czwartek, 9 czerwca 2011

Ciąg dalszy nastąpił...

Dlaczego dopiero teraz?

Po powrocie do Polski dopadła mnie depresja popowrotowa i każde patrzenie na bloga kończyło się w najlepszym wypadku obniżonym nastrojem przez kolejny dzień… Polska w kwietniu nie jest najłatwiejszą ojczyzną do powrotów po 4 miesiącach wakacji, w czym 2,5 spędzonych w warunkach tropikalnych, pełnym słońcu i z palmą za oknem każdego z hoteli (jakkolwiek liche by one nie były). Nawet moje ulubione plastikowe drzewko na warszawskim Rondzie de Palma nie cieszyło już tak jak kiedyś, a nawet trochę irytowało…

Powrót do tamtych przygód i ciepłego kolorowego życia w Azji, podczas gdy tutaj za oknem dopiero wykluwała się wiosna, był ponad moje siły i pewnie jeszcze długo bym zwlekała z uzupełnieniem bloga, gdyby nie naciski z różnych stron J (pozdrawiam serdecznie naciskających) i poczucie, że jednak wypada skończyć to co się zaczęło, zanim jeszcze wspomnienia przepadną gdzieś w odmętach bardzo słabej mej pamięci.


Ostatnio „widzieliśmy się” w Nepalu, kiedy to wróciliśmy z raftingu, poobijani, ale szczęśliwi i powoli szykowaliśmy się do powrotu do Polski. Zanim jednak trafiliśmy do krainy wiecznych śniegów, wpadliśmy z wizytą do kraju najmilszych ludzi na świecie - do Myanmaru.

Nie wiem czy pamiętacie, ale do Myanmaru lecieliśmy z Bangkoku, w którym spędziliśmy jeden dzień po powrocie z Laosu. Teraz nie muszę już ukrywać tego, że w Bangkoku udało nam się zaliczyć szpital po raz drugi. Swego czasu woleliśmy pominąć to milczeniem ze względu na rodziny, które zawsze wyolbrzymiają nasze kłopoty kiedy jesteśmy daleko (i wcale im się nie dziwimy). W szpitalu tak naprawdę wylądował znów Bartek, ponieważ…. w Laosie podziabały go pluskwy i ¾ jego ciała pokrywały czerwone, podobno ekstremalnie swędzące bąble. Obawialiśmy się, że to reakcja alergiczna na Malarone - lek przeciwmalaryczny, który zaczęliśmy brać właśnie w Laosie, a że mieliśmy go brać przez kolejne 3 tygodnie, woleliśmy sprawdzić czy wszystko ok. Okazało się, że to jednak nie Malarone, a raczej uczulenie na jakieś insekty. Przypomnieliśmy sobie wtedy co nam biegało po pościeli i pokoju w Luang Prabang i wszystko już było jasne. Ciekawe, że ja nie miałam nawet najmniejszego śladu po ugryzieniu, chociaż nie było siły, żeby mnie też nie dorwały. Na dodatek, z nas dwoje to raczej ja jestem alergikiem i wyjechałam obstawiona lekami różnej maści (poza maścią przeciw swędzeniu niestety ;P ), więc była to trochę taka ironia losu. Szpital katolicki w Bangkoku, do którego trafiliśmy, był na dość wysokim poziomie. Co prawda rozśmieszył nas fakt, iż w rubryce „wyznanie”, którą Bartek pozostawił pustą, kazano mu wpisać, że jest katolikiem, ale widocznie takie tam panują zwyczaje, że niewiernym pomocy nie udzielają ;). Przyjął nas lekarz dermatolog, który całkiem dobrze mówił po angielsku, (chociaż z dziwnych względów mówił głównie do mnie i to mnie pytał o przebieg choroby!!), przepisał Bartkowi furę leków i kazał zaaplikować mu zastrzyk ze sterydów. Pielęgniarka zabrała go do pokoju zabiegowego, a mnie kazano czekać w poczekalni. Po 30 minutach czekania zestresowałam się, że może zaaplikowali mu nie ten zastrzyk co trzeba i zaczęłam nerwowo chodzić po korytarzu. Kiedy już jednak miałam iść do pielęgniarek, żeby spytać o co chodzi, Bartek wyszedł i okazało się, że po podaniu lekarstwa, kazano mu się położyć na 5 minut – w razie czego, po czym pani sobie wyszła i o nim zapomniała!

Po przygodzie szpitalnej spokojnie mogliśmy już ruszać do Myanmaru, gdzie raczej nie moglibyśmy liczyć na usługi medyczne na wysokim poziomie. Poza różnego rodzaju sprawunkami, chcieliśmy przed wyjazdem uzupełnić naszego bloga, porozmawiać z bliskimi na skajpie i pozałatwiać różne inne internetowe sprawki. Zanim skończyliśmy była 3 w nocy, a o 4 przyjeżdżał po nas do hotelu busik, który miała nas zabrać na lotnisko. Liczba przespanych przed wyjazdem godzin wynosiła zero, a przypomnę, że poprzednią noc spędziliśmy w autokarze. Bon voyage...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz