Luang Prabang jest mekka turystow, ktorzy moga tam doleciec samolotem... My oczywiscie wybralismy opcje autokaru nocnego, ktory jechal przez gory, niemilosiernie wijaca sie, nierowna droga, na ktorej - bylam o tym przekonana - nie mieszcza sie obok siebie dwa pojazdy (nie mialam racji!). Autokar nalezal do super niewygodnych, umeczylismy sie w nim straszliwie, a na domiar zlego dowiozl nas do LP o piatej rano... Wyroslismy juz z maszerowania z plecakami o swicie, tuk-tukiem pojechalismy wiec w miejsce, gdzie, jak doszly nas wiesci - hotele nie kosztuja 50 $ (o co w LP w dzisiejszych czasach bardzo trudno). Zastalismy wszystko zamkniete na 4 spusty, nie wiedzielismy nawet o ktorej mozemy liczyc na otwarcie jakies hotelu. Na szczescie przy uliczce stala kamienna lawka, wiec nie musielismy bawic sie w zula kraweznikowego. Po kilkudziesieciu minutach zdarzyl sie cud, na skuterze przyjechal mlody chlopak urzedujacy w jednym z hoteli i powiedzial, ze ma dla nas pokoj, musi w nim tylko troche posprzatac. Pokoj byl obskurny, jednak bylo nam to naprawde obojetne. Zalogowalismy sie i poszlismy SPAAAC.
Wstalismy niezbyt pozno, zeby jeszcze cos pozwiedzac przed zachodem slonca ;) Okazalo sie, ze Luang Prabang - miasto o najpiekniejszej nazwie na swiecie, wpisane na liste swiatowego dziedzictwa, nie ma do zaoferowania az tak wiele jak sie spodziewalismy (y chyba juz naprawde za duzo zwiedzilismy!!) Oczywiscie posiada ono ogromna liczbe swiatyn (zwiedzilismy tylko jedna!), bardzo skromny byly palac krolewski i rzeke Mekong (troche bujniejsza niz w Wientianie), nad ktora mozna ogladac... zachod slonca. W okolicy sa rowniez calkiem pokazne wodospady i jaskinie, jednak zwiedzanie ich zaplanowalismy na dzien nastepny. Do Luang Prabang zjezdza duzo turystow o dosc zasobnych portfelach, co niestety niekorzystnie odbija sie na cenach absolutnie wszystkiego - nadal sie jednak cieszylismy, ze spoleczenstwo laotanskie moze sie wzbogacic. W ogole w Laosie za wszystko trzeba placic, za kazdy przejazd przez drewniany mostek, wejscie na gore, wjazd na teren parku z rowerem, wniesienie aparatu fotograficznego... Prawa rynku turystycznego sa brutalne. Jednak jest tez cos, a raczej nie ma czegos co tak bardzo smucilo w Kambodzy. Nie bylo w ogole "pracujacych" dzieci, zebrzacych, proszacych o "one dolaaaaar"... Jesli jakies dzieci zajmowaly sie handlem, to tylko w towarzystwie swoich rodzicow i bardziej dlatego, ze ci drudzy nie mieli chyba z nimi akurat co zrobic. Dzieci w Kambodzy sa przesliczne (kazde bez wyjatku), ale dzieci w Laosie chociaz nie sa juz tak sliczne, sa chyba milion razy szczesliwsze... wiec jednak da sie, pomimo wzglednej biedy, nie wykorzystywac dzieciakow... A moze Laos jeszcze nie jest tak skazony pieniadzem jak Wietnam i Kambodza, a moze to sie dopiero zacznie za pare lat, wraz z naplywem turystow...
Drugiego dnia w LP wstalismy o 5 rano, nie dlatego, ze lubimy sie zmasakrowac, tylko po to, aby uczestniczyc w codziennym rytuale udzielania jalmuzny mnichom. Mnisi codziennie rano (ale czemu az tak rano??), wychodza na ulice i aby dac ludziom mozliwosc spelnienia dobrego uczynku, zbieraja od nich do specjalnych pojemnikow jedzenie. W Luang Prapang w rytuale tym udzial bierze ok. 250 mnichow - co czyni go najwiekszym tego typu zjawiskiem na swiecie. Oczywiscie jest to rowniez spektakl dla turystow, chociaz musze przyznac, ze wszyscy zachowuja sie bardzo poprawnie i naprawde wygladaja jakby brali sobie "karmienie" mnichow do serca. Mnisi nie sa w stanie przejesc oczywiscie tego wszystkiego, co zbiora od ludzi, ale nie jest to problemem, poniewaz przy calej procesji rzedem ustawiaja sie dzieciaki z biedniejszych rodzin, ktore w kartony, pudla, torby zbieraja od mnichow "nadwyzki" jedzenia (ktore sa calkiem spore). Oczywiscie wokol rytualu dawania mnichom jalmuzny rozwinal sie caly biznes, takze my rowniez skusilismy sie na zakup miseczki ryzu i zostalam oddelegowana do pelnienia roli karmicielki. Dostalam potem reprymende od Bartka za zbyt chojne obdarowywanie mnichow, poniewaz w zwyczaju jest dawanie im malutkich porcyjek, zeby starczylo dla jak najwiekszej liczby. Sprobujcie jednak nakladac klejacy sie ryz plastikowa lyzka, w drugiej trzymajac miske, a do tego wszystkiego kleczac na twardej macie i jeszcze uwazajac, zeby nie dotknac mnicha, bo kobietom nie wolno... :) Moj ryz sie szybko skonczyl, ale dzieki temu moglam rowniez poogladac jak to wszystko wyglada z boku. A wygladalo bardzo malowniczo, chociaz bosi mnisi mieli zupelnie beznamietny wyraz twarzy. Pewnie byli troche mniej podekscytowani niz my.
Pozniejszym rankiem wynajelismy skuter i ruszylismy w 34 kilometrowa droge do wodospadu Kuang Si, ktory okazal sie bardzo piekny i warty zachodu jazdy po zakurzonych i dziurawych drogach Laosu. Zacheceni wspanialymi widokami, pojechalismy nad drugi wodospad, ktory nie mial byc juz tak wielki jak ten pierwszy, ale mial byc szeroki i splywac w lesie, co rowniez moglo byc calkiem mile dla oka... Musielismy wrocic te 34 km do LP, pojechac w zupelnie inna strone 10 km, przesiasc sie na lodke i przemierzyc 1,5 km droga wodna, zaplacic za bilet, zeby... zobaczyc, ze z powodu pory suchej wodospad nie istnieje i mozemy jedynie popodziwiac suche jak pieprz tarasy, po ktorych w porze deszczowej splywa woda. Jakos nikt nam nie powiedzial, pomimo tego, ze pytalismy, ze wodospadu nie ma...
Jako, ze na jaksinie nie starczylo nam juz czasu, wrocilismy do miasta i psychicznie zaczelismy sie szykowac na kolejna noc spedzona w autokarze i powrot ta sama kreta i gorzysta droga (ktora podobno ze wzgledu na widoki warto przemierzyc w ciagu dnia, ale szkoda nam bylo czasu). Autokar byl w wersji VIP (jak kazdy autokar nielokalny), ale mial zepsuta klimatyzacje, wiec jak wszyscy zaczeli zdychac z goraca, obsluga busa (ktora wczesniej wniosla na poklad motocykl), otworzyla drzwi srodkowe i tak sobie jechalismy owiewani przyjemna bryza nocna! Pomimo tego, ze byla noc, widoki byly przepiekne i wyobrazam sobie, ze w ciagu dnia, tak jak nam powiedzial jeden mily pan "up there, you feel like the king of the world". Gdzies po 1 w nocy, kiedy sobie slodko spalismy, zepsul sie autokar... Gdzies w gorach, daleko od wszystkiego. Podobno zjawisko nagminne w Laosie. Na szczescie obsluga jest do tego zapewne tak bardzo przyzwyczajona, ze potrafi w nim zreperowac pewnie wszystko, tak wiec postalismy tylko z 1,5 godziny i ruszylismy dalej.
Do Wientianiu dojechalismy niewiele spoznieni. Zaplanowalismy, ze tego dnia, zanim zapakujemy sie w autokar do Tajlandii, odwiedzimy tylko Park Buddy, ktory jest dwadziescia pare kilometrow za miastem. Chcielismy jednak najpierw pozbyc sie plecakow, musielismy wiec dostac sie do informacji turystycznej, w ktorej kupowalismy bilety, zeby sie nimi laskawie zaopiekowali. Trafilismy na pana tuk-tukowca, ktory nie mowil nic po angielsku i chyba gorzej znal topografie miasta niz Bartek. Jechalismy niemilosiernie dlugo, pan co chwile zatrzymywal sie przy jakims sklepie, o cos pytal, pokazujac na nas, a potem wsiadal do pojazdu i ruszal dalej. Na jednym z kolejnych postojow przyprowadzil do nas pania mowiaca po angielsku, ktora spytala nas, gdzie my tak wlasciwie chcemy jechac....
Sam Park Buddy byl jakims zartem - w latach 50 XX wieku zostal zaprojektowany przez ekscentryka, ktory wymyslil wlasna religie, laczac hinduizm z buddyzmem i chcial to rowniez przekazac w sztuce. Prace wykonane byly bardzo rzemieslniczo, poza tym po 50 latach wszystko zaczyna sie juz sypac, peka beton, wystaja druty zbrojeniowe i wyglada to bardziej groteskowo niz wspaniale... Ale jak ktos ma do zabicia czas w Wientianie, to jak najbardziej moze sie tam wybrac, tym bardziej, ze dzielo pewnie niedlugo popadnie w calkowita ruine.
Poznym popoludniem znow zapakowalismy sie do autokaru, ktory mial nas dowiezc do Bangkoku. Znow musielismy zaplacic "kare" za przekraczanie granicy po godzinach pracy (bylo przed 19), ale w koncu udalo sie wjechac na teren Tajlandii. Myslelismy, ze to koniec przygod, ale jakies 100 km za granica, kiedy w najlepsze sobie jechalismy i prawie juz kimalismy, nagle wylaczyla sie klimatyzacja, potem wylaczylo sie wszystko i zjechalismy na pobocze. Pomyslelismy, ze cudownie, kolejna awaria i stanie na drodze. Okazalo sie jednak, ze nie... po prostu zabraklo benzyny. Mielismy jednak jakiegos dzikiego farta - benzyna skonczyla sie na przeciwko stacji benzynowej, tak wiec pare minut po przymusowym parkowaniu zobaczylismy naszego pana stewarda biegnacego przez ulice z kanistrem na ramieniu, zeby napoic nasza pietrowa strzale.
Do Bangkoku dotarlismy juz bez wiekszych klopotow i tak sobie dzis siedzimy tu i zalatwiamy rozne sprawy przedwyjazdowe.... U nas jest juz 1:40 w nocy, za 2 godziny musimy wychodzic na lotnisko, a o 7 rano (Waszej 1 w nocy) startujemy do Birmy.
Slow jeszcze kilka o Laosie - jest to kraj, ktory robi bardzo dobre pierwsze wrazenie i jeszcze lepsze drugie i trzecie. Zaluje bardzo, ze spedzilismy tam w sumie tak malo czasu i raczej nie schodzac z popularnych szlakow turystycznych. Niestety czas nas goni, a mamy jeszcze dwa kraje do zwiedzenia. Mam nadzieje, ze uda sie tam kiedys pojechac jeszcze zanim Laos zostanie zalany przez turystow i straci swoj niesamowity urok... Mysle, ze jest tu sporo do zobaczenia i warto sie pomeczyc troche w tych autokarach, na tych koszmarnych, dziurawych i zakurzonych drogach. Ludzie w Laosie sa bardzo serdeczni i otwarci i sa zwyklymi ludzmi, ktorzy chca po prostu porozmawiac i jak sie chce ich sluchac, to mowia o sobie bardzo duzo....
Wstalismy niezbyt pozno, zeby jeszcze cos pozwiedzac przed zachodem slonca ;) Okazalo sie, ze Luang Prabang - miasto o najpiekniejszej nazwie na swiecie, wpisane na liste swiatowego dziedzictwa, nie ma do zaoferowania az tak wiele jak sie spodziewalismy (y chyba juz naprawde za duzo zwiedzilismy!!) Oczywiscie posiada ono ogromna liczbe swiatyn (zwiedzilismy tylko jedna!), bardzo skromny byly palac krolewski i rzeke Mekong (troche bujniejsza niz w Wientianie), nad ktora mozna ogladac... zachod slonca. W okolicy sa rowniez calkiem pokazne wodospady i jaskinie, jednak zwiedzanie ich zaplanowalismy na dzien nastepny. Do Luang Prabang zjezdza duzo turystow o dosc zasobnych portfelach, co niestety niekorzystnie odbija sie na cenach absolutnie wszystkiego - nadal sie jednak cieszylismy, ze spoleczenstwo laotanskie moze sie wzbogacic. W ogole w Laosie za wszystko trzeba placic, za kazdy przejazd przez drewniany mostek, wejscie na gore, wjazd na teren parku z rowerem, wniesienie aparatu fotograficznego... Prawa rynku turystycznego sa brutalne. Jednak jest tez cos, a raczej nie ma czegos co tak bardzo smucilo w Kambodzy. Nie bylo w ogole "pracujacych" dzieci, zebrzacych, proszacych o "one dolaaaaar"... Jesli jakies dzieci zajmowaly sie handlem, to tylko w towarzystwie swoich rodzicow i bardziej dlatego, ze ci drudzy nie mieli chyba z nimi akurat co zrobic. Dzieci w Kambodzy sa przesliczne (kazde bez wyjatku), ale dzieci w Laosie chociaz nie sa juz tak sliczne, sa chyba milion razy szczesliwsze... wiec jednak da sie, pomimo wzglednej biedy, nie wykorzystywac dzieciakow... A moze Laos jeszcze nie jest tak skazony pieniadzem jak Wietnam i Kambodza, a moze to sie dopiero zacznie za pare lat, wraz z naplywem turystow...
Drugiego dnia w LP wstalismy o 5 rano, nie dlatego, ze lubimy sie zmasakrowac, tylko po to, aby uczestniczyc w codziennym rytuale udzielania jalmuzny mnichom. Mnisi codziennie rano (ale czemu az tak rano??), wychodza na ulice i aby dac ludziom mozliwosc spelnienia dobrego uczynku, zbieraja od nich do specjalnych pojemnikow jedzenie. W Luang Prapang w rytuale tym udzial bierze ok. 250 mnichow - co czyni go najwiekszym tego typu zjawiskiem na swiecie. Oczywiscie jest to rowniez spektakl dla turystow, chociaz musze przyznac, ze wszyscy zachowuja sie bardzo poprawnie i naprawde wygladaja jakby brali sobie "karmienie" mnichow do serca. Mnisi nie sa w stanie przejesc oczywiscie tego wszystkiego, co zbiora od ludzi, ale nie jest to problemem, poniewaz przy calej procesji rzedem ustawiaja sie dzieciaki z biedniejszych rodzin, ktore w kartony, pudla, torby zbieraja od mnichow "nadwyzki" jedzenia (ktore sa calkiem spore). Oczywiscie wokol rytualu dawania mnichom jalmuzny rozwinal sie caly biznes, takze my rowniez skusilismy sie na zakup miseczki ryzu i zostalam oddelegowana do pelnienia roli karmicielki. Dostalam potem reprymende od Bartka za zbyt chojne obdarowywanie mnichow, poniewaz w zwyczaju jest dawanie im malutkich porcyjek, zeby starczylo dla jak najwiekszej liczby. Sprobujcie jednak nakladac klejacy sie ryz plastikowa lyzka, w drugiej trzymajac miske, a do tego wszystkiego kleczac na twardej macie i jeszcze uwazajac, zeby nie dotknac mnicha, bo kobietom nie wolno... :) Moj ryz sie szybko skonczyl, ale dzieki temu moglam rowniez poogladac jak to wszystko wyglada z boku. A wygladalo bardzo malowniczo, chociaz bosi mnisi mieli zupelnie beznamietny wyraz twarzy. Pewnie byli troche mniej podekscytowani niz my.
Pozniejszym rankiem wynajelismy skuter i ruszylismy w 34 kilometrowa droge do wodospadu Kuang Si, ktory okazal sie bardzo piekny i warty zachodu jazdy po zakurzonych i dziurawych drogach Laosu. Zacheceni wspanialymi widokami, pojechalismy nad drugi wodospad, ktory nie mial byc juz tak wielki jak ten pierwszy, ale mial byc szeroki i splywac w lesie, co rowniez moglo byc calkiem mile dla oka... Musielismy wrocic te 34 km do LP, pojechac w zupelnie inna strone 10 km, przesiasc sie na lodke i przemierzyc 1,5 km droga wodna, zaplacic za bilet, zeby... zobaczyc, ze z powodu pory suchej wodospad nie istnieje i mozemy jedynie popodziwiac suche jak pieprz tarasy, po ktorych w porze deszczowej splywa woda. Jakos nikt nam nie powiedzial, pomimo tego, ze pytalismy, ze wodospadu nie ma...
Jako, ze na jaksinie nie starczylo nam juz czasu, wrocilismy do miasta i psychicznie zaczelismy sie szykowac na kolejna noc spedzona w autokarze i powrot ta sama kreta i gorzysta droga (ktora podobno ze wzgledu na widoki warto przemierzyc w ciagu dnia, ale szkoda nam bylo czasu). Autokar byl w wersji VIP (jak kazdy autokar nielokalny), ale mial zepsuta klimatyzacje, wiec jak wszyscy zaczeli zdychac z goraca, obsluga busa (ktora wczesniej wniosla na poklad motocykl), otworzyla drzwi srodkowe i tak sobie jechalismy owiewani przyjemna bryza nocna! Pomimo tego, ze byla noc, widoki byly przepiekne i wyobrazam sobie, ze w ciagu dnia, tak jak nam powiedzial jeden mily pan "up there, you feel like the king of the world". Gdzies po 1 w nocy, kiedy sobie slodko spalismy, zepsul sie autokar... Gdzies w gorach, daleko od wszystkiego. Podobno zjawisko nagminne w Laosie. Na szczescie obsluga jest do tego zapewne tak bardzo przyzwyczajona, ze potrafi w nim zreperowac pewnie wszystko, tak wiec postalismy tylko z 1,5 godziny i ruszylismy dalej.
Do Wientianiu dojechalismy niewiele spoznieni. Zaplanowalismy, ze tego dnia, zanim zapakujemy sie w autokar do Tajlandii, odwiedzimy tylko Park Buddy, ktory jest dwadziescia pare kilometrow za miastem. Chcielismy jednak najpierw pozbyc sie plecakow, musielismy wiec dostac sie do informacji turystycznej, w ktorej kupowalismy bilety, zeby sie nimi laskawie zaopiekowali. Trafilismy na pana tuk-tukowca, ktory nie mowil nic po angielsku i chyba gorzej znal topografie miasta niz Bartek. Jechalismy niemilosiernie dlugo, pan co chwile zatrzymywal sie przy jakims sklepie, o cos pytal, pokazujac na nas, a potem wsiadal do pojazdu i ruszal dalej. Na jednym z kolejnych postojow przyprowadzil do nas pania mowiaca po angielsku, ktora spytala nas, gdzie my tak wlasciwie chcemy jechac....
Sam Park Buddy byl jakims zartem - w latach 50 XX wieku zostal zaprojektowany przez ekscentryka, ktory wymyslil wlasna religie, laczac hinduizm z buddyzmem i chcial to rowniez przekazac w sztuce. Prace wykonane byly bardzo rzemieslniczo, poza tym po 50 latach wszystko zaczyna sie juz sypac, peka beton, wystaja druty zbrojeniowe i wyglada to bardziej groteskowo niz wspaniale... Ale jak ktos ma do zabicia czas w Wientianie, to jak najbardziej moze sie tam wybrac, tym bardziej, ze dzielo pewnie niedlugo popadnie w calkowita ruine.
Poznym popoludniem znow zapakowalismy sie do autokaru, ktory mial nas dowiezc do Bangkoku. Znow musielismy zaplacic "kare" za przekraczanie granicy po godzinach pracy (bylo przed 19), ale w koncu udalo sie wjechac na teren Tajlandii. Myslelismy, ze to koniec przygod, ale jakies 100 km za granica, kiedy w najlepsze sobie jechalismy i prawie juz kimalismy, nagle wylaczyla sie klimatyzacja, potem wylaczylo sie wszystko i zjechalismy na pobocze. Pomyslelismy, ze cudownie, kolejna awaria i stanie na drodze. Okazalo sie jednak, ze nie... po prostu zabraklo benzyny. Mielismy jednak jakiegos dzikiego farta - benzyna skonczyla sie na przeciwko stacji benzynowej, tak wiec pare minut po przymusowym parkowaniu zobaczylismy naszego pana stewarda biegnacego przez ulice z kanistrem na ramieniu, zeby napoic nasza pietrowa strzale.
Do Bangkoku dotarlismy juz bez wiekszych klopotow i tak sobie dzis siedzimy tu i zalatwiamy rozne sprawy przedwyjazdowe.... U nas jest juz 1:40 w nocy, za 2 godziny musimy wychodzic na lotnisko, a o 7 rano (Waszej 1 w nocy) startujemy do Birmy.
Slow jeszcze kilka o Laosie - jest to kraj, ktory robi bardzo dobre pierwsze wrazenie i jeszcze lepsze drugie i trzecie. Zaluje bardzo, ze spedzilismy tam w sumie tak malo czasu i raczej nie schodzac z popularnych szlakow turystycznych. Niestety czas nas goni, a mamy jeszcze dwa kraje do zwiedzenia. Mam nadzieje, ze uda sie tam kiedys pojechac jeszcze zanim Laos zostanie zalany przez turystow i straci swoj niesamowity urok... Mysle, ze jest tu sporo do zobaczenia i warto sie pomeczyc troche w tych autokarach, na tych koszmarnych, dziurawych i zakurzonych drogach. Ludzie w Laosie sa bardzo serdeczni i otwarci i sa zwyklymi ludzmi, ktorzy chca po prostu porozmawiac i jak sie chce ich sluchac, to mowia o sobie bardzo duzo....
"Zdychacie tam z gorąca", a tymczasem w Waszej mazowieckiej bazie wypadowej warunki meteo jak pod Stalingradem w 1943 r.
OdpowiedzUsuńTommy
W nocy w najzimniejszej części Polski zanotowano -28 stopni...
OdpowiedzUsuń