środa, 2 lutego 2011

Wakacje na wakacjach - Mui Ne

Dotarlismy prawie na polmetek i stwierdzilismy, ze chyba naleza nam sie wakacje i udalismy sie na wietnamska riwiere, pospedzac czas na plazy w Mui Ne. Bartek mial rowniez ambitne plany pospedzania czasu na desce, w przewdoniku miejsce zostalo opisane jako idealne dla windsurferow i kitowcow - zawsze wieje co najmniej 12 wezlow, jest slonecznie, nie ma zbyt wielu ludzi...

Mui Ne to miasteczko, ktore ciagnie sie przez 10 km wzdluz morza i nie zachwyca absolutnie architektura, nie ma zabytkow (feeeee, juz nie mozemy zabytkow wiecej ;) ) - jest za to wakacyjna atmosfera i prawie puste plaze. Mui Ne nie jest jeszcze zainfekowane komercja, chociaz juz prawie... prawie. Troche zdziwila nas obecnosc rosyjskich napisow doslownie wszedzie (niemieckie rowniez sie zdarzaly), ale jak sie okazalo jest to bardzo popularna destynacja wsrod Rosjan teskniacych za sloncem i morzem - stanowili oni wiekszosc przyjezdnych.
Szukanie noclegu zajelo nam niestety 1,5 godziny, poniewaz chcielismy znalezc cos na nasza kieszen, po stronie morza i mozliwie najblizej plazy. Chcielismy miec rowniez dobre warunki i dobre widoki :) Niemoliwe? A jednak! Za 16 $ (ok, w porownaniu z cenami noclegow gdzie indziej jest to sporo, ale to jednak riwiera ;) ), znalezlismy bungalow (tylko raz przyszla do nas jaszczurka) blisko plazy (20 sekund) w bardzo przyjemnym "pensjonaciku", z bardzo nieprzyjemna wlascicielka, ktora zawsze wygladala jakby miala focha, a najczesciej spala w hamaku przy recepcji. Tym razem, w trakcie poszukiwan moje swietne japonki zrobily mi dziure w jednej stopie i prawie dziure w drugiej... Hmmm, zrewiduje jeszcze moja opinie na ich temat....
W samym Mui Ne jest tylko (buehehe) plaza i morze (woda 26 stopni), ale dookola jest troche atrakcji - czerwone i biale wydmy, czerwony kanion, wioska rybacka, Magiczne Zrodelko (bardzo plytka rzeczka, PO ktorej mozna przejsc w gore do wodospadu) i super widoki. Jest tez mnostwo knajp serwujacych owoce morza, z ktorych bez umiaru korzystalismy. W Mui Ne spedzilismy 4 dni czekajac na wiatr, ktory nigdy nie przywial. Pan w szkolce surferskiej powiedzial nam, ze to bardzo dziwny sezon i ze czegos takiego jeszcze w tym miejscu nie widzieli. No przyznajcie, ze jednak towarzyszy nam troche pech, jesli chodzi o pogode!

Zgadnijcie co w takim razie robilismy? Ano czesto nic, bardzo intensywnie sie relaksowalismy, pisalismy dla Was bloga i troche pojezdzilismy na wycieczki. Wieczorami siadalismy nad morzem i cieszylismy sie, ze nie musimy byc w Warszawie zima i ze poza koniecznoscia znalezienia knajpy na kolacje, nie mamy wlasciwie zadnych innych zmartwien (sorry, hehe). Chcielismy Wam wysylac denerwujace zdjecia, ale postanowilismy nie byc az tak okrutni ;)
Dzien po przyjezdzie (poniewaz nie bylo wiatru) wynajelismy skuter i pojechalismy zwiedzac wydmy, kanion i ogolnie pojezdzic po okolicy. Bylo ekstremalnie swietnie, slonce swiecilo, wiec wystawialam do niego co tylko moglam, zeby nie byc juz najwiekszym bialasem na plazy. Na wydmach kwitnie wynajem plastikowych mat, na ktorych mozna sobie zjezdzac z gorki. Do nagabywania oczywiscie angazowane sa dzieci. Sa juz tak zaprawione w bojach jesli chodzi o wymuszanie na turystach wykupienia zjazdow, ze przykro tego sluchac. Cena, ktora podaly byla absurdalna (2,5 $) za kilka zjazdow i nie chcialy sie zgodzic na o wiele mniejsza kwote za jeden zjazd. Sa juz tak zepsute przez turystow, ze wolaly nie zarobic w ogole, niz zawracac sobie glowe mniejsza kwota. Nam akurat na zjezdzie nie zalezalo w ogole, wiec sie nie klocilismy, ale lekki niesmak pozostal. Na drugich wydmach zjechalismy na macie calkiem przypadkiem, poniewaz jacys Amerykanie wypozyczyli je sobie od dzieci i dzielili sie nimi z kim popadnie :) Bylo nawet fajnie, zaliczylismy calkiem darmowe piaskowanie zebow i peeling skory (przynajmniej byla potem gotowa na opalanie). Droga, ktora jechalismy byla calkiem dobra i idealna do jazdy na moto-skuterku - dosc pusto, rowna nawierzchnia i widoki takie, ze nie moglam oderwac oczu. W drodze powrotnej zjedlismy kolacje na brzegu morza, a kelner powiedzial nam milion komplementow na temat naszych urod (to l .mn. od urody) - nie mamy pojecia o co mu chodzilo, hehe. No ale czego wiecej chciec od zycia?

Na nastepny dzien po upewnieniu sie, ze znow nie wieje, wzielismy sobie rowery i pojechalismy nad rzeke, ktora ciagnie sie przez kilka kilometrow od morza do wodospadu (tam, gdzie jest dostepna oczywiscie) i jest nielada gratka dla wszystkich milosnikow przyrody. Idzie sie rzeka, po kostki w wodzie, a rzeka plynie sobie w kanione, ktorego sciany zbudowane sa z twardego czerwonego piasku. Wygladalo to nawet dosc dziko, a ze nie bylo prawie nikogo, czulismy sie prawie jak zdobywcy/odkrywcy - no prawie :)

Ostatniego dnia nie dalismy rady juz zbyt wiele zrobic, poniewaz pol dnia padal deszcz, jak sie domyslacie nie wialo, skonczylismy wiec opisywac na blogu Chiny, poleniuchowalismy i poszlismy do resto na wielka porcje owocow morza, ktora miala byc wielka, a wcale nie byla (jak wszystkie porcje w Wietnamie i jak na moje oko to Bartka minus osiem kilo przerodzilo sie juz dawno w jakies minus 10 kilo).
Ostatniego ranka, tuz przed budzikiem obudzil nas... stupot nozek. Zamarlismy w bezruchu zastanawiajac sie co biega nam po pokoju. Nic nie bylo widac, poniewaz mielismy zamkniete okiennice (w oknach nie bylo szyb, bo caly rok jest cieplo), a to cos biegalo w te i we wte i brzmialo co najmniej jak wielki szczur. W koncu Bartek zapalil siwatlo i przeszukal pokoj (nawet buty), ale nie bylo w nim nic... Do dzis nie wiemy co to bylo i gdzie bylo, ale mialam pierwszego pietra przed zwierzyna tropikalna. Prawdopodobnie to cos biegalo jednak po dachu, (chociaz odglos dobiegal z podlogi, dalabym sie pokroic) ale wyobrazcie sobie jak musialo byc glosne, skoro wyrwalo nas ze snu.

Nie bede oszukiwac - nie chcialo mi sie stamtad wyjezdzac!! Bardzo. No ale trzeba bylo wrocic do pracy, czyli zwiedzania ;) Po czterech dniach w raju (24 stycznia) wsiedlismy wiec w autobus i ruszylismy do Sajgonu. Do tej pory zdarza mi sie jednak tesknic za Mui Ne, chociaz pogoda w 100 procentach nie dopisala i troche pociely nas pierwsze komary i chociaz nigdy wlasciwie nie bylam fanka zalegania nad morzem. Tylko, ze tam to zupelnie co innego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz