wtorek, 1 lutego 2011

Zasapani w Sapie

Po powrocie z Ha Long Bay, naszym jedynym wyczynem bylo wyjscie na ulice i zjedzenie obiadu. Czemu o tym pisze? Ano dlatego, ze miejsce w ktorym dokonalismy konsumpcji nie bylo zwyczajne dla nas, choc dla Wietnamczykow jest codziennoscia. Kiedy przyjechalismy do Hanoi i odbywalismy spacerek poranny po miescie, nasza uwage zwrocily male punkty gastronomiczne, chociaz w pierwszym momencie nie bylo do konca jasne co to tak naprawde jest. Na chodniku porozstawianych bylo kilkanascie malutkich plastikowych stoleczkow, malych stoliczkow, a nieopodal siedziala sobie pani z wielkim kotlem i rozdzielala z tego kotla do miseczek jakas tajemnicza potrawe. Potrawa okazalo sie oczywiscie slynne wietnamskie Pho - rodzaj rosolu, z makaronem np. ryzowym, jakimis warzywami i wolowina lub kurczakiem. Warunki sanitarne takiego miejsca jak sie mozna domyslac sa zadne, ale... do tej pory nie mielismy zadnych problemow zoladkowych, przyzwyczajalismy nasze organizmy do tubylczego jedzenia stopniowo, autochtoni jakos jedli to i zyli, wiec stwierdzilismy, ze raz kozie smierc i ... idziemy na ulice! :) (Poza tym niektore lokale, w ktorych zywilismy sie w Chinach wygladaly serio niewiele lepiej niz chodnik, ze sterta walajacych sie gazet i innych smieci). Jak latwo sie domyslic Bartek siedzial na mikro-stoleczku z kolanami pod broda, ale zupe udalo sie spozyc. Najedlismy sie do syta, zagryzlismy jakims smazonym plackiem, popilismy wietnamskim piwem i pozostalo nam tylko czekac czy nadejdzie "katastrofa" zoladkowa czy wszystko bedzie ok. I wszystko bylo OK, tego dnia, nastepnego jak i po kazdym posilku, ktory do tej pory spozylismy, jestesmy wrecz fanami jedzenia z tubylcami w ich knajpach, a do restauracji gdzie sa same "bialasy" nawet nie wchodzimy. Jedyna rzecz na ktora sie w koncu skusilismy, to zakup wlasnych paleczek, ktore myjemy sami w domu i nosimy ze soba w plecku, poniewaz te oferowane na ulicy, sa czasem watpliwej czystosci i nie spelniaja nawet naszych wymagan :)

Dzien po powrocie z zatoki poswiecilismy na dalsze chodzenie po miescie, a wieczorem wsiedlismy do pociagu, ktory mial nas zawiezc w gory, na polnoc,do miasteczka zwanego Sa Pa, ktore polozone jest na samej polnocy Wietnamu. Oczywiscie, ze najlepsza pora na odwiedzenie go jest srodek lata, a nie srodek zimy, no ale... Wietnamski pociag w wersji hard-sleeper, byl ekstremalnie hard i w niczym nie przypominal pociagow w Chinach. Wygladal troche jak slabo wyczyszczona klatka do przewozenia zwierzat (no moze troche przesadzam ;) ), byl obskurny, a lezanka naprawde bardzo twarda, takze nie pomoglo nawet polozenie koldry pod soba zamiast na sobie.

Sapa przywitala nas... nie, nie przywitala nas, bo jej nie bylo. Byla tak gesta mgla, ze nie bylo widac nic na odleglosc 10 metrow. Sapa jest miasteczkiem polozonym na wysokosci 1650 m n.p.m i charakteryzuje sie bardzo duzym zamgleniem w porze zimowej. W porze letniej wiocznosc jest ostra jak brzytwa i odslania przepiekne widoki, wielopoziomowo polozonych, soczyscie zielonych pol ryzowych. Znalezlismy pokoj z grzejnikiem (tzn czyms dziwnym co wygladalo jak wiatrak, ale grzalo i tylko na odleglosc 1,5 metra od siebie), potargowalismy sie troche o cene, zjedlismy giga sniadanie, w towarzystwie rozkosznej, malutkiej coreczki gospodarzy, ktora podjadla nam troche z talerza :) i ruszylismy na trekking po okolicy.

Trekking okazal sie najlepszym jaki do tej pory mielismy, chociaz nic tego nie zapowiadalo. Zeby cokolwiek zobaczyc, musielismy zejsc duzo nizej, ale tak tez wiodly trasy trekkingowe. Mgla ustapila po jakich 200-300 metrach, weszlismy na szlak turystyczny i chcielismy z niego od razu uciekac. Byl przepelniony ludzmi i sprzedawcami wyrobow regionalnych. Wyroby moze i byly regionalne, ale nie po to pojechalismy w gory, zeby robic zakupy... Doszlismy wiec do podobno fajnego miasteczka, potem do wodospadu, a potem mielismy juz tak dosyc, ze zeszlismy z trasy w bok, na jakis podobno mniej uczeszczany szlak. Podobno bo wcale nie wiemy czy szlismy tym szlakiem, ktorym chcielismy i chyba raczej nie. Oczywiscie nic nie bylo oznaczone. Szlismy sobie przez wies, wsrod pol ryzowych, walczac o niewywrocenie sie plackiem na drodze, ktora nie byla droga tylko pasem blota. Mijaly nas rozesmiane i smigajace jak motorki dzieciaki w gumowych kaloszach (a my halo! mielismy specjalne buty do trekkingu, ze specjalnymi podeszwami! :) ). Tarasy ryzowe nie byly niestety zielone, ale i tak bylo super klimatycznie. Szlismy sobie przez wies, co chwile mijajac jakies zwierzaki, ktore beztrosko biegaly sobie bez zadnych sznurkow, oznaczen itd. Bylo cale mnostwo malych kurczakow, prosiakow i szczeniakow, chyba na takiej wsi co chwile rodzi sie jakies stworzenie - napotkane rodziny zazwczyczaj skladaly sie z co najmniej piatki usmarkanych i umorusancyh dzieci. Gdzies tam po drodze kompletnie zgubilismy "droge", tak wiec szlismy w jeszcze wiekszym blocie, balansujac na krawedzi tarasow ryzowych i modlac sie, zeby sie nie poslizgnac. Spadniecie w jedna strone grozilo utkwieniem po kolana w grzaskim gruncie. Spadniecie w druga strone oznaczalo lot ok. metr w dol i plaskniecie w ogromna kaluze, w calkowicie przypadkowej pozycji. Jakos sie udalo chociaz bylo tuz, tuz. Mam nadzieje, ze zdjecia bardziej obrazowo pokaza Wam co musielismy przezyc. Poniewaz sie zgubilismy, o droge musielismy pytac miejscowych na migi. Mapy oczywiscie nie potrafili odczytac, poniewaz w wiekszosci w ogole nie potrafia czytac... Ale jakos sie udalo i chociaz naszych butow spod blota wlasciwie nie bylo juz widac, zakonczylismy dzien szczesliwi, ze nie musielismy sie potykac o innych turystow i ze zobaczylismy kawalek autentycznej wsi wietnamskiej.

Na drugi dzien rowniez planowalismy trekking, ale nie byl juz tak swietny jak ten pierwszego dnia. Troche sie znow zgubilismy, poniewaz szlaki znow nie mialy obsolutnie zadnych oznaczen, a mapa nie pokrywala sie z rzeczywistoscia, ale doszlismy mniej wiecej tam, gdzie chcielismy. W drodze powrotnej wynajelismy dwoch miejscowych do odwiezienia nas do Sapy na skuterach, co bylo dosc ciekawym przezyciem, zwlaszcza ze moj kierowca, zamiast omijac dziury, we wszystkie z luboscia wjezdzal... W Sapie przeszlismy sie po bazarku, ale nic nie kupilismy, bo przeciez nie przyjechalismy tam na zakupy ;)

Pojechalismy do LAo Cai, skad mielismy pociag powrotny do Hanoi, tym razem w wersji soft-sitter, czyli na siedzaco (hard-sleeperow zabraklo). Kiedy szukalismy miejsca, gdzie bedziemy mogli zjesc, wytrwale biegali za nami czyscibuci (jak to sie mowi w liczbie mnogiej??) i namawiali nas na skorzystanie ze swoich uslug. Nie wiem co chcieli zrobic z naszymi goreteksowo-zamszowymi butami i jaki mieli na nie pomysl, ale jak widzialam w ich reku butelke ze spienionym plynem oraz zwykla paste do butow - wolalam uciekac, gdzie pieprz rosnie. Jeden czyscibut spytal czy chcemy w takich butach jechac do miasta (gliniaste bloto sie zbyt dobrze nie zmylo), a kiedy potwierdzilismy, skwitowal to tylko pelnym grozy "Oh my god!".
Soft-sittery byly w porzadku, chociaz na jakimkolwiek siedzeniu ciezko sie wyspac. Co ciekawe pociag dysponowal tylko jednym wagonem z siedzeniami w wersji soft, ktory byl przepelniony. Dysponowal za to calym mnostwem pustych wagonow w wersji hard-sitter - i byl to znow hardcore - zamisat siedzen, w wagonach poustawiane byly drewniane lawki, niczym w westernach. Roznica miedzy softem a hardem wynosi dwa dolary...

Pociag nie dowiozl nas w Hanoi na dworzec, na ktorym planowo mial sie zatrzymac, ale to nam bardziej pasowalo, gdyz wysiedlismy na centralnym i moglismy szybko dostac sie do naszego 'ulubionego' hostelu, po zostawiona tam czesc bagazu. Tego samego dnia ok 18 mielismy ruszac juz na poludnie, w koncu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz