Autobus wiozacy nas do Phnom Penh mial nas odebrac z hostelu jakos bardzo rano, wiec znow musielismy sie zerwac o nieludzkiej porze. Autobus co prawda spoznil sie pol godziny, ale to nas juz nie zdziwilo. Zdziwila nas za to maszyna, ktora po nas przyjechala. Stary, rozklekotany autokar, z wystrojem wnetrza w stylu lat 70, z waskimi siedzeniami i nieistniejacym lukiem bagazowym. "Luz" powiedzial Bartek, pojedziemy na dworzec autobusowy i przesiadziemy sie na normalny autobus. Kolejny raz oczy wyszly nam na wierzch, kiedy kierowca autobusu ruszyl w droge. To prawda co pisali w przewodniku! Kierowcow w Kambodzy nalezy uznac z gory za psychopatow. Nasz kierowca nim z cala pewnoscia byl! Kiedy nie siedzial za kolkiem byl to usmiechniety, sympatyczny, zwykly pan. Za kierownica zmienial sie w bestie, trabiaca co 5 sekund, rozwijajaca predkosci, o ktore nigdy bym tego autobusu nie podejrzewala i szarpiacy naszym pojazdem na kazdy mozliwy sposob. Wydalo nam sie to nawet zabawne. Kiedy dojechalismy na dworzec, wzielismy nasze plecaki i juz chcielismy wysiadac z autobusu, kiedy inny mily pan powiedzial, ze nie zmieniamy pojazdu i tym wlasnie starym zlomem ruszymy w droge (fatalna ok 300 km droge). Z tym samym kierowca! Miny zrzedly nam bardzo szybko, w glowie ukladalam przemowe, ktora wystosuje do szalenca, niemowiacego po angielsku, proszac go o to, zeby zwolnil... Ja nie wiem czemu, ale styl jazdy kierowcy jakos smieszyl wszystkich Kambodzan jadacych z nami w busie (a dosiadlo sie ich spoooro - siedzialy nawet po 3 osoby na 2 miejsca). Byl to chyba nasz najbardziej folklorowy przejazd w trakcie calej podrozy, mialam rowniez okazje przypomniec sobie rozne modlitwy z dziecinstwa, ale chyba nawet na kilka minut udalo nam sie zasnac...
Poznym popoludniem dojechalismy do stolicy i jak sie okazalo, znalazl sie autobus, ktory mogl nas zawiezc jeszcze tego samego dnia do Sihanoukville. Ucieszeni poszlismy cos zjesc, a kiedy stawilismy sie o wyznaczonej porze, na wyznaczone miejsce okazalo sie, ze bedziemy jedynymi pasazerami w calym, wielkim busie. A nie! Poza nami jechal jeszcze jeden klient, chyba z Kambodzy i z 5 czlonkow zalogi, ktorzy 5 minut po wyruszeniu rozpoczeli impreze - wyjeli piwo, zarcie i puscili filmy. Na szczscie pierwszy mial podpisy angielskie, wiec skorzystalismy. (Z propozycji picia piwa nie skorzystalismy, chociaz w sumie to Bartek nie skorzystal, bo tylko jemu zaproponowano. W Azji poludniowo-wschodniej wszyscy sa szowinistami i zwracaja sie tylko do Bartka, w wiekszosci ignorujac moja obecnosc.) Nad morze mielismy dotrzec przed 23, po kilku godzinach jazdy zmeczeni zasnelismy. Obudzil mnie glos jakiegos kolesia, ktory informowal Bartka (bo nie mnie oczywiscie), ze musimy wysiasc z autokaru, poniewaz jest jakis problem, ale zebysmy sie nie martwili, bo za ok 20 minut przyjedzie po nas nastepny bus. Wysiedlismy w jakims miasteczku, pod jakims bankiem (zamknietym na 4 spusty, bo byla juz glucha noc) i tak przeczekalismy... godzine. Co jakis czas informowano nas, ze juz za 20, 15, 10 minut przyjedzie nastepny autobus. Okazalo sie, ze nasz sie wcale nie zepsul, ale gdzies niedaleko zepsul sie autobus pelen ludzi, nalezacy do tej samej firmy, wiec kalkulacja byla prosta - nas wysadzic, po tamtych jechac! Przyjechal po nas minibus, ktory na szczescie podwiozl nas pod sam guest house, ktory sobie wybralismy. Bylo po polnocy, wiec nie marudzilismy zbytnio z wyborem pokoju. Postanowilismy przenocowac w Crazy Banana, w ktorym wszystko by bylo super, gdyby nie stan poscieli i recznika, ktory ladnie ulozony czekal na nas na lozku. Recznik wygladal jak szmata do podlogi i oblepiony byl jakas sloma! Posciel przypominala za to wycieraczke. Niech zyje Azja! :) Jakos to zalatwilismy, ale z samego rana, jak z procy wyprulismy szukac kolejnego noclegu po czym poszlismy na plaze, zeby pokorzystac troche z super cieplego morza (ponad 26 stopni) i slonca, ktorego wciaz nam bylo malo.
Na nastepny dzien wykupilismy sobie wycieczke, do odleglego o 100 km Bokor Hill Station. Znow musielismy wstac o jakiejs chorej godzinie, poniewaz o 6 mial po nas przyjechac samochod, ktory mial nas zawiezc na miejsce zbiorki calej grupy (wszyscy poza nami jechali z Kampot, ktore polozone jest o 30 km od celu wycieczki). Samochod z usmiechnietym kierowca podjechal o 6:30 i uslyszelismy, ze "no problem", po czym mily kierowca pojechal jeszcze zatankowac... Poniewaz zdazyly pociac nas komary i chcielismy przed wyprawa zjesc jeszcze sniadanie, nie uwazalam, zeby nie bylo problemu, ale podobno w Azji nie nalezy sie klocic z ludzmi, bo uznaja cie za glupka. Kiedy dojechalismy na miejsce, mielismy faktycznie troche czasu (ok 5 minut z zegarkiem w reku), zeby isc na sniadanie. Na szczescie cala wycieczka tez sie opoznila o pol godziny, wiec mniej wiecej dalismy rade zjesc. Mniej wiecej, bo kiedy podjechal minibus z reszta ekipy, Bartkowi na talerzu pozostalo jeszcze pare kesow i rachunek do zaplacenia... Poszlam wiec poprosic o 2 minuty i... pierwszy raz w trakcie naszej podrozy poklocilam sie z jakims lokalesem. Lokalesem byl wlasciciel biura oferujacego wycieczki, ktory zaczal na mnie krzyczec, zebym pospieszyla Bartka, bo wszyscy czekaja, ze jak zaraz nie przyjdzie to bez nas odjada itd. Zrobilo mi sie ciemno przed oczami ze zloci, nie mialam zamiaru nikogo pospieszac, wiec zaczelam glosno mowic, zeby nie krzyczec, ze samochod ktory po nas przyjechal spoznil sie pol godziny, a tamten na to, ze nic go to nie obchodzi, bo to nie jego firma nam sprzedala wycieczke itd... Kiedy go spytalam czy w takim razie nie dostal za nas pieniedzy od posrednika, powiedzial, ze dostal, ale nic go to nie obchodzi. Taka to azjatycka logika... i taka to serdecznosc ludzi w Kambodzy. Bylam zla jak osa i gdyby nie fakt, ze koles na pewno nie oddalby nam pieniedzy, nie pojechalisbysmy na te wycieczke...
Ah, musze jeszcze wyjasnic czemu w ogole chcielismy na nia jechac... Bokor Hill Station to miejscowosc, z ktorej na poczatku XX wieku Francuzi zrobili sobie kurort, zbudowali kosciol, kasyno, poczte i jezdzili tam sobie odpoczywac. Miejsce, przez roznego rodzaju wojny, bylo dwa razy opuszczane - ostatni raz w latach 70. Od tamtego czasu stoi opustoszale i nikt sie nim nie zajmuje. Przywoza tylko lubiacych klimat horrorow turystow na ogladanie ruin... Mozna by pomyslec, ze 40 lat to nie tak wiele i ze pewnie nie ma czego ogladac. Niezupelnie jednak jest to prawda. Bokor Hill Station wybudowane zostalo na gorze, na czubku ktorej panuje specyficzny mikroklimat. Jest bardzo duza wilgoc, a miasteczko przez wiekszosc czasu spowite jest mgla. Czemu Francuzi zdecydowali sie tam cokolwiek budowac - pozostaje to dla nas zagadka. Moze, aby grac w kasynie nie potrzebne jest slonce, a moze chcieli uciec przed nizinnymi upalami... Co ciekawe, zeby sie tam dostac nie wystarczy wsiasc w autobus i dojechac na sama gore. Nic z tych rzeczy. Droga, ktora prowadzila do kurortu dawno juz popadla w ruine, a w chwili obecnej jest odbudowywana (a tak naprawde budowana od nowa) przez... Chinczykow, ktorym rzad Kambodzy za 100 milionow USD sprzedal caly park narodowy, na terenie ktorego jest polozony kurort. Chinczycy droge buduja bardzo skrupulatnie, jednak nie jest jeszcze dokonczona, wiec duzy jej odcinek jest nieprzejezdny - a raczej niebezpieczny, wiec nie woza tamtedy turystow. Okazalo sie, ze czeka nas 1,5 godzinny spacer przez dzungle (a potem w druge strone drugi spacer). Wbrew pozorom byla to bardzo przyjemna czesc tej wycieczki. Roslinnosc porastajaca dzungle jest naprawde niesamowita - o wezach staralam sie nie myslec. Niestety, kiedy juz wyszlismy z dzungli okazalo sie, ze ciezarowka, ktora miala na nas czekac jeszcze nie przyjechala, wiec my czekalismy na nia .... godzine! Frustrujace jest, kiedy ktos tak bardzo nie szanuje twojego czasu, bylismy wiec sfrustrowani ;) Kiedy w koncu nasze wygodne autko przyjechalo (cala mlodziez - tak, tak - to my, pojechala niebieska ciezarowka w wersji pikap, ktora zamiast siedzen miala zainstalowane 3 deski), zapakowalismy sie na nie i zaczela sie droga po wertepach. Co jakis czas konczyl sie asfalt, niestety psychopatyczny kierowca (kolejny) nie zwalnial, wiec co jakis czas podskakiwalismy do gory i obijalismy sobie pupy. Po jednym z podskokow poczulam nawet okropny bol w szyi - jakis naciagniety miesien, jednak zaraz przeszedl, wiec szybko o nim zapomnialam. Kiedy dojechalismy na sama gore zastala nas .... mgla. Miejsce wygladalo faktycznie klimatycznie, a zwlaszcza ogromne kasyno, ktore swiecilo pustymi oknami, a sciany mialo pokryte zielona plesnia, czy inna ciezka do zdefiniowania mazia... Podobno Matt Dillon krecil w tym miejscu swoj film " Miasto duchow" - niestety go nie widzielismy (Tomb Raidera zreszta tez nie). Siedzac na splesnialych schodach skonsumowalismy obiad i posluchalismy historii miejsca, a potem poszlismy zwiedzac na wlasna reke. Czas zwiedzania oczywiscie ulegl skroceniu przez to ze przez godzine sterczelismy na drodze, ale pod koniec i tak spadl deszcz, wiec trzeba bylo uciekac. Niestety cala ekipa z niebieskiego pikapa (bo byla jeszcze ekipa mniej mlodziezowa w zwyklych minibusach) nie miala gdzie uciekac, wiec mielismy calkiem darmowy prysznic, a nieczesto na zorganizowanych wycieczkach cos jest za darmo! Potem znow spacer przez dzungle, krotsza trasa, wiec trwal tylko 45 minut. A potem znow sterczenie na drodze i czekanie az ktos po nas przyjedzie...
Nastepnego dnia postanowilismy spedzic czas bardziej lokalnie i wykupilismy rejs statkiem po wyspach, w planie bylo rowniez nurkowanie z rurka, co bylo glownym elementem zachecajacym. Niestety rano, kiedy obudzilam sie i chcialam przekrecic na drugi bok, okazalo sie, ze szanowna ciezarowka byla jednak laskawa uszkodzic mi jakis miesien w szyi. Przeklelam kierowce psychopate, nierowne kambodzanskie drogi i sztywna jak kij od miotly szykowalam sie na rejs. Marzylam o kolnierzu usztywniajacym, ale niestety takie luksusy jak lekarz - to nie w Kambodzy. Pomimo tak przykrej pobudki, dzien spedzilismy bardzo przyjemnie, bylo i nurkowanie (spoko, chociaz spodziewalismy sie jednak ciut lepszej rafy), troche plazowalismy, plywalismy w morzu (balsam dla bolacej szyi) i relaksowalismy sie. W przerwie na jednej z wysp, gdzie na lunch zwoza chyba wszystkich turytow z okolicznych rejsow, przewodnicy i kierowcy statkow zrobili sobie mini impreze, na ktorej glownym daniem bylo wino ryzowe (nawet nas poczestowali - taki bimber zwykly). Nasz przewodnik, po powrocie na statek zaczal gadac jak nakrecony, po czym zasnal z plastikowa butelka pod glowa i tyle go widzielismy. Z tego co nam powiedzial, musieli podleczyc kaca po wieeelkiej imprezie z poprzeddniej nocy. Mam nadzieje, ze kierowca lodzi byl mniej zaangazowany w leczenie kaca. Wrocilismy "do domu" bardzo zadowoleni z dnia i pomimo tego, ze bolala mnie szyja, udalo mi sie jakos siedziec w restauracji i delektowac sie roznymi dobrymi smakolykami az do zachodu slonca...
Niestety niebawem okazalo sie, ze bolaca szyja to bedzie nasz najmniejszy problem zdrowotny tego dnia. Generalnie jak tylko wrocilismy do domu bardzo szybko wyszlo na jaw, ze dokonalismy "samospalenia". Nie komentujmy moze rozwagi z jaka podeszlismy do opalania sie, a zwlaszcza do plywania z rurka w wodzie bez posmarowania tylnej czesci cial... Efekt byl taki, ze musielismy odcierpiec swoja glupote, a "odcierpialismy" tak bardzo, ze caly nastepny dzien zamiast przemieszczac sie do Bangkoku, spedzilismy pod wiatrakiem w pokoju hotelowym ogladajac CNN na zmiane z National Geographic :) Na dwor odwazylismy sie wyjsc dopiero przed zmrokiem. Zakupilismy tez jakies ostatnie mozliwe wolne miejsca na autobus do Tajlandii (ale zmienilismy plany, nie pojechalismy plazowac dalej na wyspy, tylko prosto do stolicy) i psychicznie zaczelismy szykowac sie na calodniowa podroz autokarem ze spalonymi.... hmmm. Mniemam, ze wiekszosci z Was zdarzylo sie kiedys "cos" przedawkowac. Nam chyba zdarzylo sie przedawkowac slonce. Przez ladnych pare dni, kiedy myslalam o plazy i opalaniu robilo mi sie slabo i niedobrze. Niech zyja wakacje! :)
Poznym popoludniem dojechalismy do stolicy i jak sie okazalo, znalazl sie autobus, ktory mogl nas zawiezc jeszcze tego samego dnia do Sihanoukville. Ucieszeni poszlismy cos zjesc, a kiedy stawilismy sie o wyznaczonej porze, na wyznaczone miejsce okazalo sie, ze bedziemy jedynymi pasazerami w calym, wielkim busie. A nie! Poza nami jechal jeszcze jeden klient, chyba z Kambodzy i z 5 czlonkow zalogi, ktorzy 5 minut po wyruszeniu rozpoczeli impreze - wyjeli piwo, zarcie i puscili filmy. Na szczscie pierwszy mial podpisy angielskie, wiec skorzystalismy. (Z propozycji picia piwa nie skorzystalismy, chociaz w sumie to Bartek nie skorzystal, bo tylko jemu zaproponowano. W Azji poludniowo-wschodniej wszyscy sa szowinistami i zwracaja sie tylko do Bartka, w wiekszosci ignorujac moja obecnosc.) Nad morze mielismy dotrzec przed 23, po kilku godzinach jazdy zmeczeni zasnelismy. Obudzil mnie glos jakiegos kolesia, ktory informowal Bartka (bo nie mnie oczywiscie), ze musimy wysiasc z autokaru, poniewaz jest jakis problem, ale zebysmy sie nie martwili, bo za ok 20 minut przyjedzie po nas nastepny bus. Wysiedlismy w jakims miasteczku, pod jakims bankiem (zamknietym na 4 spusty, bo byla juz glucha noc) i tak przeczekalismy... godzine. Co jakis czas informowano nas, ze juz za 20, 15, 10 minut przyjedzie nastepny autobus. Okazalo sie, ze nasz sie wcale nie zepsul, ale gdzies niedaleko zepsul sie autobus pelen ludzi, nalezacy do tej samej firmy, wiec kalkulacja byla prosta - nas wysadzic, po tamtych jechac! Przyjechal po nas minibus, ktory na szczescie podwiozl nas pod sam guest house, ktory sobie wybralismy. Bylo po polnocy, wiec nie marudzilismy zbytnio z wyborem pokoju. Postanowilismy przenocowac w Crazy Banana, w ktorym wszystko by bylo super, gdyby nie stan poscieli i recznika, ktory ladnie ulozony czekal na nas na lozku. Recznik wygladal jak szmata do podlogi i oblepiony byl jakas sloma! Posciel przypominala za to wycieraczke. Niech zyje Azja! :) Jakos to zalatwilismy, ale z samego rana, jak z procy wyprulismy szukac kolejnego noclegu po czym poszlismy na plaze, zeby pokorzystac troche z super cieplego morza (ponad 26 stopni) i slonca, ktorego wciaz nam bylo malo.
Na nastepny dzien wykupilismy sobie wycieczke, do odleglego o 100 km Bokor Hill Station. Znow musielismy wstac o jakiejs chorej godzinie, poniewaz o 6 mial po nas przyjechac samochod, ktory mial nas zawiezc na miejsce zbiorki calej grupy (wszyscy poza nami jechali z Kampot, ktore polozone jest o 30 km od celu wycieczki). Samochod z usmiechnietym kierowca podjechal o 6:30 i uslyszelismy, ze "no problem", po czym mily kierowca pojechal jeszcze zatankowac... Poniewaz zdazyly pociac nas komary i chcielismy przed wyprawa zjesc jeszcze sniadanie, nie uwazalam, zeby nie bylo problemu, ale podobno w Azji nie nalezy sie klocic z ludzmi, bo uznaja cie za glupka. Kiedy dojechalismy na miejsce, mielismy faktycznie troche czasu (ok 5 minut z zegarkiem w reku), zeby isc na sniadanie. Na szczescie cala wycieczka tez sie opoznila o pol godziny, wiec mniej wiecej dalismy rade zjesc. Mniej wiecej, bo kiedy podjechal minibus z reszta ekipy, Bartkowi na talerzu pozostalo jeszcze pare kesow i rachunek do zaplacenia... Poszlam wiec poprosic o 2 minuty i... pierwszy raz w trakcie naszej podrozy poklocilam sie z jakims lokalesem. Lokalesem byl wlasciciel biura oferujacego wycieczki, ktory zaczal na mnie krzyczec, zebym pospieszyla Bartka, bo wszyscy czekaja, ze jak zaraz nie przyjdzie to bez nas odjada itd. Zrobilo mi sie ciemno przed oczami ze zloci, nie mialam zamiaru nikogo pospieszac, wiec zaczelam glosno mowic, zeby nie krzyczec, ze samochod ktory po nas przyjechal spoznil sie pol godziny, a tamten na to, ze nic go to nie obchodzi, bo to nie jego firma nam sprzedala wycieczke itd... Kiedy go spytalam czy w takim razie nie dostal za nas pieniedzy od posrednika, powiedzial, ze dostal, ale nic go to nie obchodzi. Taka to azjatycka logika... i taka to serdecznosc ludzi w Kambodzy. Bylam zla jak osa i gdyby nie fakt, ze koles na pewno nie oddalby nam pieniedzy, nie pojechalisbysmy na te wycieczke...
Ah, musze jeszcze wyjasnic czemu w ogole chcielismy na nia jechac... Bokor Hill Station to miejscowosc, z ktorej na poczatku XX wieku Francuzi zrobili sobie kurort, zbudowali kosciol, kasyno, poczte i jezdzili tam sobie odpoczywac. Miejsce, przez roznego rodzaju wojny, bylo dwa razy opuszczane - ostatni raz w latach 70. Od tamtego czasu stoi opustoszale i nikt sie nim nie zajmuje. Przywoza tylko lubiacych klimat horrorow turystow na ogladanie ruin... Mozna by pomyslec, ze 40 lat to nie tak wiele i ze pewnie nie ma czego ogladac. Niezupelnie jednak jest to prawda. Bokor Hill Station wybudowane zostalo na gorze, na czubku ktorej panuje specyficzny mikroklimat. Jest bardzo duza wilgoc, a miasteczko przez wiekszosc czasu spowite jest mgla. Czemu Francuzi zdecydowali sie tam cokolwiek budowac - pozostaje to dla nas zagadka. Moze, aby grac w kasynie nie potrzebne jest slonce, a moze chcieli uciec przed nizinnymi upalami... Co ciekawe, zeby sie tam dostac nie wystarczy wsiasc w autobus i dojechac na sama gore. Nic z tych rzeczy. Droga, ktora prowadzila do kurortu dawno juz popadla w ruine, a w chwili obecnej jest odbudowywana (a tak naprawde budowana od nowa) przez... Chinczykow, ktorym rzad Kambodzy za 100 milionow USD sprzedal caly park narodowy, na terenie ktorego jest polozony kurort. Chinczycy droge buduja bardzo skrupulatnie, jednak nie jest jeszcze dokonczona, wiec duzy jej odcinek jest nieprzejezdny - a raczej niebezpieczny, wiec nie woza tamtedy turystow. Okazalo sie, ze czeka nas 1,5 godzinny spacer przez dzungle (a potem w druge strone drugi spacer). Wbrew pozorom byla to bardzo przyjemna czesc tej wycieczki. Roslinnosc porastajaca dzungle jest naprawde niesamowita - o wezach staralam sie nie myslec. Niestety, kiedy juz wyszlismy z dzungli okazalo sie, ze ciezarowka, ktora miala na nas czekac jeszcze nie przyjechala, wiec my czekalismy na nia .... godzine! Frustrujace jest, kiedy ktos tak bardzo nie szanuje twojego czasu, bylismy wiec sfrustrowani ;) Kiedy w koncu nasze wygodne autko przyjechalo (cala mlodziez - tak, tak - to my, pojechala niebieska ciezarowka w wersji pikap, ktora zamiast siedzen miala zainstalowane 3 deski), zapakowalismy sie na nie i zaczela sie droga po wertepach. Co jakis czas konczyl sie asfalt, niestety psychopatyczny kierowca (kolejny) nie zwalnial, wiec co jakis czas podskakiwalismy do gory i obijalismy sobie pupy. Po jednym z podskokow poczulam nawet okropny bol w szyi - jakis naciagniety miesien, jednak zaraz przeszedl, wiec szybko o nim zapomnialam. Kiedy dojechalismy na sama gore zastala nas .... mgla. Miejsce wygladalo faktycznie klimatycznie, a zwlaszcza ogromne kasyno, ktore swiecilo pustymi oknami, a sciany mialo pokryte zielona plesnia, czy inna ciezka do zdefiniowania mazia... Podobno Matt Dillon krecil w tym miejscu swoj film " Miasto duchow" - niestety go nie widzielismy (Tomb Raidera zreszta tez nie). Siedzac na splesnialych schodach skonsumowalismy obiad i posluchalismy historii miejsca, a potem poszlismy zwiedzac na wlasna reke. Czas zwiedzania oczywiscie ulegl skroceniu przez to ze przez godzine sterczelismy na drodze, ale pod koniec i tak spadl deszcz, wiec trzeba bylo uciekac. Niestety cala ekipa z niebieskiego pikapa (bo byla jeszcze ekipa mniej mlodziezowa w zwyklych minibusach) nie miala gdzie uciekac, wiec mielismy calkiem darmowy prysznic, a nieczesto na zorganizowanych wycieczkach cos jest za darmo! Potem znow spacer przez dzungle, krotsza trasa, wiec trwal tylko 45 minut. A potem znow sterczenie na drodze i czekanie az ktos po nas przyjedzie...
Nastepnego dnia postanowilismy spedzic czas bardziej lokalnie i wykupilismy rejs statkiem po wyspach, w planie bylo rowniez nurkowanie z rurka, co bylo glownym elementem zachecajacym. Niestety rano, kiedy obudzilam sie i chcialam przekrecic na drugi bok, okazalo sie, ze szanowna ciezarowka byla jednak laskawa uszkodzic mi jakis miesien w szyi. Przeklelam kierowce psychopate, nierowne kambodzanskie drogi i sztywna jak kij od miotly szykowalam sie na rejs. Marzylam o kolnierzu usztywniajacym, ale niestety takie luksusy jak lekarz - to nie w Kambodzy. Pomimo tak przykrej pobudki, dzien spedzilismy bardzo przyjemnie, bylo i nurkowanie (spoko, chociaz spodziewalismy sie jednak ciut lepszej rafy), troche plazowalismy, plywalismy w morzu (balsam dla bolacej szyi) i relaksowalismy sie. W przerwie na jednej z wysp, gdzie na lunch zwoza chyba wszystkich turytow z okolicznych rejsow, przewodnicy i kierowcy statkow zrobili sobie mini impreze, na ktorej glownym daniem bylo wino ryzowe (nawet nas poczestowali - taki bimber zwykly). Nasz przewodnik, po powrocie na statek zaczal gadac jak nakrecony, po czym zasnal z plastikowa butelka pod glowa i tyle go widzielismy. Z tego co nam powiedzial, musieli podleczyc kaca po wieeelkiej imprezie z poprzeddniej nocy. Mam nadzieje, ze kierowca lodzi byl mniej zaangazowany w leczenie kaca. Wrocilismy "do domu" bardzo zadowoleni z dnia i pomimo tego, ze bolala mnie szyja, udalo mi sie jakos siedziec w restauracji i delektowac sie roznymi dobrymi smakolykami az do zachodu slonca...
Niestety niebawem okazalo sie, ze bolaca szyja to bedzie nasz najmniejszy problem zdrowotny tego dnia. Generalnie jak tylko wrocilismy do domu bardzo szybko wyszlo na jaw, ze dokonalismy "samospalenia". Nie komentujmy moze rozwagi z jaka podeszlismy do opalania sie, a zwlaszcza do plywania z rurka w wodzie bez posmarowania tylnej czesci cial... Efekt byl taki, ze musielismy odcierpiec swoja glupote, a "odcierpialismy" tak bardzo, ze caly nastepny dzien zamiast przemieszczac sie do Bangkoku, spedzilismy pod wiatrakiem w pokoju hotelowym ogladajac CNN na zmiane z National Geographic :) Na dwor odwazylismy sie wyjsc dopiero przed zmrokiem. Zakupilismy tez jakies ostatnie mozliwe wolne miejsca na autobus do Tajlandii (ale zmienilismy plany, nie pojechalismy plazowac dalej na wyspy, tylko prosto do stolicy) i psychicznie zaczelismy szykowac sie na calodniowa podroz autokarem ze spalonymi.... hmmm. Mniemam, ze wiekszosci z Was zdarzylo sie kiedys "cos" przedawkowac. Nam chyba zdarzylo sie przedawkowac slonce. Przez ladnych pare dni, kiedy myslalam o plazy i opalaniu robilo mi sie slabo i niedobrze. Niech zyja wakacje! :)
Cześć wspaniali turyści! Danusia, cieszę się bardzo, że piszesz. Super ciekawe, ale dobrze, że to nie ja tak się trudzę! A gdzie zdjęcia? Przyzwyczaiłam się oglądać, to co opisujecie. Całuję Cię mocno, pozdrów Bartka.
OdpowiedzUsuńTen anonim to ja, ciocia Danusia. Całuję.
OdpowiedzUsuńBeda zdjecia moj kochany Anonimie, tylko mamy maly problem z kabelkiem do aparatu, ale... juz niebawem go rozwiazemy! Ja tez caluje i dzieki za pochwaly! - siostrzenica Danusia
OdpowiedzUsuń