Po przekroczeniu granicy (Mongolowie sprawdzili nam paszporty tylko dwa razy) wlasciwie od razu kompletnie zmienil sie krajobraz - na gorsze... Tuz za granica autokar mial przerwe 20 minutowa i zatrzymalismy sie w miasteczku tak koszmarnie brzydkim i pod hotelem tak szkaradnym i brudnym, ze tak jak w piosence Kultu "pekaly oczy". O hotelu nie warto wspominac, bo byl po prostu klockowata ruina z czasow komuny. Miasteczko bylo rowniez jedna wielka ruina, doslownie i w przenosni. Wiekszosc domow wygadalo na opuszczone, chociaz z daleka ciezko to bylo stwierdzic na 100 procent. Najgorsze w tym wszystkim (dla mnie) byly chyba hordy bezpanskich psow (zupelnie nieagresywnych), ktore biegaly wsrod ludzi zebrzac o jedzenie. W Rosji tez biegaly bezpanskie psy, ale bylo ich nieporownywalnie mniej, a poza tym nie wygladaly na az tak przerazilwie wyglodzone .
W brzydkim hotelu, przed ktorym zatrzymal sie nasz autokar zaczepil nas pan Mongol pytajac skad jestesmy. Kiedy sie dowiedzial, ze z Polski zaczal nam mowic o Katyniu, wiec zdziwieni troche, ze wie co to za miejsce pokazalismy mu nasze zdjecia stamtad. Pan powiedzial, ze byl w Katyniu, ze sa tam pochowani oficerowie polscy i ze pil z nimi wodke... W takim sensie, ze poszedl na cmentarz i napil sie (chcialam napisac za ich zdrowie, hmm) oddajac im w ten sposob hold.
Sama podroz autokarem nie byla najgorsza (spokojnie mozna ja polecic, jesli ktos z Was wybieralby sie w tamte strony). Oczywiscie byl spory mroz, a autobus nie byl przystosowany do takich temperatur, szyba nawet, o zgrozo, nie byla podwojna! Zeby cos zobaczyc znow musielismy robic skrobanke naszym super Victorinoxem (ktory juz nie raz ratowal nam skore Kondeju :) ). Ponownie musialam sie rowniez owinac spiworem, bo od okna wialo Syberia. Na szczescie potrafilismy juz sobie radzic z mrozem na rozne sposoby, wiec przestalismy odczuwac go az tak bardzo bolesnie. Kolejna niedogodnoscia byl bardzo gruby pan, ktory siedzial za nami i ktorego po pol godziny podrozy chcialam mordowac. Chrapal jak zarzynane prosie, kopal w moj fotel i ogolnie zachowywal sie skandalicznie, chociaz pewnie nawet nie zwrocilabym na niego uwagi gdybym byla w stanie przewidziec co czeka nas w Chinach!
Po wyjechaniu z miasteczka ohydy wjechalismy prawie od razu w step. Troche strach bylo patrzec na to jak jedzie kierowca, poniewaz prul ile dala fabryka (dzieki bogu fabryka Daewoo nie dala zbyt wiele), a droga byla bardzo waska. Na szczescie bylo dosc pusto i tylko czasem mijaly nas jakies samochody. Krajobraz byl w sumie bardzo monotonny, ale i tak nie moglam oderwac od niego wzroku (z przerwami na skrobanie szyby).
Do stolicy Mongolii - Ulan Bator, dotarlismy z 1,5 h spoznienia. Do hostelu wybralismy sie rzecz jasna pieszo. Mroz byl znosny, a z mapy wynikalo, ze nie jestesmy daleko. Pierwsze co rzucilo nam sie w oczy, to siedziba firmy Urbanek - polskiego producenta przetworow warzywno-owocowych! Drugie co rzucilo sie w oczy i dzieki Bogu, ze sie rzucilo, byly odsloniete studzienki kanalizacyjne, wyrwy w chodniku, dziury w ziemi - wszelkiego rodzaju atrakcje, ktore nieuwaznego przechodnia mogly w najlepszym wypadku wsadzic w gips na pare tygodni. Do hostelu dotarlismy o 21:30, a przed 23 ruszylismy na miasto cos zjesc. Poszlismy do mongolskiego fastfooda - do takiego nam wolno, bo to jednak jedzenie egzotyczne, a poza tym niewiele bylo juz otwartych lokali o tej porze. Z dusza na ramieniu zamowilismy jedzenie z obrazka, bo oczywiscie nikt nie mowil w zadnym ze znanych nam jezykow. To co jedlismy pierwszego dnia, mielismy jesc juz do konca pobytu (z malymi wyjatkami). Kuchnia mongolska jest dosc uboga w skladniki - podstawa to jakies mieso, glownie baranina (jeszcze wtedy uwazalam, ze nie przelkne miesa z zylami, haha), marchewka, ziemniaki i makaron robiony z placka.
Temperatura na zewnatrz byla znosna, tylko - 20. Podobno mielismy szczescie, noc wczesniej bylo -42, a na nastepny dzien prognoza zapowiadala tylko -15 stopni
Jak ja kiedyś spotkałem Mongoła, to pierwsze co kojarzył z Polską to był Rudy 102 i Marusia... "Poland.... do you know Marusia???"
OdpowiedzUsuńOkazało się, że do Mongolii za komuny szedł szeroko eksport polskich filmów i wychował całe pokolenie.