Droga do Bangkoku nie nalezala do najprostszych z racji stanu naszej skory. Nie bede opisywac szczegolow, ale bylo ciezko. No ale coz, mielismy to tylko i wylacznie na wlasne zyczenie :) Oczywiscie zaliczylismy 2 przesiadki, chociaz autobus mial jechac bezposrednio do Bangkoku (jednej sie spodziewalismy, bo w Tajlandii jest ruch lewostronny, a w Kambodzy tak jak u nas), ale wg pani sprzedajacej nam bilety autobus mial jechac BEZPOSREDNIO.
Do Bangkoku dotarlismy po 23 i ruszylismy szukac noclegu. Musielismy jednak przejechac pol miasta - noszenie plecaka na spalonych plecach - kolejna rzecz, ktorej nie chce mi sie komentowac. Hotelu postanowilismy szukac w tak zwanym dystrykcie bakpakerskim, poniewaz jak sadzilismy, w takim miejscu najlatwiej bedzie nam o tej porze cos znalezc - hoteli, hosteli i innych noclegowni jest tam pod dostatkiem. Jakiez bylo nasze zaskoczenie, kiedy w piatym miejscu z kolei uslyszelismy, ze wszystkie pokoje sa zajete... W koncu, kiedy bylo nam juz naprawde wszystko jedno, znalezlismy pokoj w guest housie, gdzie recepcja miala tak niski sufit, ze Bartek musial przebywajac w niej przekrzywiac glowe. Pokoj... hmmm. Wielki na szerokosc lozka, z oknem wychodzacym na jakies plugawe podworko, scianami, ktorye ktos laskawie skopal... Ale chociaz mial lazienke, w ktorej troche smierdzialo stechlizna, ale jakiz luksus - mozna sie bylo wykapac i woda nawet byla prawie ciepla. Rano jednak pobieglismy szukac innego pokoju, ktory byl niebem w porownaniu z tym pierwszym, chociaz jak sie okazalo w nocy, do godziny 3 rano nie dane nam bylo zasnac z powodu wielkiej imprezy, (a raczej kilkudziesieciu imprez) ktore w tamtej okolicy odbywaja sie codziennie.
Pierwsze wrazenia z Bangkoku? Moze spowodowane zlym samopoczuciem, moze pora, o ktorej tam przybylismy, ale od razu chcialam stamtad wyjezdzac. Cala ta dzielnica bakpakerska, to krolestwo lansu, proznosci, pijanstwa i grzechu ;) A my przeciez jestesmy swieci, itd ;) Pierwszego dnia ruszylismy na jakies zwiedzanie, ale slabo sie jeszcze czulismy po naszych plazowych ekscesach, wiec tylko troche polazilismy (tzn bardzo duzo, bo znow odleglosci na mapie sie nie zgadzaly ze swiatem realnym), podjechalismy do ambasady Myanmaru, (w ktorej nic sie nie dowiedzielismy, bo nie mieli zadnej tablicy zewnetrznej, a byla sobota) i pojechalismy na jakis wielki targ, na ktorym mielismy kupic czapki, ale nic nie kupilismy. W niedziele cos tam pozwiedzalismy, ale znow bylismy malo produktywni. Nawet nie zmienilismy glosnego pokoju na inny, bo jakos nam sie zaspalo na check-out... Generalnie sie regenerowalismy! A Bangkok wciaz nas denerwowal, bo sa tam chyba non stop gigantyczne korki, ktore spowodowaly, ze stracilismy na przejazdy mnostwo czasu i pieniedzy.
A w poniedzialek byly Walentynki. Co sie robi w Walentynki? Tutaj chyba niewiele sie robi, bo prawie nikt z lokalesow ich nie obchodzi. Widzialam tylko ze 2 osoby z kwiatkiem (ciezko stwierdzic czy to byly dziewczyny czy faceci, bo w Bangkoku wystepuje rowniez w duzej ilosci plec mieszana - transwestyci, czasem naprawde ciezko odroznic), a reklamowanie Walentynek odbywa sie chyba glownie pod katem turystow. A my w Walentynki wstalismy o 6 rano, przenieslismy sie do innego hotelu i pojechalismy do ambasady Myanmaru sterczec w kolejce po wize... Potem bylo juz lepiej i przyjemniej. W prezencie dostalam wizyte w Oceanarium, a Bartek wizyte w dzielnicy Czerwonych Latarni, Patpongu. Czyli jak to podsumowal glowny zainteresowany, po czesci romantycznej, zaliczylismy czesc praktyczna :) Oceanarium znajduje sie w centrum handlowym i ma spora kolekcje rekinow, ktore mozna obserwowac nad soba, przechodzac przez akwarium tunelem z pleksi. Cala kolekcja ryb jest dosc imponujaca i nawet nie trzeba byc milosnikiem zycia morskiego, zeby sie zajarac wizyta. A pobyt na Patpongu oczywiscie powinien skomentowac Bartek. Ja uwazam, ze wszystkie dziewczyny byly brzydkie i koslawe i nie bylo na czym oka zawiesic. ;P A tak serio, to bylo calkiem smiesznie, chociaz skala dzielnicy nas troche rozczarowala (mnie mniej), bo atrakcji nie bylo duzo, a poza tym jak zwykle i wszedzie w Azji, na samym srodku dzielnicy krolowal bazar z oryginalnymi Louis Vuittonami i innymi Guccimi.
We wtorek odebralismy wize do Myanmaru, do ktorego mielismy leciec w srode, ale kolo 12 (tuz przed kupieniem biletow) stwierdzilismy, ze jedziemy wieczorem do Laosu, a Birme przekladamy na za tydzien. Mielismy ochote na lekki spontan, (a tak naprawde bilety na pozniej byly tansze ). O 17:30 zdecydowalismy sie na autobus do Laosu, ktory mial nas zabrac o 18. Wyblagalismy pol godziny opoznienia (w Azji mozna wszystko!) i pobieglismy do hostelu po plecaki, ktore juz mielismy na szczescie prawie spakowane. Udalo nam sie dobiec na czas, wiec szczesliwi, pieknym, kolorowym autobusem pietrowym, ruszylismy na podboj Laosu!
Do Bangkoku dotarlismy po 23 i ruszylismy szukac noclegu. Musielismy jednak przejechac pol miasta - noszenie plecaka na spalonych plecach - kolejna rzecz, ktorej nie chce mi sie komentowac. Hotelu postanowilismy szukac w tak zwanym dystrykcie bakpakerskim, poniewaz jak sadzilismy, w takim miejscu najlatwiej bedzie nam o tej porze cos znalezc - hoteli, hosteli i innych noclegowni jest tam pod dostatkiem. Jakiez bylo nasze zaskoczenie, kiedy w piatym miejscu z kolei uslyszelismy, ze wszystkie pokoje sa zajete... W koncu, kiedy bylo nam juz naprawde wszystko jedno, znalezlismy pokoj w guest housie, gdzie recepcja miala tak niski sufit, ze Bartek musial przebywajac w niej przekrzywiac glowe. Pokoj... hmmm. Wielki na szerokosc lozka, z oknem wychodzacym na jakies plugawe podworko, scianami, ktorye ktos laskawie skopal... Ale chociaz mial lazienke, w ktorej troche smierdzialo stechlizna, ale jakiz luksus - mozna sie bylo wykapac i woda nawet byla prawie ciepla. Rano jednak pobieglismy szukac innego pokoju, ktory byl niebem w porownaniu z tym pierwszym, chociaz jak sie okazalo w nocy, do godziny 3 rano nie dane nam bylo zasnac z powodu wielkiej imprezy, (a raczej kilkudziesieciu imprez) ktore w tamtej okolicy odbywaja sie codziennie.
Pierwsze wrazenia z Bangkoku? Moze spowodowane zlym samopoczuciem, moze pora, o ktorej tam przybylismy, ale od razu chcialam stamtad wyjezdzac. Cala ta dzielnica bakpakerska, to krolestwo lansu, proznosci, pijanstwa i grzechu ;) A my przeciez jestesmy swieci, itd ;) Pierwszego dnia ruszylismy na jakies zwiedzanie, ale slabo sie jeszcze czulismy po naszych plazowych ekscesach, wiec tylko troche polazilismy (tzn bardzo duzo, bo znow odleglosci na mapie sie nie zgadzaly ze swiatem realnym), podjechalismy do ambasady Myanmaru, (w ktorej nic sie nie dowiedzielismy, bo nie mieli zadnej tablicy zewnetrznej, a byla sobota) i pojechalismy na jakis wielki targ, na ktorym mielismy kupic czapki, ale nic nie kupilismy. W niedziele cos tam pozwiedzalismy, ale znow bylismy malo produktywni. Nawet nie zmienilismy glosnego pokoju na inny, bo jakos nam sie zaspalo na check-out... Generalnie sie regenerowalismy! A Bangkok wciaz nas denerwowal, bo sa tam chyba non stop gigantyczne korki, ktore spowodowaly, ze stracilismy na przejazdy mnostwo czasu i pieniedzy.
A w poniedzialek byly Walentynki. Co sie robi w Walentynki? Tutaj chyba niewiele sie robi, bo prawie nikt z lokalesow ich nie obchodzi. Widzialam tylko ze 2 osoby z kwiatkiem (ciezko stwierdzic czy to byly dziewczyny czy faceci, bo w Bangkoku wystepuje rowniez w duzej ilosci plec mieszana - transwestyci, czasem naprawde ciezko odroznic), a reklamowanie Walentynek odbywa sie chyba glownie pod katem turystow. A my w Walentynki wstalismy o 6 rano, przenieslismy sie do innego hotelu i pojechalismy do ambasady Myanmaru sterczec w kolejce po wize... Potem bylo juz lepiej i przyjemniej. W prezencie dostalam wizyte w Oceanarium, a Bartek wizyte w dzielnicy Czerwonych Latarni, Patpongu. Czyli jak to podsumowal glowny zainteresowany, po czesci romantycznej, zaliczylismy czesc praktyczna :) Oceanarium znajduje sie w centrum handlowym i ma spora kolekcje rekinow, ktore mozna obserwowac nad soba, przechodzac przez akwarium tunelem z pleksi. Cala kolekcja ryb jest dosc imponujaca i nawet nie trzeba byc milosnikiem zycia morskiego, zeby sie zajarac wizyta. A pobyt na Patpongu oczywiscie powinien skomentowac Bartek. Ja uwazam, ze wszystkie dziewczyny byly brzydkie i koslawe i nie bylo na czym oka zawiesic. ;P A tak serio, to bylo calkiem smiesznie, chociaz skala dzielnicy nas troche rozczarowala (mnie mniej), bo atrakcji nie bylo duzo, a poza tym jak zwykle i wszedzie w Azji, na samym srodku dzielnicy krolowal bazar z oryginalnymi Louis Vuittonami i innymi Guccimi.
We wtorek odebralismy wize do Myanmaru, do ktorego mielismy leciec w srode, ale kolo 12 (tuz przed kupieniem biletow) stwierdzilismy, ze jedziemy wieczorem do Laosu, a Birme przekladamy na za tydzien. Mielismy ochote na lekki spontan, (a tak naprawde bilety na pozniej byly tansze ). O 17:30 zdecydowalismy sie na autobus do Laosu, ktory mial nas zabrac o 18. Wyblagalismy pol godziny opoznienia (w Azji mozna wszystko!) i pobieglismy do hostelu po plecaki, ktore juz mielismy na szczescie prawie spakowane. Udalo nam sie dobiec na czas, wiec szczesliwi, pieknym, kolorowym autobusem pietrowym, ruszylismy na podboj Laosu!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz