niedziela, 23 stycznia 2011

Znikajaca empetrojka i 20 yuanow

Po wizycie u tygrysa, czekalo nas kilka dni przemieszczania przeplecionego mini zwiedzaniem. Wrocilismy do Lijang, przespalismy sie i w locie zwiedzilismy je rano. W nocy oczywiscie bylo zimno (azurowe zdobienia w drzwiach przy temperaturze kilku stopni), ale kochalam nasz hostel za elektryczne koce, w kazdym lozku. Z Lijang jest podobnie jak z Chengdu - jest odpicowana na blysk starowka, ktora przyciaga tlumy turystow i winduje ceny. Historia tej starowki jest jednak troche inna, nikt raczej nie chcial jej burzyc, zrobilo to ogromne trzesienie ziemi w 1996, ktore zrownalo z ziemia pol miasta. Ku zdziwnieniu mieszkancow okazalo sie, ze najmniej ucierpialy stare, tradycyjnie zbudowane, drewniane domy. Postanowili wiec odbudowac to co popadlo w ruine wlasnie w starym stylu, co trzeba przyznac nadaje miastu niesamowity urok i klimat (choc komercyjny).
Po poludniu ruszylismy do Dali, kolejnego miasta z handlowa starowka, ktora wyglada bardzo ladnie w nocy, ale przytlacza iloscia straganow, sprzedawcow i naganiaczy.

Kolejny dzien znow musielismy w calosci przeznaczyc na podrozowanie, naszym celem bylo Guilin, miejsce gdzie kroluja przepiekne wzgorza wapienne, tworzace krajobraz jak z bajki. Pierwszy etap podrozy pociagiem przebiegl bez wiekszych zaklocen, jesli uznac, ze piec siedzacych obok nas i trajkoczacych przez 5 godzin kobiet to nie zaklocenie :) Strasznie wkurzyla mnie tez pani konduktor, ktora przyczepila sie do tego, ze z naszych plecakow lezacych na gornych polkach pod sufitem, zwisaja szelki. Pomijam juz fakt, ze zaden Chinczyk nie mial nawet szans zahaczyc o nie glowa.... Pani konduktor stanela na przeciwko i karcacym glosem zaczela nas strofowac po chinsku, na co ja odpowiedzialam jej wzburzonym tonem po polsku i tak sobie pokonwersowalysmy. Do nastepnego pociagu wchodzilam z postanowieniem, ze nie bede sie negatywnie nastawiac, bede pozytywnie myslec i wtedy podroz na pewno minie przyjemniej i bedzie dobrze. Nawet zasypialam z mysla, ze tak bardzo lubie jezdzic pociagiem noca, ze jest tak przyjemnie.... Nastepnego dnia rano mina zrzedla mi bardzo szybko, kiedy zauwazylam, ze moj odtwarzacz mp3, (z ktorym to zasypialam majac pozytywne mysli na temat chinskich pociagow) wyparowal. Myslalam jeszcze, ze moze spadl na podloge, zaplatal sie w posciel, ze w przyplywie lunatykowania, ktore mi sie nigdy nie zdarza, schowalam go do plecaka. Nic z tego, ktos sie nim poczestowal i na wieki wiekow odtwarzacz zyskal nowego wlasciciela. Nie wiem kto sie na niego skusil, zwazajac na to, ze byl to stary i nic nie warty. Zreszta niewazne ile mial lat i ile byl wart, byl moj... No coz, tak myslelismy, ze pewnie w trakcie podrozy ktos nam kiedys w koncu cos zakosi... Niestety nie sposob sie na cos takiego przygotowac. Bylam tak zla, ze nie potrafilam sie nawet w 100 procentach cieszyc faktem, ze jestem w moim wymarzonym Guilin.
A tak miedzy Bogiem a prawda nie zatrzymalismy sie w Guilin (miescie), tylko 60 km dalej w Yangshuo (podobno mekka bakpakersow - wiem, brzmi strasznie). Niestety przywital nas chlod i szaruga. Nad miastem wisialy ciezkie chmury i nie wygladalo tak jakby pogoda miala sie zmienic przez najblizszy tydzien. Podolowalam sie wiec jeszcze troche i w koncu postanowilam, ze dosyc tego, jakis wredny czlowiek, ktory siegnal po moja wlasnosc oraz pogoda, na ktora nie mamy zadnego wplywu nie beda mi psuly humoru (i przy okazji Bartkowi, ktory musial wysluchiwac przez pol dnia jak bardzo jestem oburzona i jak jest mi przykro :) ). Zaplanowalismy sobie wycieczki na najblizsze kilka dni i poszlismy spac z nadzieja, ze nowy dzien przyniesie odrobine slonca. Nasz pokoj w hostelu nawet byl ogrzewany, chociaz wystepowalo w nim dziwne zjwisko - od klimy ogrzewalo sie tylko pol pokoju - gorna jego polowa, tak, ze na dolnych lozkach bylo lodowato, za to na gorze cieplo jak w tropikach (teraz juz wiemy jak cieplo jest w tropikach :P ).

Pierwszeo dnia w Yangshuo wynajelismy rowery i pojechalismy odwiedzic wzgorze o nazwie Moon Hill - czemu sie tak nazywa macie okazje zaobserwowac na zdjeciu :) Wycieczka nie byla zbyt forsowna, dojechalismy pod gore w godzine, potem czekal nas jeszcze spacer i podchodzenie pol godziny pod sama gore (po schodach!). Oczywiscie postanowilismy sie na nia wdrapac, przy sciezce wiodacej na gore napotkalismy jednak napis : "No passenger allowed!" ;) Poniewaz nie czulismy sie w zadnym stopniu pasazerami czegokolwiek, weszlismy na sciezke cieszac sie w duchu, ze lamiemy chinski zakaz (jakos jestem na ich absurdalne zasady strasznie cieta). Z gory roztaczal sie pieeekny widok (tez zapraszamy do fotek, ktore niestety wygladaja troche szaro) i nie szkodzil mu nawet fakt, iz wszystko bylo spowite we mgle - powiedzmy, ze wrecz dodawalo to pejzazowi specyficznego klimatu i tajemniczosci... Po Moon Hillu pojechalismy droga przez wsie i wzdluz rzeki Li i znow pomimo brzydkiej pogody zachwycilismy sie krajobrazem. Niestety zamiast piosenki, ktora przygotowalam sobie do sluchania na te okazje, musialam posluchac chinskiej muzyki - charchajacego i plujacego nieopodal pana Chinczyka...
Na drugi dzien zaplanowalismy trekking wzdluz rzeki Li, z miejscowosci noszacej nazwe Yang Di i oddalonej od naszego Yangshuo o jakies 30 km. Czekaly nas 3 przeprawy promem, ktorego niestety nie bylo. W ogole poza naganiaczami, ktorzy zachecali do skorzystania z ich uslug i przeplyniecia tratwa z "bambusa" nie bylo na przystani nikogo innego. Tratwa z bambusa byla tak naprawde tratwa z dlugich rur z PVC imitujacych bambus i nawet nie za bardzo pomalowanych w stylu bambusowym... Chcac nie chcac musielismy skorzystac z uslug naganiaczy (bardziej nie chcac, bo sa straszliwie namolni). Sam trekking byl bardzo przyjemny i tylko przed 3 przeprawa promem, mielismy troche problemow z uzgodnieneim zadowalajacej nas ceny. Na szczescie w sukurs przyszla nam grupa mlodych Chinczykow, ktorzy zaczeli sie o nas ... klocic. Kobieta bedaca mozgiem naganiaczy wrzeszczala swoje, a chlopak (jak sie potem okazalo mieszkaniec Szanghaju) swoje. Wrzeszczala jeszcze co jakis czas dziewczyna towarzyszaca chlopakowi, tak wiec nie moglo sie nie udac - weszlismy na tratwe za te sama cene co Chinczycy, z radosnym poczuciem, ze w koncu nikt nas nie wykorzystuje! Mlody Chinczyk przegonil swoich znajomych z lawki stojacej w pierwszym rzedzie, usadowil nas tam z radosna mina i chociaz bardzo slabo znal angielski, co jakis czas pokazywal nam jakies wzgorze i mowil jak sie ono nazywa. Bylo to naprawde super przyjemne, ze ktos jest dla nas zyczliwy i nie chce wyciagnac od nas pieniedzy :) A jeszcze pol godziny wczesniej smielismy sie z nich troche (szli przed nami w trakcie trekkingu), poniewaz w ich grupie byly dwie dziewczyny, z ktorych jedna maszerowala w botkach na obcasach (po pagorkowatym terenie), a druga latala jak opetana i strasznie piszczala... Nasi tymczasowi znajomi namowili nas na pozostanie na tratwie i splynecie rzeka az do docelowej miejscowosci - Xing Ping. Pozwolilo nam to zobaczyc okolice z innej perspektywy, wiec chociaz skrocil nam sie troche trekking, bylismy z tej decyzji zadowoleni. Przy samym Xing Ping jest miejsce, ktorego widoczek widnieje na banknocie 20 juanowym, z czego Chinczycy nie omieszkali zrobic atrakcji turystycznej! Wszyscy kreca sie z banknotami w dloni, porownuja je do widoczku prawdziwego i robia sobie z nimi zdjecie. Prawda, ze dobry pomysl na nakrecenie turystyki? :) (Na kazdym banknocie widnieje rowniez niestety wizerunek Mao, ale co zrobic...)

9 stycznia wyjechalismy z Yangshuo i znow caly dzien mielismy spedzic w drodze, tym razem juz do Wietnamu... Poza tym, ze w autokarze, ktorym jechalismy w pierwszym etapie podrozy pekla opona nie wydarzyo sie nic ciekawego. Mielismy troche opoznienia, ale na szczescie wyrobilismy sie na pociag, ktory mial nas juz wiezc do Hanoi. Na granicy zapomnieli nam powiedziec, ze musimy wysiasc ze wszystkimi rzeczami, wiec wszyscy inni psazerowie czekali na nas i dwie Norwezki, az wysiadziemy i laskawie sie odprawimy. Nie sprawdzali nam bagazu i w ogole malo sie nami interesowali. O 5 rano dojechalismy do Hanoi, ale to juz zupelnie inna historia...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz