środa, 2 lutego 2011

Sajgon

W Sajgonie spodziewalismy sie sajgonu, ale nie zobaczylismy nic, czego nie widzielibysmy juz wczesniej... Skuterow nie bylo AZ tak wiele (moze tylko ciut wiecej niz w Hanoi), ludzi tez tyle samo i ci sami, spaliny juz znalismy, klaksony rowniez... Moze gdyby to bylo nasze pierwsze azjatyckie miasto, nie wiedzielibysmy co ze soba zrobic, a tak, juz nawet przechodzenie przez ulice opracowane mielismy do prefekcji, wiec bylo spoko :) I bardzo goraco.
Jak tylko wysiedlismy z autokaru "wyhaczyl"nas pan, ktory koniecznie chcial, zebysmy zamieszkali w jego hotelu, a ze gadal z sensem i zgodzil sie na nasza cene, podazylismy za nim, zeby obejrzec ten jakze swietny i najlepszy z mozliwych pokoj, ktory czekal tam specjalnie na nas!!! Pan nie wygladal groznie, ale kiedy wprowadzil nas w jakies zapyziale podworko miedzy dwoma blokami, moj instynkt samozachowawczy kazal mi uciekac (widzisz Mamo jaka jestem rozsadna ;) ). Na szczescie okazalo sie, ze to faktycznie wejscie do hotelu, a pokoj tez okazal sie bardzo porzadny i mial ciepla wode (w Mui Ne nie mial i sie stesknilismy). Wizyte w Sajgonie zaczelismy od wizyty w... szpitalu, ktora to opisze Bartek:
Nasza ucieczka z raju (Mui Ne) zostala podyktowana tak naprawde stanem wyzszej koniecznosci. Byla to bardziej ewakuacja niz podroz. Oddalony o 250 km Sajgon byl najblizszym miejscem, ktore mialo odpowiednie zaplecze potrzebne nam w tym momencie, a mianowicie szpitalem. Po przyjechaniu do miasta wsiedlismy na skutery (opis pozniej) i w szalenczym tempie przemierzylismy pol Sajgonu do FV (French-Vietnamese) Hospital. Na recepcji (w stylu 4 gwiazdkowego hotelu) przyjal mnie pan w garniturze, kazal wypelnic 2 papiery, zrobil szybkie zdjecie cyfrowka i po 3 min mial dla mnie gotowy identyfikator i umowiona wizyte. Po kolejnych 4 okienkach i oplaceniu 50 dolarow za wizyte, znalazlem sie w gabinecie wietnamskiej pani doktor, niezbyt uradowanej, bo do konca jej dyzuru zostalo 10 min. Diagnoza byla szybka i konkretna: trzeba kroic. Z kieszeni wyjechalo kolejne 70 dolcow, a ja wjechalem na stol operacyjny. Pojawily sie pielegniarki, Pani doktor cos zaczela mowic o znieczuleniu, ale w tym stanie juz niewiele rozumialem. No i sie zaczelo... Dana bedaca swiadkiem calej akcji (pilnowala zeby mi np. nie wycieli nerki na handel) mowila ze az dym szedl z moich plecow, ale na szczescie znieczulenie bylo skuteczne. Zabieg byl blyskawiczny, przynajmniej dla mnie. Niektorzy mowia ze trwal 10h i ze obudzilem sie po 3 dniach, ale to niepotwierdzone informacje... Na wypisie ze szpitala widniala informacja, ze zostalem poddany czemus co nazywa sie: electrocoagulation of telangiectasia.... Nie pytajcie mnie o szczegoly.... Tak czy inaczej, poczulem sie jak weteran wojenny, tyle ze ubozszy o 136 USD. Bede mogl opowiadac wnukom ze bylem operowany w Sajgonie ;) Jakbyscie tam byli przy okazji - polecam. Koniec dygresji. Pozdrawiam. Bartek
Nic nie musze juz dodawac poza tym, ze dym z plecow lecial naprawde! Plusem wizyty w szpitalu byl przejazd przez Sajgon na skuterze w godzinach szczytu. Nie jest to istotne, ze jako pasazerowie, bo i tak, ze tak powiem, SIE dzialo. Prawda jest wszystko to co mowia pisza i pokazuja na temat ruchu ulicznego w Sajgonie - puenta jest oczywiscie to, ze reguly na drodze nie obowiazuja zadne.
Dzien drugi w Sajgonie poswiecilismy na wizyte w Muzeum Pozostalosci Wojennych, ktore dysponuje bardzo obszerna kolekcja zdjec z czasow wojny w Wietnamie, oraz zdjec ofiar amerykanskich atakow chemicznych... Pozwolcie, ze nie bede tego za bardzo komentowac, bo nie wiem nawet jak, no bo co tu mozna powiedziec... Niestety efekty atakow chemicznych dla niektorych odczuwalne sa nawet dzis, nadal rodza sie zdeformowane dzieci - tak zdeformowane, ze ciezko to sobie wyobrazic, a jeszcze ciezej na to patrzec. Historia samej wojny przedstawiona jest jak to zwykle w Wietnamie dosc stronniczo. Ani slowem nie wspomniano o tym, ze Wietnam byl podzielony na czesc polnocna i poludniowa i ze walczyly one ze soba wzajemnie. Po wizycie w muzeum mozna odniesc wrazenie, ze to tylko Amerykanie tlukli sie z Wietnamczykami, ze niesli zniszczenie i smierc (no faktem jest, ze niesli) i ze generalnie sami sobie te wojne wymyslili. Jak by nie bylo wystawy broni z premedytacja i tak nie poszlam obejrzec. Poza lekka stronniczoscia wystawy przedstawiajacej fakty wojenne, muzeum bylo naprawde dobre. Jego celem jest podobno pokazac ludziom jak straszna moze byc sama wojna i jej konsekwencje oraz poruszyc ich i mysle, ze udalo im sie osiagnac to co sobie zamierzyli. Do muzeum miasta Ho Chi Minh juz sie nie wyrobilismy, tak wiec ruszylismy na zakupy letnie - ciag dalszy. I znow musielismy sie targowac, ale cos tam udalo sie upolowac, chociaz nie bylo AZ tak tanio jak to opowiadano nam, ze byc moze :) Potem szybka kolacja "przy smietniku", czyli na naszej ulubionej ulicy, po czym poszlismy wykupic wycieczke do kanalow Viet Kongu, ktore znajduja sie przy oddalonym o ok. 50 km od Sajgonu, miasteczku Cu Chi. No wiem, wiem wycieczka, ale znow tak bylo szybciej i pewnie taniej (4 usd), a nie chcielismy na to poswiecac calego dnia.
Wycieczka byla fajna i nie-fajna. Caly autokar krzyczacych turystow i pani przewodnik, ktora akurat byla plusem, bo miala poczucie humoru (chociaz strasznie jechala po Amerykanach i nie przepuscila zadnej okazji powiedzenia czegos zlosliwego). W drodze do Cu Chi musielismy sie oczywiscie zatrzymac przy warsztacie wyrabiajacycm "dziela sztuki" i posiadajacym sklep wielkosci i zasobnosci Carrefoura (tylko w sztuce), ale nie bylo to takie zle, bo faktycznie moglismy zobaczyc, jak sa wyrabiane rozne drewniane gadzety z wzorkiem (od misek, po obrazy, figurki, lyzki itd.) - ciezko to opisac (u nas juz 23 i chce mi sie spac :) ), ale generalnie wzorek jest zrobiony ze zmiazdzonych skorupek jajka i pokryty jakas substancja, wypolerowany, tak, ze na sam koniec dzielo wyglada jak bardzo blyszczacy plastik :) A ceny byly jak dla Amerykanow, chyba w odwecie za wojne.
Sama wizyta w kanalach byla ok i nawet duzo sie dowiedzielismy. Szkoda tylko, ze byl taki tlum, no ale nawet gdybysmy przyjechali sami byloby dokladnie tak samo. Juz tlumacze o co chodzi z tymi kanalami... Zostaly one wydrazone (metoda naprawde prymitywna) przez partyzantow, jeszcze za czasow II WS. Po wojnie byly drazone nadal i oczywiscie mialy sluzyc miejscowej ludnosci jako schron przed wrogiem. Zbudowano 250 km tych kanalow, zainstalowano tam cale miasteczko podziemne. Amerykanie bardzo sie natrudzili zanim znalezli wejscia, ktore do nich prowadza, ale wg naszej pani przewodnik i tak nie mogli w nich sie za bardzo poruszac, bo byli grubi. Widzialam zdjecia amerykanskich zolnierzy z Wietnamu- nie byli grubi, no ale hmmm. Partyzanci byli bardzo sprytni i zastosowali mnostwo rozwiazan majacych na celu ukrycie sie przed wrogiem i umozliwienie sobie zycia wewnatrz. Zainteresowanym polecam doczytanie w necie, tym bardziej, ze to naprawde dosc ciekawe ;) Jeszcze ciekawszy jest fakt, ze kanaly podono nadal sa drazone, (mam nadzieje, ze bardziej zaawansowana metoda). Podobno, kiedy kuzyn naszej przewodniczki sluzyl w wojsku, ktorejs nocy zbudzili cala mlodziez, wywiezli gdzies w las i kazali kopac...
Po powrocie do Sajgonu poszlismy do Muzeum Miasta Ho Chi Minh i byl to straszny blad, bo muzeum jest po prostu zenujaco beznadziejne. Mozna bylo odniesc wrazenie jakby eksponaty zostaly wybrane na chybil-trafil z piwnicy kustosza i nikt nawet nie zadbal zbytnio o ich wyczyszczenie...
Wieczorem wykupilismy kolejna wycieczke, poniewaz znow uznalismy to za najlepsza opcje, chociaz robilismy to z dusza na ramieniu obawiajac sie, ze 40 osob w grupie to jednak troche za duzo i ze sama wycieczka bedzie duza pomylka. Jak sie okazalo, nasze obawy zupelnie sie nie potwierdzily, ale o tym juz w nastepnym poscie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz