wtorek, 22 lutego 2011

Happy Friends

Vang Vieng to miasto, ktore slynie z "happy" produktow spozywczych (zawierajacych marihuane, lub inne poprawiacze nastroju), z TV barow puszczajacych naokraglo serial Przyjaciele, tubingu, czyli splywie rzeka na detce po-traktorowej i ... aha, no i gdzies obok tego sa zjawiska krasowe w postaci gor (takich jak w Guilin i Halong Bay), a w tych gorach jaskinie. Vang Vieng, w przeciwienstwie do Wientianu, jest mekka rozwrzeszczanych turystow z zachodu...

Jak sie okazalo, nie tylko turysci wrzeszcza w tym miescie, poniewaz jak tylko przyjechalismy i zaczelismy szukac noclegu, w kazdym hotelu po kolei natykalismy sie na strasznie pijanych lokalesow (byla 14) urzadzajacych bardzo glosne imprezy. Jak sie okazalo mieli swoj festiwal, chyba odpowiednik naszego swieta zmarlych, chociaz jak nasz gospodarz (pijany i belkoczacy) nam tlumaczyl o co chodzi, nie do konca moglismy go zrozumiec...

Reszte pierwszego dnia w Vang Vieng przeznaczylismy na obejrzenie miasta (26 tys mieszkancow), ktore oczywiscie wygladalo jak wieksza wies :) Zorganizowalismy sie na dzien nastepny i potracilismy troche czasu w barach, ogladajac.... uwaga.... zachod slonca nad rzeka! Coz za oryginalny pomysl w naszym wykonaniu! Poznym wieczorem, kiedy szukalismy kafejki internetowej, (poniewaz chcielismy popisac bloga, serio, serio), trafilismy na festyn organizowany z okazji festiwalu, na terenie swiatyni. Wygladalo to wszystko dosyc osobliwie, poniewaz na przeciwko budynku samej swiatyni ustawiona byla scena, przed nia stoliki i krzeselka, z boku karuzela dla dzieci i strzelnica fantowa... Mnisi mieszali sie z pijanymi lokalesami, na scenie ktos zawodzil, pod scena tanczyly pary (tanczyly nie dotykajac sie w tancu i dziwnie wykrecajac dlonie...), po calym terenie biegaly niepilnowane dzieci i wszyscy wygladali na bardzo szczesliwych. Najbardziej szczesliwy byl konferansjer, na ktorego nikt nie zwracal uwagi, wiec sam musial smiac sie ze swoich zartow, co z  kolei bardzo smieszylo nas, chociaz nie rozumielismy z tego co mowil ani slowa. Nie siedzielismy na festynie zbyt dlugo, poniewaz nastepnego dnia musielismy wstac o 5 rano. Nie, nie zalujcie nas, bo to co robilismy warte bylo wstania o kazdej koszmarnej porze... Jako, ze powalila nas na kolana laotanska cena, postanowilismy obejrzec wschod slonca (zrobilismy sie niezwykle romantyczni, ciagle wschody i zachody), z ... kosza balonu. Zwazajac na to ile placi sie za przelot balonem w Polsce, wahalismy sie tylko 5 minut czy za dziesieciokrotnie nizsza kwote skorzystac z tej przyjemnosci w Laosie. Bylo naprawde fantastycznie. Lot trwal 40 minut, najwyzsza wysokosc jaka osiagnelismy 275 metrow, a samo Vang Vieng z gory wygladalo bardzo malowniczo...

Harmonogram dnia mielismy bardzo napiety, wiec zaraz po locie balonem, sniadaniu i minirelaksie w hotelu, wskoczylismy na rowery i w niemilosiernym upale i kurzu popedalowalismy obejrzec jaskinie laotanskie. I znow zachwyt - jaskinie byly ogromne, a nacieki chociaz niezbyt urozmaicone, wystepowaly w rozmiarze XXL. Pierwsza jaskinia byla dosc cywilizowana, poniewaz posiadala elektrycznosc, w drugiej, tej wiekszej, swiatlo bylo tylko naturalne, wiec konczylo sie po kilkudziesieciu metrach i moglismy liczyc tylko i wylacznie ne nasza mala latarke. Wrazenia niesamowite! Bartek dla ochlody wykapal sie w "niebieskiej lagunie" przed jaskinia pierwsza i jaskinia druga (niebieskie laguny to sposob na rozreklamowanie kazdej chyba jaskini w tamtym regionie - rzeka ktora przeplywa w okolicy jaskin, z powodu wapiennego podloza przybiera niesamowicie intensywna niebieska barwe), ja sie nie skusilam - woda stanowczo nie miala 26 stopni!

Na 15 musielismy zdazyc do Vang Vieng, poniewaz na ten dzien zaplanowalismy jeszcze tubing - czyli splyw na slawnej detce. Niestety jest pora sucha, wiec rzeka ma dosc niski poziom, tak wiec splyw 5 km trasa trwa 3 godziny..... Jak tylko weszlismy do wody, zaszlo slonce (no naprawde mamy cholernego pecha do pogody!!!) wiec zaczelam krzyczec, ze to byl straszny pomysl i ze jest okropnie! :) Przestalam krzyczec jak juz przyzwyczailam sie do temperatury wody i musialam skupic na unikaniu kamieni kryjacych sie tuz pod plycizna... Wzdluz calej trasy rozsiane sa bary alkoholowe, w ktorych turysci moga zatrzymywac sie, aby nawilzyc gardla. W dobrym tonie jest przebycie tej trasy na lekkiej bance lub mocnym spaleniu i nawet w Lonely Planet napisali, ze "skoro juz musisz przebyc te trase nacpany, pomysl chociaz o zalozeniu kamizelki ratunkowej" - lub cos w tym stylu. W porze suchej jednak ciezko sie tam utopic, w polowie trasy bylismy juz zmeczeni wioslowaniem klapkami i zrobilo sie naprawde chlodno, wiec wyszlismy z wody i tuk tukiem wrocilismy do miasta. Atrakcja rozslawiona na cala Azje okazala sie troche nudna, ale wierzymy, ze w porze nie-suchej moze z tego byc naprawde niezly fun.

Po poludniu mielismy juz tylko sile na zalegniecie w barze i oczekiwanie na kolejny autokar, ktory mial nas zawiezc do Luang Prabang - miasta o najpiekniejszej nazwie na swiecie (to wg mnie).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz