wtorek, 22 lutego 2011

Laos Chaos

Droga do Laosu, to kolejna noc spedzona w autobusie. Na granicy wszystko odbylo sie dosc sprawnie, chociaz wjezdzajac do Laosu musielismy zaplacic kare w wysokosci 1 $ za przyjechanie poza godzinami pracy (chociaz wszyscy jak na moje oko juz pracowali), chyba bylo za wczesnie (7 rano?). Kto wie jak nazywa sie stolica Laosu? :) My tez jeszcze pare miesiecy temu nie wiedzielismy.

Do Wientianu dojechalismy kolo 8 rano i jak zwykle zaczelismy nasz pobyt od szukania noclegu. Okazalo sie, ze w stosunku do tego co pisal przewodnik sprzed 3 lat, ceny wzrosly co najmniej dwukrotnie. Laos zaczeli odwiedzac turysci i chociaz dla nas nie jest to korzystne, bo ceny tez zrobily sie turystyczne, ma to zbawienny wplyw na ten kraj i NAPRAWDE szczerze nas to cieszylo. W przewodniku kraj opisywany byl jako miejsce balansujace na granicy ubostwa. Tymczasem jakos tego nie zauwazylismy i nie mowie oczywiscie tylko o miejscach, ktore odwiedzalismy. Jadac autokarem (a polowe czasu w Laosie spedzilismy wlasnie jezdzac autokarem) dalo sie zauwazyc normalne zycie, normalnych ludzi. Bylo o wiele wiecej murowanych domow niz np. w Kambodzy, gdzie krolowaly chatynki z bambusa. W Laosie poza chatkami "baby Jagi", (ktore zamiast na kurzej nozce stoja na calkiem banalnych palach, ale skojarzenie nasuwa sie samo), widzielismy sporo wypasionych rezydencji. Sam styl mieszkania ludzi, zarowno w Wietnamie, Kambodzy jak i Laosie, jest bardzo prosty. Nawet jesli mieszkaja w murowanym domu, cala rodzina tloczy sie w jednym pomieszczeniu, w ktorym nie ma praktycznie mebli - spia na jakichs deskach, jedza w kucki na podlodze, ogladaja telewizje i spedzaja mnostwo czasu razem - dzieci z doroslymi, mlodzi ze starymi...

W samym Wientianie nie ma zbyt wiele do roboty, jest duzo swiatyn (zlamalismy sie i nim minal miesiac zwiedzilismy ze 4!), jest Luk Triumfalny, jest Mekong (w porze suchej go prawie nie ma) nad ktorym mozna ogladac zachod slonca i Palac Prezydencki, ktory oglada sie tylko z zewnatrz... Miasto ma ok 230 tysiecy mieszkancow i jest opisywane jako najsenniejsza stolica swiata. Troche jest w tym racji, ale ma to swoje plusy - nie ma w nim az tak wielu rozwrzeszczanych zachodnich imprezowiczow, jak w pozostalych i bardziej popularnych czesciach Azji Pld-Wsch. I tak hotele zamykaja o 23:30, wiec jak ktos chce spedzic troche czasu na imprezie, musi sie liczyc z problemem z dostaniem sie do domu przed 7 rano.

W Wientianie przywital nas straszny upal, wiec zwiedzajac go, poruszalismy sie jak muchy w smole. Luk Triumfalny byl... hmmm, troche podobny do tego paryskiego, ale raczej nalezy do serii "prawie jak". Z daleka wyglada dosc imponujaco, wybudowano go na koncu dlugiej dwujezdniowej alei (porownywanej do Pol Elizejskich, haha), wiec widoczny jest juz z duzej odleglosci. Jest ozdobiony w stylu laotanskim, co rowniez z daleka wyglada bardzo ladnie. Do zbudowania go, wykorzystano cement amerykanski, ktory mial byc przeznaczony na budowe lotniska. Niestety luk nie zostal nigdy dokonczony i z bliska wyglada jak.... straszydlo, okropny klocek z betonu, smietnik... wyglada naprawde okropnie. Zreszta sami Laotanczycy nie za bardzo zadbali o jego reklame, co mam nadzieje bedziecie mieli okazje zobaczyc na zdjeciach :)

Wieczor w Wientianie spedzilismy ogladajac zachod slonca nad 1/3 Mekongu, potem troche poblogowalismy i przed 23:30 grzecznie wrocilismy do hotelu. Nastepnego dnia chcielismy przemiescic do Viang Vieng (na polnoc) i czekaly nas ok. 4 godziny jazdy autokarem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz