sobota, 22 stycznia 2011

Happy New Year 2011

31 grudnia po poludniu, jakos udalo nam sie jednak dotrzec do Kunming, gdzie mielismy spedzic Sylwestra. Kunming jest zwane miastem wiecznej wiosny - nawet zima temperatury raczej nie spadaja ponizej 15 stopni, a slonce swieci podobno zawsze. My w ten ostatni dzien 2010 roku pojechalismy nad jezioro polozone przy Kunming (6 najwieksze w Chinach), usiedlismy w sloncu i w koszulkach z krotkim rekawem zjedlismy sobie lody :) (Naiwnie myslelismy, ze juz nigdy nie zmarzniemy i ze to koniec naszych meczarni). Woda w jeziorze byla dosc brudna, ale za to kwitly drzewa, a po okolicznych trawnikach hasaly panny mlode w welonach na glowach i z panami mlodymi pod reke. Kazda para byla fotografowana przez innego fotografa i naprawde nie mam pojecia o co w tym wszystkim chodzilo i czy byla to jakas zorganizowana akcja, bo mlodych par w calym parku bylo kilkadziesiat.

Po poludniu ruszylismy w miasto w poszukiwaniu szampana. Stwierdzilismy, ze brak imprezy to jedno, brak sukienki to drugie (to ja :) ), ale babelki musza byc! I teraz nastapi mala dygresja, poniewaz Bartek chcac jak najszybciej nadrobic luki blogowe, nie opisal naszej Wigilii, a byla dosc nietypowa. Dzien wigilijny spedzilismy na Murze Chinskim, podziwiajac wielkie budowlane (to z dawnych czasow) i komercyjne (to z naszych czasow) przedsiewziecie Chinczykow. Do hostelu musielismy dotrzec na 19 (co nie bylo proste ze wzgledu na skomplikowany system oznaczania autobusow - wszystkie maja np numer 64 i roznia sie tylko jakimis napisami, ktorych z przyczyn oczywistych nie potrafilismy rozszyfrowac), poniewaz czekala tam na nas kolacja Wigilijna - nawet za darmo! Zapisalismy sie na nia, poniewaz nie chcialo nam sie latac po Pekinie w poszukiwaniu odpowiedniej restauracji. Na kolacje jedlismy kurczaka w ostrym sosie i z ananasem, baklazana smazonego, ryz w wielu postaciach, krewetki, arbuza i melona w dziwnym sosie oraz chleb kukurydziany. Wlasnym sumptem zamowilismy sobie wino The Great Wall, ktore bylo wytrawne, a smakowalo prawie jak soczek owocowy z domieszka cukru :) Na szczescie mielismy oplatek, wiec chociaz troche poczulismy polski klimat swiateczny, chociaz bylismy tak bardzo odrealnieni od tej calej atmosfery budowanej wokol swiat juz na miesiac wczesniej, ze musielismy uwierzyc "na slowo", ze jest 24 grudnia.
Po tak tradycyjnych Swietach (w pierwszy dzien swiat zwiedzalismy kolejna swiatynie buddyjska i jechalismy pociagiem) postanowilismy chociaz troche tradycji wplesc w wieczor sylwestrowy. Za "szampanem" biegalismy ze 2 godziny i kiedy juz stracilam nadzieje: "zobaczysz, nigdy nie uda nam sie go kupic", "nie ma sensu w ogole go szukac", znalezlismy nasze hiszpanskie szczescie w jakims centrum handlowym, przykurzone i stojace samotnie na najnizszej polce. Nie jest tak, ze Chinczycy nie pija alkoholu - takiej ilosci wodek na polkach nie widzialam w zadnym kraju. Oni po prostu pija prawie wylacznie wodke ryzowa i raczej tylko wyroby rodzime. Byl tez szampan chinski, ale po przygodzie z winem postanowilismy nie poddawac sie kolejnej probie :)
W hostelu nie bylo zadnej imprezy sylwestrowej, tylko jacys Anglicy balowali pietro nizej, ale jakos nie bardzo chcialo nam sie z nimi integrowac. 2011 rok przywitalismy na balkonie, z butelka hiszpanskiego szampana, zastanawiajac sie jakie moznaby zrobic postanowienia noworoczne, chociaz i tak nie mielismy zamiaru ich dotrzymywac :) O polnocy wybuchlo z piec fajerwerkow, nikt nie krzyczal, nikt nie robil awantur, a taksowki kursowaly normalnie i pewnie gdybysmy chcieli gdziec pojechac, nie mielibysmy problemu z dodzwonieniem sie do korporacji. Wszystko pieknie i slicznie, tylko po co w takim razie na kazdych drzwiach i w kazdej witrynie sklepowej widnialy wielkie transparenty Happy New Year 2011... 1 stycznia obudzilismy sie w pokoju z szescioma Chinczykami, a jak to sie mowi, jaki Nowy Rok...

W pierwszy dzien Nowego Roku mielismy w planach odwiedziny w kamiennym lesie, zwanym po chinsku Stone Forest. Na miejscu, po zobaczeniu ceny biletow, zastanawialismy sie czy nie odwrocic sie na piecie i nie odejsc w sina dal - nie dlatego, ze jestesmy skapiradlami, ale Chinczycy NAPRAWDE przesadzaja z cenami biletow do swoich najwiekszych atrakcji. Oczywiscie Stone Forest jest na liscie Unesco, ale bez przesady... Bilet normalny kosztowal prawie 90 zlotych, bilet ulgowy na falszywe legitymacje (ktorych zaczelismy uzywac bez najmniejszych skrupulow), prawie 70. Niemalze obrazeni, na ten jawny wyzysk biednego turysty, weszlismy do srodka i od razu zapomnielismy o cenie biletu. Stone Forest jest naprawde na tzw. wypasie. Formacje skalne, ktore uksztaltowane zostaly przez ocean (kiedys stanowily jego dno), w ksztalty tak piekne, ze az nieprawdopodobnym wydawalo sie, iz woda moze cos takiego wyrzezbic w skale. Jeden z moich ulubionych napisow na propagandowych tabliczkach informacyjnych glosil iz "Softness can overcome hardness", nic dodac nic ujac :) Udalo nam sie nawet uciec od tlumu turystow i pospacerowac we wzglednym spokoju, takze wycieczka byla jak najbardziej udana. Niestety Stone Forest to nie tylko piekno natury, ale rowniez kolejne wesole miasteczko zorganizowane wokol atrakcji przyrodniczej. Wszedzie staly kramy z "badziewiem", krete sciezki wsrod skal prowadzily do sklepikow z pamiatkami, a po waskich i stromych sciezkach biegaly tlumy halasujacyh turystow. A na drogocennych cudach natury wyryte zostaly jakies hasla w pismie chinskim, pomalowane na czerwono farba i wielkie na pol skaly. Moze propaganda, moze jakies przyslowia. Ciekawe tylko co na to Unesco... My rowniez stanowilismy czesc tego lunaparku i atrakcji. Wszyscy mowili nam "Hello", a pewna liczna rodzinka ustawila sie nawet w kolejce do zdjec z nami (w Chinach to norma, ze prosza "bialasow" o to, zeby im, albo z nimi zrobic sobie zdjecie), a jeden nizszy nawet ode mnie chlopak, nie mogl sie nadziwic temu jak wysoki jest Bartek - norma :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz