy na obejrzenie miasta (26 tys mieszkancow), ktore oczywiscie wygladalo jak wieksza wies :) Zorganizowalismy sie na dzien nastepny i potracilismy troche czasu w barach, ogladajac.... uwaga.... zachod slonca nad rzeka! Coz za oryginalny pomysl w naszym wykonaniu! Poznym wieczorem, kiedy szukalismy kafejki internetowej, (poniewaz chcielismy popisac bloga, serio, serio), trafilismy na festyn organizowany z okazji festiwalu, na terenie swiatyni. Wygladalo to wszystko dosyc osobliwie, poniewaz na przeciwko budynku samej swiatyni ustawiona byla scena, przed nia stoliki i krzeselka, z boku karuzela dla dzieci i strzelnica fantowa... Mnisi mieszali sie z pijanymi lokalesami, na scenie ktos zawodzil, pod scena tanczyly pary (tanczyly nie dotykajac sie w tancu i dziwnie wykrecajac dlonie...), po calym terenie biegaly niepilnowane dzieci i wszyscy wygladali na bardzo szczesliwych. Najbardziej szczesliwy byl konferansjer, na ktorego nikt nie zwracal uwagi, wiec sam musial smiac sie ze swoich zartow, co z  kolei bardzo smieszylo nas, chociaz nie rozumielismy z tego co mowil ani slowa. Nie siedzielismy na festynie zbyt dlugo, poniewaz nastepnego dnia musielismy wstac o 5 rano. Nie, nie zalujcie nas, bo to co robilismy warte bylo wstania o kazdej koszmarnej porze... Jako, ze powalila nas na kolana laotanska cena, postanowilismy obejrzec wschod slonca (zrobilismy sie niezwykle romantyczni, ciagle wschody i zachody), z ... kosza balonu. Zwazajac na to ile placi sie za przelot balonem w Polsce, wahalismy sie tylko 5 minut czy za dziesieciokrotnie nizsza kwote skorzystac z tej przyjemnosci w Laosie. Bylo naprawde fantastycznie. Lot trwal 40 minut, najwyzsza wysokosc jaka osiagnelismy 275 metrow, a samo Vang Vieng z gory wygladalo bardzo malowniczo...

Harmonogram dnia mielismy bardzo napiety, wiec zaraz po locie balonem, sniadaniu i minirelaksie w hotelu, wskoczylismy na rowery i w niemilosiernym upale i kurzu popedalowalismy obejrzec jaskinie laotanskie. I znow zachwyt - jaskinie byly ogromne, a nacieki chociaz niezbyt urozmaicone, wystepowaly w rozmiarze XXL. Pierwsza jaskinia byla dosc cywilizowana, poniewaz posiadala elektrycznosc, w drugiej, tej wiekszej, swiatlo bylo tylko naturalne, wiec konczylo sie po kilkudziesieciu metrach i moglismy liczyc tylko i wylacznie ne nasza mala latarke. Wrazenia niesamowite! Bartek dla ochlody wykapal sie w "niebieskiej lagunie" przed jaskinia pierwsza i jaskinia druga (niebieskie laguny to sposob na rozreklamowanie kazdej chyba jaskini w tamtym regionie - rzeka ktora przeplywa w okolicy jaskin, z powodu wapiennego podloza przybiera niesamowicie intensywna niebieska barwe), ja sie nie skusilam - woda stanowczo nie miala 26 stopni!

Na 15 musielismy zdazyc do Vang Vieng, poniewaz na ten dzien zaplanowalismy jeszcze tubing - czyli splyw na slawnej detce. Niestety jest pora sucha, wiec rzeka ma dosc niski poziom, tak wiec splyw 5 km trasa trwa 3 godziny..... Jak tylko weszlismy do wody, zaszlo slonce (no naprawde mamy cholernego pecha do pogody!!!) wiec zaczelam krzyczec, ze to byl straszny pomysl i ze jest okropnie! :) Przestalam krzyczec jak juz przyzwyczailam sie do temperatury wody i musialam skupic na unikaniu kamieni kryjacych sie tuz pod plycizna... Wzdluz calej trasy rozsiane sa bary alkoholowe, w ktorych turysci moga zatrzymywac sie, aby nawilzyc gardla. W dobrym tonie jest przebycie tej trasy na lekkiej bance lub mocnym spaleniu i nawet w Lonely Planet napisali, ze "skoro juz musisz przebyc te trase nacpany, pomysl chociaz o zalozeniu kamizelki ratunkowej" - lub cos w tym stylu. W porze suchej jednak ciezko sie tam utopic, w polowie trasy bylismy juz zmeczeni wioslowaniem klapkami i zrobilo sie naprawde chlodno, wiec wyszlismy z wody i tuk tukiem wrocilismy do miasta. Atrakcja rozslawiona na cala Azje okazala sie troche nudna, ale wierzymy, ze w porze nie-suchej moze z tego byc naprawde niezly fun.

Po poludniu mielismy juz tylko sile na zalegniecie w barze i oczekiwanie na kolejny autokar, ktory mial nas zawiezc do Luang Prabang - miasta o najpiekniejszej nazwie na swiecie (to wg mnie).

Z Vientiane foty mam

z cyklu "prawie jak": luk triumfalny

luk od srodka

widoczek z luku na Vientiane

juz nie ma chinskiego "how amazing it is!" o wlasnych zabytkach. Laotanczycy wykazuja duza doze (slusznego) krytycyzmu wobec swoich

kolejna pagoda.....nuuuda....

spiacy buddowie

a wiec to jest ta slynna osoba o pseudonimie VIP!

Palac Prezydenta Laosu

zachod nad Mekongiem. ok, wiem, ze juz takie mielismy, ale nie moglem sie powstrzymac ;)

Jumbo, czyli najczestszy srodek transportu w laotanskiej stolicy