sobota, 22 stycznia 2011

W odwiedzinach u pandy

Raz na jakis czas warto zlamac swoje postanowienia. My postanowilismy je zlamac w Chengdu i wykupilismy zorganizowana wycieczke do Centrum Reprodukcji Pandy Wielkiej. Byl to prostszy i o wiele bardziej wydajny sposob zobaczenia niedzwiadkow. Powiedziano nam, ze pandy jedza ok 9:30 rano, potem sie chwile bawia, a potem odpoczywaja - czyli widac tylko wielka kulke siersci i zero prawdziwej pandy. Postanowilismy wiec zaplacic za to, zeby nas dowieziono na miejsce na czas, oprowadzono po centrum i pokazano to co warto zobaczyc. Centrum Reprodukcji Pandy Wielkiej odnosi niemale sukcesy jesli chodzi o ratowanie gatunku przed wyginieciem i bardzo male, jesli idzie o wypuszczanie zwierzakow na wolnosc... Najwiekszy problem w naturze sprawia pandom fakt, ze sa ozieble i zupelnie nie maja ochoty na seks. Kiedy juz sie jakos do niego zmusza, kolejnym problemem staje sie fakt, ze wszystkie male pandy rodza sie jako wczesniaki. Wygladaja jak takie male rozowe glisty i sa "milion" razy mniejsze od mamy. Przezycie takiego malucha w naturze graniczy z cudem. W centrum male pandki sa dopieszczane, inkubatorowane, mamusia daje im mleko, a kiedy sa juz troche wyrosniete, umieszcza sie je w pandzim przedszkolu i bawia sie z innymi maluchami. Zupelnie nie wiem w jaki sposob mialyby potem poradzic sobie na wolnosci. Same pandy sa najbardziej rozbrajajacymi zwierzakami jakie mialam w zyciu okazje podgladac. Zachowuja sie jak bohaterowie kreskowki, sprawiaja wrazenie niezdarnych i nieporadnych, a sa przy tym niezykle zwinne i smigaja po drzewach niemalze jak wiewiorki. Popatrzylismy troche na ich poranne zabawowe igraszki i bylo to lepsze niz dobra komedia, o czym najlepiej swiadczy fakt, iz wszyscy ludzie stojacy przy barierkach i obserwujacy zabawy miskow co chwile wybuchali smiechem. O malych pandkach z przedszkola juz nawet nie wspomne, sa tak urocze i slodkie, ze chcialoby sie chociaz jedna od razu zabrac do domu - niestety niemozliwe bylo nawet potrzymanie na rekach takiego malucha (przynajmniej dla mnie) - taka przyjemnosc kosztuje 1000 juanow (ok. 500 zl)... Pewnie korzystaja z niej bogaci Amerykanie.

Pozostale atrakcje Chengdu nie byly az tak fajne.. Odwiedzilismy pomnik znienawidzonego przeze mnie Mao, potem park ludowy w ktorym Chinczycy chyba mieli jakies swieto, bo co 3 metry stala grupa muzykantow otoczona wianuszkiem fanow i dawala osobliwe przedstawienie. Najsmieszniejsze byly te z przeslaniem patriotycznym... Mamy filmiki, chetnie podzielimy sie nimi po powrocie :) Potem 3 godziny szukalismy miejsca, gdzie moglibysmy cos zjesc, niestety wszystkie knajpy albo byly nastawione na ciut zasobniejsza klientele, albo mialy same napisy po chinsku, na co z kolei my nie bylismy pozytywnie nastawieni. Chengdu troche sie niestety lansuje odbudowana starowka, ktora wyglada fajnie, ale nie ma w sobie nawet za grosz autentycznosci. To takie chinskie - najpierw burza wszystko jak leci, pod ogromne bloki (takie, jakie nam sie nawet w Polsce nie snia), a potem odbudwuja np. starowke ogromnym nakladem kosztow i pod turystow.

Dzien po Chengdu przeznaczylismy na przemieszczenie sie do Kunming, skad mielismy ruszyc w dalsza trase. Moze nie byloby w ogole o czym pisac, gdyby nie fakt, ze w przyplywie szalenstwa i ociemnienia (oraz checi odpokutowania za wykupienie zorganizowanej wycieczki), postanowilismy odbyc te podroz hard-sitterem, czyli w wagonie z siedzeniami typu "twarde". Hard-sitter okazal sie hardcorem. Nie mowie juz nawet o tym, ze wywolalismy sensacje wchodzac do naszego wagonu i ludzie wstawali nawet ze swoich miejsc, zeby na nas popatrzec. Kiedy ktores z nas podnosilo sie, zeby isc do toalety musialo dzwigac na sobie wzrok 80 procent pasazerow... Przy czym Chinczycy nie znaja pojecia bycia skrepowanym - patrza sie calkiem otwarcie, zeby nie powiedziec nachalnie i nawet odwetowe wlepienie wzroku w ich twarze nie peszy ich nawet na sekunde. Na poczatku jest to smieszne, po 3 godzinach staje sie uciazliwe. Sposob podrozowania Chinczykow rowniez warty jest kilku zdan. Sekunde po tym jak wsiadaja do pociagu (czasem czekaja do sekundy po tym jak pociag rusza), odpakowuja wszystko co maja do jedzenia i zaczynaja to spozywac. Co minute przez korytarz leci ktos z zupka chinska (bardziej zaawansowana wersja niz u nas - zupke robi sie w kartonowym, jednorazowym kubelku), zeby zalac ja wrzatkiem umieszczonym w wielkim termosie w kazdym wagonie , odpakowuja owoce, ciastka, dziwne miesa (nie chcemy wiedziec jakie) w plastikowych torebkach - np bardzo popularne w Chinach sa kurze lapki, w calosci, ze skora i wszystkim co w srodku, zapakowane hermetycznie w folie... Jedzenie to jedno. Stan przestrzeni wokol Chinczyka po jedzeniu to drugie - wszystko co niepotrzebne rzucaja na ziemie, pluja resztkami, po podlodze walaja sie strzepy opakowan. Plucie to rowniez zupelnie oddzielna kwestia. Chinczycy pluja wszedzie, nawet w pomieszczeniach zamknietych - zajelo mi ponad dwa tygodnie przyzwyczajenie sie do tego, w stopniu pozwalajacym nie piorunowac wzrokiem kazdego, biednego, oczyszczajacego drogi oddechowe Chinczyka. Pluja rowniez kobiety i dzieci (najmlodsze jakie zaobserwowalam mialo z 1,5 roku). Pluli tez w pociagu, palili papierosy, co 3 pasazer odpalal swoja prywatna muzyke z komorki brzmiaca jak wczesne disco polo (plus w tle z glosnikow publicznych leciala nastrojowa muza, jakis koncert na fortepian itd), krzyczeli, gadali, przewieszali nam sie przez oparcie siedzenia, zeby zobaczyc co u nas slychac. Wszystko byloby ok, gdyby nie fakt, ze byl to pociag nocny, jechalismy nim 18 h i byla to chyba nasza najciezsza noc w trakcie podrozy :)

1 komentarz:

  1. a ja sądziłem że największy hardcore będzie podczas podróżowania pociągiem w Rosji... no patrzcie jak to można się pomylić.

    OdpowiedzUsuń