Trasa naszej podrozy wiedzie czasem przez obiektywnie NAJwieksze atrakcje swiata. W Moskwie widzielismy najwiekszy dzwon i najwieksza armate na swiecie (jesli wierzyc przewodnikom). Zadne z nich nie zostalo nigdy uzyte, ale nie chodzi tu przeciez o funkcjonalnosc :). Bajkal jest najwiekszym zbiornikiem slodkiej wody, oraz najglebszym jeziorem swiata. W Ulan Ude mielismy niewatpliwe szczescie stanac twarza w twarz z najwieksza na naszym globie glowa Lenina... Kolej Transsyberyjska jest najdluzszym odcinkiem kolei, ktory da sie przejechac za jednym razem. W trakcie tego tygodnia naj, pobilismy jak wiecie rowniez zyciowe rekordy - najwiecej czasu spedzonego w srodku lokomocji i najnizsza zyciowa temperatura. Wedlug przewodnikow (zarowno polskich jak i Lonely Planet) Ulan Bator az w dwoch kategoriach plasuje sie na pierwszym miejscu rankingu NAJ. Jest podobno NAJzimniejsza oraz NAJbrzydsza stolica swiata... Co do pierwszej kategorii musimy uwierzyc na slowo, ale biorac pod uwage temperatury, ktore panuja tu nocami jest to calkiem mozliwe. Co do drugiej kategorii, hmmm - faktycznie nie bylismy we wszystkich stolicach swiata, ale Ulan Bator jest potwornie brzydkim miastem. Nie ma na czym oka zawiesic, nie ma gdzie sie schowac przed brzydota. Ale znacie powiedzenie, ze cos jest tak brzydkie, ze az piekne? :)
Na drugi dzien po przyjezdzie poszlismy na spacer po miescie, bylo -18 wiec calkiem ok. Nie ma tam zbyt wiele do zwiedzenia, wiec postanowilismy po prostu troche sie pokrecic, zaczynajac od zwiedzenia klasztoru Gandan, najwazniejszego buddyjskiego osrodka religijnego w kraju i jednej z wiekszych atrakcji w miescie. W jednym z budynkow klasztoru umieszczony zostal 26,5 metrowy, zloty posag Buddy, ktory w przeciwienstwie do pozostalych atrakcji klasztornych robil naprawde wrazenie. Byla to pierwsza swiatynia buddyjska na naszej drodze (i chyba rowniez w naszym zyciu), zanim ja zwiedzilismy przeczytalismy wiec jak to robic. Swiatynie buddyjska zwiedza sie okrazajac ja dookola zgodnie z ruchem wskazowek zegara, nie wolno sie wracac, trzeba dojsc do konca, nawet jesli juz nam sie znudzilo. Miejscem centralnym swiatyni jest zazwyczaj posag Buddy, przed ktorym znajduja sie oltarze, na ktorych to wierni moga skladac ofiary (kadzidla, pieniadze, jedzenie, picie). Zabawnie czasem wyglada paczka nieodpakowanych ciastek, lub butelka wodki, czy markowego soku, stojaca przy koszach z owocami i zwitkach banknotow. W klasztorze Gandan, naokolo ogromnego posagu Buddy ustawione byly mlynki modlitewne, ktorymi wierni w trakcie obchodu kreca, nie opuszczajac prawie zadnego. Troche to wszystko trwa, jednak wyglada bardzo ciekawie (przynajmniej za pierwszym razem). Poniewaz nie wiedzialam co robi sie w trakcie krecenia mlynkami, na potrzeby chwili wymyslilam sobie swoja mantre, ktora mowilam w myslach, chociaz nie bylam pewna czy nie byl to jakis rodzaj herezji... Wiele z budynkow kompleksu klasztornego, ktory zwiedzalismy zostalo dobudowanych po 1990 roku, zadzwiwiajacy wiec byl fakt, ze tak wiele jest juz w stanie rozkladu - popekane sciany, sypiace sie tynki, odpadajaca farba... Zastanawialismy sie czy jest to moze wynikiem wykonywania prac budowlanych w 20 stopniowym mrozie, czy raczej efekt robienia czegos po najmniejszej linii oporu, bez dbania o jakosc.
Po wizycie w klasztorze powloczylismy sie troche po miescie, poszlismy na plac Suche Batora - bohatera narodowego, ktory wyzwolil Mongolie spod panowania chinskiego (co prawda wzywajac Armie Czerwona, co potem mialo fatalne skutki dla Mongolii, ale zawsze byla to jakas chwilowa nieodleglosc). Nazwa Ulan Bator zostala nadana miastu w holdzie dla tego wlasnie pana - po mongolsku oznacza ona tyle co Czerwony Bohater.
Przy placu znajduje sie budynek parlamentu Mongolii, przed ktorym to z kolei kroluje pomnik Czyngis-Chana, na punkcie ktorego Mongolowie maja totalnego bzika. Czyngis jest wszedzie: na banknotach, koszulkach, piwie, autobusach, itd... Nie powinno to dziwic, biorac pod uwage fakt, iz Czyngis, ktory nam znany jest przede wszystkim jako bezlitosny wojownik, ktory nie oszczedzal swoich ofiar i zagarnial pod wladanie kazdy kawalek ziemi, przez ktory zdarzylo mu sie przejechac, jest jedynym tak wielkim bohaterem w historii Mongolii. Nigdy pozniej juz kraj ten nie znaczyl na arenie swiatowej tak wiele jak w XIII wieku. Poza tym, jesli dobrze przyjrzec sie historii i postaci Czyngis-Chana, okazuje sie, ze nie byl on az tak bezlitosny jak przedstawia sie to w naszych podrecznikach - mial bardzo nowoczesny system podatkowy, narodom, ktore chcialy mu sie poddac (zawsze musi byc jakies ale) oferowal wiele udogodnien, podobno byl kochajacy dla swoich bliskich, i co najbardziej zaskakujace w tamtych czasach, byl zwolennikiem tolerancji religijnej.
Spacer po miescie troche nas jednak przemrozil, postanowilismy wiec poszukac schronienia w jakims muzeum. Padlo na Muzeum Sztuki im. Dzanabadzara (wielki mongolski artysta - rzezbiarz i przywodca religijny oraz polityk z XVII wieku), do ktorego szlismy troche bez przekonania obawiajac sie nudnych wystaw, oraz tego, ze nie bedziemy potrafili docenic eksponowanych tam zbiorow. Do muzeum dotarlismy pol godziny przed zamknieciem, pani w okienku spytala nas czy chcemy przewodnika anglojezycznego i szybko dodala, ze jest "for free" :). Powiedzielismy, ze ok i byla to naprawde sluszna decyzja. Przyszedl do nas starszy, usmiechniety pan w okularach, ktory w bardzo poprawnym angielskim zaczal opowiadac nam o zbiorach, religii mongolskiej, sztuce, artystach. Byl przy tym bardzo sympatyczny i chetnie odpowiadal na nasze pytania ujawniajace kompletna ignorancje w kwestiach buddyzmu. Okazalo sie, ze swastyka ktora regularnie widywalismy na ulicach Ulanbator, w witrynach sklepow, na szybach samochodow i ktorej eksponowanie jednak troche nas dziwilo, jest buddyjskim symbolem szczescia... Okazalo sie rowniez, ze pan przewodnik kojarzyl Polske, a na pozegnanie oswiadczyl nam, ze umie powiedziec "chlopaki", "niech zyje Polska" i "do widzenia". :) Bylismy bardzo zadowoleni z wizyty w muzeum , poczulismy sie ukulturalnieni, moglismy wiec isc oddac sie plebejskim rozrywkom w stylu surfowania po necie, a raczej aktualizowania bloga, ktorego to tworzenie jak widzicie idzie nam powoli i opornie :)
Koniec dnia postanowilismy spedzic w restauracji i nie byloby tu o czym pisac, gdyby nie fakt, ze wizyta w niej dostarczyla nam sporo rozrywki i smiechu. W koreanskim lokalu wybralismy danie z kuchni chinskiej, obslugiwala nas mongolska kelnerka nie mowiaca slowa po angielsku, a w tle leciala Celine Dion i jej niesmiertelna oskarowa piesn My heart will go oooooon and oooon. Mlodziutka kelnerka dosc szybko uwinela sie z naszym zamowieniem, przyniosla nam zupe w wielkiej wazie, dwie miski ryzu i talerzyki. Kolejny raz tego dnia okazalismy sie kompletnymi ignorantami nie majac pojecia jak mamy to danie jesc... W wazie tkwila chochla-sitko, sadzilismy wiec ze mamy wybrac warzywa z zupy i posypywac nimi ryz, a sama zupe powinnismy jesc ze wspolnej miski malymi lyzkami, ktore rowniez zostaly nam przyniesione. Przymierzalismy sie do tej zupy ladnych kilka minut, kelnerka patrzyla na nas jak na kompletnych glupkow, az w koncu litosciwie do nas podeszla i zaczela nakladac nam danie. Przelozyla troche ryzu do misek, po czym przystapila do nalewania zupy - zanurzyla chochle raz, nalozyla warzywa, zanurzyla drugi raz, zrobila dziwna mine, po czym wybuchnela smiechem i pobiegla do kuchni. Wrocila z calkiem juz niedziurawa chochla, zataczajac sie przy tym ze smiechu i mowiac nam "sorry, sorry". Odetchnelismy z ulga, ze jednak nie takie z nas glupki jakby sie to wydawalo i moglismy juz calkiem spokojnie przystapic do konsumpcji. Kiedy kelnerka przyniosla nam rachunek, kolejny raz wybuchnelismy smiechem, jednak tym razem bylismy osamotnieni w naszej wesolosci i nie sadze, zeby ekipa z restauracji kiedykolwiek zorientowala sie o co nam chodzilo. Na samym dole rachunku, pod kwota do zaplaty widnialo mile podziekowanie po angielsku: "Thank you. have a have today!" To wlasnie ta sentencja zainspirowala Bartka do stworzenia cyklu Mistrzowie lokalizacji, ktory to mozecie ogladac jako zakladke do naszego bloga. W bardzo dobrych humorach postanowilismy przed snem skoczyc jeszcze na piwko, niestety nie bylo nam to dane, W Ulan Bator nie da sie w dzien powszedni napic piwa w lokalu po godzinie 22:30. Po 23 jest prohibicja, knajpy zaprzestaja wiec sprzedazy alkoholu pol godziny wczesniej.
Co mozna powiedziec o samym Ulan Bator, poza tym, ze jest brzydkie i zimne? W duzej mierze swoj wyglad miasto zawdziecza komunistom, ktorzy konsekwentnie niszczyli zabytki oraz kulture mongolska. Efektem tego sa rozsiane wszedzie obrzydliwe bloki z wielkiej plyty, przeplecione z malymi walacymi sie ruderami i nowoczesnym, niestety niezbyt pieknym budownictwem, majacym prawdopodobnie nawiazac do architektury wielkich miast zachodu. Mongolia w ogole bardzo ucierpiala za czasow komuny - zabytki rownano z ziemia, swiatynie likwidowano, a mnichow masowo zabijano. Dzialo sie to glownie za czasow Czoibalsana - zwanego rowniez Stalinem Stepow, ktorego rozkazy pozbawily zycia jedna czwarta mongolskiej populacji. Zadziwajace jest to, iz w Ulan Bator, w miejscu w miare centralnym, przed budynkiem uniwersytetu, stoi sobie i trwa pomnik owego pana - nie wiem zupelnie czy ku przestrodze, czy z bezmyslnosci, czy moze jest jeszcze jakis inny wazny powod.
Zaskakujacy jest rowniez ruch uliczny. Ulica stoleczna wyglada tak, jakby nie obowiazywaly na niej zadne zasady ruchu, wszystkie pojazdy jada przed siebie nie zwazajac za bardzo na innych uczestnikow i trabiac naprawde NON stop, co nieprzyzwyczajonego "biednego" cudzoziemca (zeby nie napisac bialasa ;) ) doprowadza do nerwicy po 15 minutach. Trzeba rowniez walczyc o swoje miejsce na drodze jako pieszy. Niewazne ze swiatlo zmienia sie na zielone - nie wolno pod zadnym pozorem myslec, ze skoro jest zielone to samochod jadacy prosto na nas zatrzyma sie tylko dlatego, ze akurat przechodzimy przez pasy! Nie nie, trzeba szybko oduczyc sie tego bezczelnego myslenia - nie masz kol i nie masz silnika - nie masz racji, a przechodzac przez ulice, lepiej bignij ile sil w nogach. Oczywiscie mozna sie do tego przyzwyczaic i nawet nabrac troche wprawy i zwinnosci, chociaz wymaga to duzo dobrej woli i zaprzestania myslenia po europejsku. (Jak sie mielismy przekonac, przebiegac przez ulice walczac o zycie i zdrowie, bedziemy we wszystkich krajach Azji :))
W Ulan Bator zaobserwowalismy rowniez bardzo duzo napisow angielskich (w porownaniu z Rosja, gdzie nie bylo ich w ogole). Mongolowie w okresie komunizmu przyjeli cyrylice, jako ze byli zafascynowani swoim polnocnym sasiadem, ktory stanowil dla nich godny do nasladowania wzor. Obecnie mozna zaobserwowac tendencje odwrotna - podono Mongolii jest blizej do Europy Zachodniej i do Stanow, niz do swoich bezposrednich sasiadow (nie mowiac juz o tym, ze z Chinami nie znosza sie od dawien dawna). Uwielbienie dla Zachodu nie oznacza jednak, ze wiele osob mowi po angielsku i ze latwo jest porozumiec sie w tym kraju ludziom takim jak my. Jest za to duzo szyldow, ktore bylismy w stanie rozszyfrowac, sa centra handlowe z bardzo drogimi butikami, np. Chanel, jest mlodziez ubrana identycznie jak u nas (kroluje styl na pozne emo i dandysa z przydluga grzywka u chlopcow, a u dziewczat rozdeptane kozaki yeti i waskie spodnie noszone do workowatego swetra).
Jak juz wczesniej pisalam, w Mongolii jest bardzo duzo bezpanskich psow. W Ulan Bator rowniez non stop jakis krecil nam sie pod nogami, co nie bylo juz specjalnym zaskoczeniem. Zaskoczeniem byl za to sklep noszacy nazwe National Souvenir Shop, w ktorym na wystawie w metalowych klatkach (o zgrozo, z podloga w postaci metalowych pretow) siedzialy mikroskopijne i przesliczne rasowe szczeniaki. Nie wiem czy faktycznie jest to sklep z suwenirami, czy raczej miejsce dla snobistycznych Mongolow, ktorzy chcac wygladac bardziej luksusowo i cool kupuja sobie rasowego uroczego pieska, nie zauwazajac przy tym zupelnie psow walesajacych sie po okolicy. Czasem trudno wykazac sie otwartoscia umyslu na inna kulture i postepowanie ludzi, zwlaszcza kiedy tak bardzo odbiegaja one od naszych wlasnych wartosci (nie zmienia to faktu, ze przez dobre kilka minut sama nie chcialam sie ruszyc spod sklepu), ale uczymy sie tego codziennie :)
Ulan Bator to rowniez krolestwo hoteli i barow/restauracji karaoke. Nie wiemy kto tam mieszka, chodzi jesc i spedza czas. Jest ich tak duzo, ze nie sadze, aby turysci odwiedzajacy Mongolie byli w stanie zapelnic je, nawet w najbardziej goracym okresie. Samych Mongolow, ktorych w stolicy zyje ok. 40% z 3 milionowej populacji kraju, rowniez nie starczyloby na pelne wykorzystanie tych miejsc - nie mowiac juz o tym, ze wiekszosci pewnie na to nie stac... Pozostanie to na razie zagadka.
A Mongolki wcale nie sa brzydkie, zdarzaja sie naprawde bardzo ladne okazy, Bartek potwierdzil :)
Na drugi dzien po przyjezdzie poszlismy na spacer po miescie, bylo -18 wiec calkiem ok. Nie ma tam zbyt wiele do zwiedzenia, wiec postanowilismy po prostu troche sie pokrecic, zaczynajac od zwiedzenia klasztoru Gandan, najwazniejszego buddyjskiego osrodka religijnego w kraju i jednej z wiekszych atrakcji w miescie. W jednym z budynkow klasztoru umieszczony zostal 26,5 metrowy, zloty posag Buddy, ktory w przeciwienstwie do pozostalych atrakcji klasztornych robil naprawde wrazenie. Byla to pierwsza swiatynia buddyjska na naszej drodze (i chyba rowniez w naszym zyciu), zanim ja zwiedzilismy przeczytalismy wiec jak to robic. Swiatynie buddyjska zwiedza sie okrazajac ja dookola zgodnie z ruchem wskazowek zegara, nie wolno sie wracac, trzeba dojsc do konca, nawet jesli juz nam sie znudzilo. Miejscem centralnym swiatyni jest zazwyczaj posag Buddy, przed ktorym znajduja sie oltarze, na ktorych to wierni moga skladac ofiary (kadzidla, pieniadze, jedzenie, picie). Zabawnie czasem wyglada paczka nieodpakowanych ciastek, lub butelka wodki, czy markowego soku, stojaca przy koszach z owocami i zwitkach banknotow. W klasztorze Gandan, naokolo ogromnego posagu Buddy ustawione byly mlynki modlitewne, ktorymi wierni w trakcie obchodu kreca, nie opuszczajac prawie zadnego. Troche to wszystko trwa, jednak wyglada bardzo ciekawie (przynajmniej za pierwszym razem). Poniewaz nie wiedzialam co robi sie w trakcie krecenia mlynkami, na potrzeby chwili wymyslilam sobie swoja mantre, ktora mowilam w myslach, chociaz nie bylam pewna czy nie byl to jakis rodzaj herezji... Wiele z budynkow kompleksu klasztornego, ktory zwiedzalismy zostalo dobudowanych po 1990 roku, zadzwiwiajacy wiec byl fakt, ze tak wiele jest juz w stanie rozkladu - popekane sciany, sypiace sie tynki, odpadajaca farba... Zastanawialismy sie czy jest to moze wynikiem wykonywania prac budowlanych w 20 stopniowym mrozie, czy raczej efekt robienia czegos po najmniejszej linii oporu, bez dbania o jakosc.
Po wizycie w klasztorze powloczylismy sie troche po miescie, poszlismy na plac Suche Batora - bohatera narodowego, ktory wyzwolil Mongolie spod panowania chinskiego (co prawda wzywajac Armie Czerwona, co potem mialo fatalne skutki dla Mongolii, ale zawsze byla to jakas chwilowa nieodleglosc). Nazwa Ulan Bator zostala nadana miastu w holdzie dla tego wlasnie pana - po mongolsku oznacza ona tyle co Czerwony Bohater.
Przy placu znajduje sie budynek parlamentu Mongolii, przed ktorym to z kolei kroluje pomnik Czyngis-Chana, na punkcie ktorego Mongolowie maja totalnego bzika. Czyngis jest wszedzie: na banknotach, koszulkach, piwie, autobusach, itd... Nie powinno to dziwic, biorac pod uwage fakt, iz Czyngis, ktory nam znany jest przede wszystkim jako bezlitosny wojownik, ktory nie oszczedzal swoich ofiar i zagarnial pod wladanie kazdy kawalek ziemi, przez ktory zdarzylo mu sie przejechac, jest jedynym tak wielkim bohaterem w historii Mongolii. Nigdy pozniej juz kraj ten nie znaczyl na arenie swiatowej tak wiele jak w XIII wieku. Poza tym, jesli dobrze przyjrzec sie historii i postaci Czyngis-Chana, okazuje sie, ze nie byl on az tak bezlitosny jak przedstawia sie to w naszych podrecznikach - mial bardzo nowoczesny system podatkowy, narodom, ktore chcialy mu sie poddac (zawsze musi byc jakies ale) oferowal wiele udogodnien, podobno byl kochajacy dla swoich bliskich, i co najbardziej zaskakujace w tamtych czasach, byl zwolennikiem tolerancji religijnej.
Spacer po miescie troche nas jednak przemrozil, postanowilismy wiec poszukac schronienia w jakims muzeum. Padlo na Muzeum Sztuki im. Dzanabadzara (wielki mongolski artysta - rzezbiarz i przywodca religijny oraz polityk z XVII wieku), do ktorego szlismy troche bez przekonania obawiajac sie nudnych wystaw, oraz tego, ze nie bedziemy potrafili docenic eksponowanych tam zbiorow. Do muzeum dotarlismy pol godziny przed zamknieciem, pani w okienku spytala nas czy chcemy przewodnika anglojezycznego i szybko dodala, ze jest "for free" :). Powiedzielismy, ze ok i byla to naprawde sluszna decyzja. Przyszedl do nas starszy, usmiechniety pan w okularach, ktory w bardzo poprawnym angielskim zaczal opowiadac nam o zbiorach, religii mongolskiej, sztuce, artystach. Byl przy tym bardzo sympatyczny i chetnie odpowiadal na nasze pytania ujawniajace kompletna ignorancje w kwestiach buddyzmu. Okazalo sie, ze swastyka ktora regularnie widywalismy na ulicach Ulanbator, w witrynach sklepow, na szybach samochodow i ktorej eksponowanie jednak troche nas dziwilo, jest buddyjskim symbolem szczescia... Okazalo sie rowniez, ze pan przewodnik kojarzyl Polske, a na pozegnanie oswiadczyl nam, ze umie powiedziec "chlopaki", "niech zyje Polska" i "do widzenia". :) Bylismy bardzo zadowoleni z wizyty w muzeum , poczulismy sie ukulturalnieni, moglismy wiec isc oddac sie plebejskim rozrywkom w stylu surfowania po necie, a raczej aktualizowania bloga, ktorego to tworzenie jak widzicie idzie nam powoli i opornie :)
Koniec dnia postanowilismy spedzic w restauracji i nie byloby tu o czym pisac, gdyby nie fakt, ze wizyta w niej dostarczyla nam sporo rozrywki i smiechu. W koreanskim lokalu wybralismy danie z kuchni chinskiej, obslugiwala nas mongolska kelnerka nie mowiaca slowa po angielsku, a w tle leciala Celine Dion i jej niesmiertelna oskarowa piesn My heart will go oooooon and oooon. Mlodziutka kelnerka dosc szybko uwinela sie z naszym zamowieniem, przyniosla nam zupe w wielkiej wazie, dwie miski ryzu i talerzyki. Kolejny raz tego dnia okazalismy sie kompletnymi ignorantami nie majac pojecia jak mamy to danie jesc... W wazie tkwila chochla-sitko, sadzilismy wiec ze mamy wybrac warzywa z zupy i posypywac nimi ryz, a sama zupe powinnismy jesc ze wspolnej miski malymi lyzkami, ktore rowniez zostaly nam przyniesione. Przymierzalismy sie do tej zupy ladnych kilka minut, kelnerka patrzyla na nas jak na kompletnych glupkow, az w koncu litosciwie do nas podeszla i zaczela nakladac nam danie. Przelozyla troche ryzu do misek, po czym przystapila do nalewania zupy - zanurzyla chochle raz, nalozyla warzywa, zanurzyla drugi raz, zrobila dziwna mine, po czym wybuchnela smiechem i pobiegla do kuchni. Wrocila z calkiem juz niedziurawa chochla, zataczajac sie przy tym ze smiechu i mowiac nam "sorry, sorry". Odetchnelismy z ulga, ze jednak nie takie z nas glupki jakby sie to wydawalo i moglismy juz calkiem spokojnie przystapic do konsumpcji. Kiedy kelnerka przyniosla nam rachunek, kolejny raz wybuchnelismy smiechem, jednak tym razem bylismy osamotnieni w naszej wesolosci i nie sadze, zeby ekipa z restauracji kiedykolwiek zorientowala sie o co nam chodzilo. Na samym dole rachunku, pod kwota do zaplaty widnialo mile podziekowanie po angielsku: "Thank you. have a have today!" To wlasnie ta sentencja zainspirowala Bartka do stworzenia cyklu Mistrzowie lokalizacji, ktory to mozecie ogladac jako zakladke do naszego bloga. W bardzo dobrych humorach postanowilismy przed snem skoczyc jeszcze na piwko, niestety nie bylo nam to dane, W Ulan Bator nie da sie w dzien powszedni napic piwa w lokalu po godzinie 22:30. Po 23 jest prohibicja, knajpy zaprzestaja wiec sprzedazy alkoholu pol godziny wczesniej.
Co mozna powiedziec o samym Ulan Bator, poza tym, ze jest brzydkie i zimne? W duzej mierze swoj wyglad miasto zawdziecza komunistom, ktorzy konsekwentnie niszczyli zabytki oraz kulture mongolska. Efektem tego sa rozsiane wszedzie obrzydliwe bloki z wielkiej plyty, przeplecione z malymi walacymi sie ruderami i nowoczesnym, niestety niezbyt pieknym budownictwem, majacym prawdopodobnie nawiazac do architektury wielkich miast zachodu. Mongolia w ogole bardzo ucierpiala za czasow komuny - zabytki rownano z ziemia, swiatynie likwidowano, a mnichow masowo zabijano. Dzialo sie to glownie za czasow Czoibalsana - zwanego rowniez Stalinem Stepow, ktorego rozkazy pozbawily zycia jedna czwarta mongolskiej populacji. Zadziwajace jest to, iz w Ulan Bator, w miejscu w miare centralnym, przed budynkiem uniwersytetu, stoi sobie i trwa pomnik owego pana - nie wiem zupelnie czy ku przestrodze, czy z bezmyslnosci, czy moze jest jeszcze jakis inny wazny powod.
Zaskakujacy jest rowniez ruch uliczny. Ulica stoleczna wyglada tak, jakby nie obowiazywaly na niej zadne zasady ruchu, wszystkie pojazdy jada przed siebie nie zwazajac za bardzo na innych uczestnikow i trabiac naprawde NON stop, co nieprzyzwyczajonego "biednego" cudzoziemca (zeby nie napisac bialasa ;) ) doprowadza do nerwicy po 15 minutach. Trzeba rowniez walczyc o swoje miejsce na drodze jako pieszy. Niewazne ze swiatlo zmienia sie na zielone - nie wolno pod zadnym pozorem myslec, ze skoro jest zielone to samochod jadacy prosto na nas zatrzyma sie tylko dlatego, ze akurat przechodzimy przez pasy! Nie nie, trzeba szybko oduczyc sie tego bezczelnego myslenia - nie masz kol i nie masz silnika - nie masz racji, a przechodzac przez ulice, lepiej bignij ile sil w nogach. Oczywiscie mozna sie do tego przyzwyczaic i nawet nabrac troche wprawy i zwinnosci, chociaz wymaga to duzo dobrej woli i zaprzestania myslenia po europejsku. (Jak sie mielismy przekonac, przebiegac przez ulice walczac o zycie i zdrowie, bedziemy we wszystkich krajach Azji :))
W Ulan Bator zaobserwowalismy rowniez bardzo duzo napisow angielskich (w porownaniu z Rosja, gdzie nie bylo ich w ogole). Mongolowie w okresie komunizmu przyjeli cyrylice, jako ze byli zafascynowani swoim polnocnym sasiadem, ktory stanowil dla nich godny do nasladowania wzor. Obecnie mozna zaobserwowac tendencje odwrotna - podono Mongolii jest blizej do Europy Zachodniej i do Stanow, niz do swoich bezposrednich sasiadow (nie mowiac juz o tym, ze z Chinami nie znosza sie od dawien dawna). Uwielbienie dla Zachodu nie oznacza jednak, ze wiele osob mowi po angielsku i ze latwo jest porozumiec sie w tym kraju ludziom takim jak my. Jest za to duzo szyldow, ktore bylismy w stanie rozszyfrowac, sa centra handlowe z bardzo drogimi butikami, np. Chanel, jest mlodziez ubrana identycznie jak u nas (kroluje styl na pozne emo i dandysa z przydluga grzywka u chlopcow, a u dziewczat rozdeptane kozaki yeti i waskie spodnie noszone do workowatego swetra).
Jak juz wczesniej pisalam, w Mongolii jest bardzo duzo bezpanskich psow. W Ulan Bator rowniez non stop jakis krecil nam sie pod nogami, co nie bylo juz specjalnym zaskoczeniem. Zaskoczeniem byl za to sklep noszacy nazwe National Souvenir Shop, w ktorym na wystawie w metalowych klatkach (o zgrozo, z podloga w postaci metalowych pretow) siedzialy mikroskopijne i przesliczne rasowe szczeniaki. Nie wiem czy faktycznie jest to sklep z suwenirami, czy raczej miejsce dla snobistycznych Mongolow, ktorzy chcac wygladac bardziej luksusowo i cool kupuja sobie rasowego uroczego pieska, nie zauwazajac przy tym zupelnie psow walesajacych sie po okolicy. Czasem trudno wykazac sie otwartoscia umyslu na inna kulture i postepowanie ludzi, zwlaszcza kiedy tak bardzo odbiegaja one od naszych wlasnych wartosci (nie zmienia to faktu, ze przez dobre kilka minut sama nie chcialam sie ruszyc spod sklepu), ale uczymy sie tego codziennie :)
Ulan Bator to rowniez krolestwo hoteli i barow/restauracji karaoke. Nie wiemy kto tam mieszka, chodzi jesc i spedza czas. Jest ich tak duzo, ze nie sadze, aby turysci odwiedzajacy Mongolie byli w stanie zapelnic je, nawet w najbardziej goracym okresie. Samych Mongolow, ktorych w stolicy zyje ok. 40% z 3 milionowej populacji kraju, rowniez nie starczyloby na pelne wykorzystanie tych miejsc - nie mowiac juz o tym, ze wiekszosci pewnie na to nie stac... Pozostanie to na razie zagadka.
A Mongolki wcale nie sa brzydkie, zdarzaja sie naprawde bardzo ladne okazy, Bartek potwierdzil :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz