czwartek, 10 lutego 2011

Kambodza - pierwsze starcie

Jak juz pisalam, do Phnom Penh dojechalismy poznym popoludniem. I znow bylismy w miescie, miescie pelnym skuterow, tuk tukow i ludzi, probujacych za wszelka cene zainteresowac nas swoja oferta - JAKAS. Zalogowalismy sie w hostelu razem z naszymi poznanymi ziomkami i ruszylismy razem cos zjesc. Ruszylismy tuk tukiem, bo pieszo bylo za daleko, tak wiec znow trzeba bylo sie targowac... W Phnom Penh nad sama rzeka jest miejsce, gdzie ciagnie sie szereg restauracyjek, wiec moglismy dowolnie sobie wybierac taka, ktora by nam odpowiadala. Nie spodziewalismy sie co prawda takich cen (w Kambodzy jest drozej niz w Wietanmie, kto by pomyslal!), ale cos tam sobie wybralismy i zasiedlismy przy stoliku na dworze. Jak sie mozna domyslec od razu dopadly nas "dzieci pracujace" - z ksiazkami, koralikami, roznymi gadzecikami. Dzieci tak male, ze w zyciu nie wypuscilam samotnie na ulice, tak slodkie, ze kazde od razu chce sie wziac na rece i przytulic i tak niesamowicie dojrzale na swoj wiek... Te dzieci zamist biegac z rowniesnikami i sie bawic, biegaja uginajac sie pod ciezarem kosza z towarem i kontrolowane przez, jak to mowimy "alfonsa", czyli czlowieka ktory rzadzi cala grupka dzieciarni i z daleka obserwuje czy aby na pewno dobrze wykonuja swoja prace. A dzieci musza pracowac do pozna... Nie wymyslilismy jeszcze czy lepiej od nich kupowac, bo moze jakis procent tego co zarobia faktycznie trafi w ich rece, czy lepiej nie kupowac, bo popiera sie wtedy wykorzystywanie dzieci przez doroslych. Wiele osob mowilo nam, ze Kambodza jest takim swietnym krajem, ze sie w nim zakochamy, ze ludzie sa wspaniali... Tak wspaniali, ze wysylaja swoje dzieci na ulice? Tak wspaniali, ze kaza im pracowac? Jak pokochac kraj, ktory nie dba o swoje dzieci? Chyba do ich widoku na ulicy najtrudniej sie przyzwyczaic i chyba nadal mi sie to nie udalo.

Jedzenie w Kambodzy zasluguje za to na pochwale. Ma smak i to calkiem wyrazny i mozna sie nim zajadac bez konca. Zupelnie nie rozumiem tej naszej utraty kilogramow (glownie Bartka, chociaz on twierdzi, ze to od przebywania w moim towarzystwie :) ).

Na nastepny dzien po przyjezdzie przewidzielismy zwiedzanie calkiem przygnebiajace, poniewaz najpierw pojechalismy na Pola Smierci, a pozniej do wiezienia Tuol Sleng. Obydwa te miejsca sa zwiazane z ludobojstwem, ktore mialo miejsce w Kambodzy w latach 1975-79, kiedy to kraj rzadzony byl przez Czerwonych Khmerow pod dowodztwem psychopatycznego Pol Pota. Z ok 10 milionow Kambodzan, zamordowano prawie 2 mln osob... W dwoch slowach - wiezienie zostalo zorganizowane w budynkach, ktore jeszcze chwile wczesniej pelnily funkcje szkoly wyzszej. W czasach panowania Czerwonych Khmerow przetrzymywano i przesluchiwano tam ludzi. Przesluchania czesto konczyly sie smiercia... Ci, ktorzy je przezyli wywozeni byli wlasnie na Pola Smierci, gdzie w bestialski sposob byli mordowani i rzucani (bo nie skladani) do masowych grobow. Mordowano rowniez kobiety i male dzieci. A czemu dzieci? Wyjasnienie jest proste - zeby pozniej nie przyszlo im do glowy mscic sie za rodzicow. Jest nawet slawne drzewo, o ktore rozbijano niemowleta... Jesli ktos ma wystarczajaco bujna wyobraznie, w trakcie wizyty moze sie zrobic slabo. Na nas chyba jednak te miejsca nie zrobily AZ tak wielkiego wrazenia. Niestety pochodzimy z kraju, gdzie miejsc masowych mordow bylo wiele, a historie ludzi z okresu II WS byly rownie okropne, jak historie Kamodzan. Najgorsze bylo chyba to, ze wszystko sie dzialo tak niedawno, ze wiele z osob chodzacych po ulicach widzialo wszystko na wlasne oczy, zylo w tamtych czasach... i ze te dzieciaki ktore poginely z rak Czerwonych Khmerow bylyby teraz tylko niewiele starsze od nas... Po tak "uroczo" spedzonym popoludniu nie mielismy juz ochoty na zadne zwiedzanie... Wieczor znow spedzilismy w restauracji i Bartek robil wszystko, zeby nadrobic utracone kilogramy - z marnym skutkiem, wiec moze to jednak moja wina, hehe.

Dzien nastepny poswiecilismy juz na zwiedzanie, chociaz szlo nam slamazarnie, bo upal byl piekielny (ale nam z tym jednak dobrze). Poruszajac sie jak muchy w smole zwiedzilismy Muzeum Narodowe, z kolekcja calkiem imponujacych rzezb, oraz Palac Krolewski, w ktorym musialam sie ubrac w sweter i nagimnastykowac przy doczepianiu chusty do sukienki, bo jak na standardy buddyjskie wygladalam jak bezboznica! Palac Krolewski oczywiscie nie zachwycil nas jakos tak bardzo ekstremalnie, niewiele mozna tam zwiedzic, bo w koncu jest palacem krolewskim i monarcha pewnie nie zyczylby sobie w domu wizyty rozwydrzonych turystow. Slynna Srebrna Pagoda zachwycila nas nawet mniej, a moze i troche zdegustowala. Skoro pagoda slynie z tego, ze ma cala podloge wylozona srebrnymi plytkami, to czemu pokazuja tylko metr kwadratowy tych plytek, noszacy na dodatek slady kleju czy innej tasmy. Reszta wspanialej podlogi przykryta byla wykladzina, ktora wygladala tak jak u nas wykladziny pokrywajace podlogi magazynow.... Figurki Buddy jak juz pewnie pisalam wczesniej nie wywoluja w nas uczucia ekstazy religijnej, wiec pokrecilismy nosem i szybko wyszlismy :) Troche szkoda, ze nie potrafimy docenic tych swiatyn, bo to glowne obiekty do zwiedzania w Azji, no ale co zrobic? Takie zycie i nie mozna miec wszystkiego, prawda Tommy? ;) Po poludniu pojechalismy na tzw Ruski Bazar, gdzie mielismy nadzieje za konczyc zakupy ubraniowe, ale wyszlo nam to tylko polowicznie, poniewaz juz prawie zamykali. Strasznie nas za to nagabywali i wmawiali, ze prujace sie "gacie" Calvina Kleina to oryginaly.... Potem zjedlismy w knajpie lokalesow i bardzo uradowalo nas to, ze posilek kosztowal niecale 4 zlote. Na nastepny dzien zaplanowalismy ... pisanie bloga. Nie macie pojecia ile to pozera czasu! oraz dokonczenie zakupow letnich (to straszne, naprawde). Targowanie sie w Kambodzy nie sprawia az tak wielkiej przyjemnosci, kiedy ma sie swiadomosc jak biednym krajem jest Kambodza. Kupilismy sobie jednak oryginalne okulary, 3 pary za 7,5 dolarow i bylismy z osiagnietej ceny zadowoleni rownie bardzo jak pani, ktora nam je sprzedawala.
Po 3 dniach mielismy juz doscy Phnom Penh - miasto to jednak miasto, wiec ruszylismy na polnoc do Siem Reap - ale o tym juz w nastepnym poscie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz