wtorek, 1 lutego 2011

Hue, Hoi An - w samym srodku Wietnamu

W dalsza podroz ruszyc mielismy dopiero kolo 18, potrzebowalismy wiec miejsca, w ktorym sie przepakujemy i chociaz troche wykapiemy. Nastepna noc spedzic mielismy w autobusie, co prawda sypialnym, ale nie spodziewalismy sie obecnosci prysznica :) Postanowilismy spytac w naszym hostelu, w ktorym od 3 dni czekaly na nas rzeczy, czy za jakies pol ceny mozemy na kilka godzin ulokowac sie w jakims pokoju i przeorganizowac. Jak sie mozna bylo spodziewac, uslyszelismy, ze musimy zaplacic za cala noc. Nie dyskutowalismy nawet, nie chcialo nam juz sie miec z nimi nic do czynienia. Poszlismy sobie w miasto z postanowieniem, ze popytamy w kliku miejscach o mozliwosc wynajecia pokoju na kilka godzin. Zaszlismy do ok 2 guesthousow i chociaz bez problemu chcieli sie na to zgodzic, to mimo wszystko ceny, ktore nam przedstawiali byly troche zbyt wyzsze niz zalozylismy. W trzecim guest housie do ktorego zaszlismy mloda Wietnamka, ktora obslugiwala recepcje, bardzo przejela sie naszym losem i powiedziala, ze niestety wszystkie pokoje sa zajete, lub brudne, ale jesli nam nie przeszkadza, to ze lozka nie sa poscielone, to mozemy sobie skorzystac z jednego pokoju, przepakowac sie, wykapac i nawet przespac... za darmo. Trzy razy dopytywalam sie, "ale ile to bedzie kosztowac?". Bylismy tak zdziweni, ze ktos chce zrobic dla nas cos bezinteresownie, ze prawie jej nie uwierzylismy i wietrzylismy podstep. Po kilku tygodniach spedzonych wsrod ludzi, ktorzy chcieli wciaz wyciagac od nas kase, prawie nie poznalismy sie na ludzkiej dobroci!

Zgodnie z planem zapakowalismy sie do autobusu, ktory mial nas zawiezc do Hue - miasta znajdujacego sie w polowie Wietnamu przy wschodnim wybrzezu. Do Hue jezdzi sie ogladac cytadele znajdujaca sie w srodku miasta oraz grobowce znajdujace sie poza miastem. My postawilismy na grobowce, majac nadzieje, ze reszte uda nam sie zobaczyc wieczorem. Najfajniejszym punktem pobytu w Hue okazalo sie wynajecie moto-skutera, chociaz troche sie lamalismy, czy aby to do konca rozsadne, poniewaz skutery nie sa w Wietnamie ubezpieczane i w razie gdyby nam go ukradli, musielibysmy za wszystko placic z wlasnej kieszeni. Stwierdzilismy jednak, ze jakos damy rade, ruch miejski wydal sie tez o wiele mniejszy niz w Hanoi, wiec wynajelismy sobie czerwona Hondke i smignelismy zwiedzic grobowce krolewskie z XIX wieku. Jest ich kilka rozsianych po dosc obszernym terenie, postanowilismy zobaczyc gora dwa, poniewaz i tak wszystkie sa do siebie podobne. Grobowce stanowily tak naprawde caly kompleks budynkow, ktore rowniez za zycia sluzyly aktualnie panujacemu krolowi, jego zonie i konkubinom do tzw "spedzania czasu". Obecnie, wszystkie te budowle popadly mniej lub bardziej w ruine, choc nie sa bardzo stare. Niestety klimat tropikalny robi swoje, takze z wielu budynkow nie zostalo juz zupelnie nic. Bardzo nam sie jednak podobalo to co jeszcze zostalo. Wygladalo to o wiele fajniej niz np. zakazane miasto w Chinach. Ruiny byly dosc dzikie, ale nie panowal tam syf, poza tym roslinnosc tropikalna nadawala atmosfery tajemnoczosci temu miejscu, takze zwiedzalismy je z prawdziwa przyjemnoscia. Glownej przyjemnosci dostarczyla nam jednak jazda skuterem. Jechalismy sobie przez jakies senne wioski, podgladajac ludzi i przyrode i co chwile natykajac sie na jakis cmentarz. Wygladalo to troche tak, jakby to nie cmentarze zostaly wybudowane przy wioskach, a raczej wioski przy cmentarzach. W Wietnamie jest zreszta rzecza zupelnie normalna grzebac zmarlych na swoich podworkach, lub stawiac groby na polach ryzowych. Podobno rzad na to pozwala... Koniec przejadzki skuterem zakonczylismy gwaltownie, poniwaz przegonil nas deszcz, wlasnie w momencie, kiedy zaczelismy jechac nad morze...
Wieczorem poszlismy zwiedzac miasto, niestety bylo juz pozno (poniewaz w miedzyczasie zaskoczyla nas rzecz kolejna, a mianowicie happy hour na piwo w hostelu), tak wiec tylko obeszlismy zabytkowe mury dookola - co tez bylo przyjemne i wrocilismy spac do hostelu. Cytadela nie bylaby i tak niczym odkrywczym, poniewaz na zdjeciach wygladala dokladnie tak, jak wiekszosc budynkow, ktore widzielismy w Chinach...

Na drugi dzien rano znow zaladowalismy sie w autobus i po 4 h jazdy dojechalismy do Hoi An - miasta, ktorego starowka wpisana jest na liste zabytkow Unesco i gdzie kroluja salony krawieckie i na kazdym kroku zaczepiaja ludzie chcacy uszyc turyscie jakis ciuszek, lub zrobic buty na miare... Szukanie miejsca do spania zaczelo byc przygoda - im dalej na poludnie tym rzadziej spotkac mozna instytucje hostelu, w ktorym miejsce mozna zamowic przez internet. Nie ma tego zlego... Razem z hostelami skonczyla sie era dormitoriow, czyli pokoi wieloosobowych (czasem 12), w ktorych mozna poznac fajnych ludzi, ale mozna tez czasem budzic sie co godzine, kiedy kolejna niezbyt trzezwa osoba wraca do swojego lozka i probuje bezszelestnie sie do niego zapakowac :) Teraz juz za cene 2 miejsc w dormitorium, mamy dwuosobowe pokoje na wypasie, z oddzielna lazienka i czesto nawet ciepla woda ;) Znalezlismy sobie pokoj w hotelu, moze nie idealny, bo nie bylo okna i czuc bylo wilgoc, ale kosztowal tylko 10 dolcow :)
Wracajac do samego Hoi An, jest ono uroczym miasteczkiem. Zwlaszcza wieczorem robi sie klimatycznie, kiedy zapalaja sie wszystkie swiatla i lampiony w ksztalcei smokow i innych ziwerzatek, ktore sa umieszczone na rzece. Spedzilismy dzien na wloczeniu sie po uliczkach i zwiedzaniu zabytkow (dwa przez przypadek udalo nam sie zwiedzic za darmo), ktore nie byly az tak swietne jak opisywano to w przewodnikach, ale byly OK. Zmeczylam sie tez strasznie ogladaniem sie co chwile za sklepami z ubraniami, ktore byly wszedzie. Mysle, ze wszystkie panie zrozumieja mnie, ze po 2 miesiacach spedzonych w jednych jeansach, chodzac ciagle w tej samej bluzie i 4 bluzkach na zmiane, moglam dostac lekkiego krecka od takiej ilosci sukienek, bluzek, spodni i innych cudeniek powystawianych na ulicy. Nie skusilismy sie tym razem na krawca, poniewaz nie bardzo mielismy na to czas, chociaz niektore zdeterminowane panie sprzedawczyni oferowaly mi np. uszycie sukienki w 4 godziny. Na miare! Kupilismy za to pierwsze MARKOWE ubrania (dziko sie targujac), poniewaz jednak musielismy troche zmienic garderobe z zimowej na letnia. Tak! W koncu zaczelo sie robic cieplo! Po 1,5 miesiaca marzniecia non stop, wkoncu moglismy wyjsc na ulice w krotkich rekawach i pierwszy raz zalozylam japonki. Przez pol dnia opowiadalam "zainteresowanemu" Bartkowi jakimi to japonki sa swietnymi butami, po czym idac ulica potkenalm sie o kamien i rozbilam palec... Troche mu sie nie dziwie, ze zamiast mnie zalowac, poprostu wybuchnal sobie smiechem ...
Przeorganizowalismy rowniez nasz bagaz i zrobilismy paczke z rzeczami ktore nie sa lub nigdy nie byly nam potrzebne. Wyslalismy do Polski 8 kg (chociaz mysle, ze znow je dokupilismy w postaci ubran letnich). Zaczelismy w koncu cieszyc sie jedzeniem na zewnatrz, korzystalismy naprawde z kazdej mozliwosci wystawienia nosa na dwor. W przerwach w zwiedzaniu oraz zakupach, korzystalismy rowniez z tego, ze w Hoi An istnieje cos takiego jak "fresh beer" czyli swieze piwko, za 3 tysiace dongow, czyli wprzeliczeniu... ok. 50 groszy. Straszny cienkusz, ale dajacy duzo radosci, zwlaszcza kiedy myslelismy o cenach piwa w polskich knajpach.

Z Hoi An, mielismy udac sie na... wakacje, czyli spedzic troche czasu na plazy i wygrzac sie w sloneczku. Zanim jednak tam dojechalismy przezylam najgorsza noc w trakcie calego wyjazdu - autobus jechal jak dziki i caly czas wydawalo mi sie, ze ktos w nas wjedzie, nie mowiac juz o tym ze wszyscy uczestnicy ruchu uzywaja klaksonu CALY CZAS. Drogi w Wietanmie sa tak zle i waskie, ze mysle, ze jestem tym razem nawet usprawiedliwiona jesli chodzi o moje nerwy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz