Tak jak juz pisalam w poprzednim poscie, kolejny raz postanowilismy skorzystac z oferty biura turystycznego i zapisac sie na zorganizowana wycieczke, z o zgrozo... 40 innymi ososbami. Mialam jak najgorsze nastawienie, bo nie lubie tlumow, jak ktos kaze mi cos robic, a juz najbardziej, gdy jestem do czegos zmuszana w tlumie :) Tak jednak bylo szybciej i prawdopodobnie jednak taniej. W pewnych miejscach naprawde nie jest latwo zorganizowac sobie samemu wyprawe, bo wszystko jest nastawione na przyjmowanie zorganizowanyh wycieczek... Pewnie gdybysmy chcieli sie sami z tym ogarnac zajeloby nam to z 6 dni, a nie 2,5. Ale, ale, nie napisalam jeszcze gdzie sie wybralismy :) Postanowilismy zwiedzic sobie delte Mekongu, ktora jest jedna z najwiekszych delt na swiecie (a sam Mekong, jedna z wiekszych rzek na swiecie). Bartka rana postrzalowa goila sie bardzo dobrze, nie bylo wiec przeciwwskazan, zeby znow ruszyc w teren. Postanowilismy nawet pospedzac troche czasu z innymi ludzmi i moze nawet sie pointegrowac, bo przez ostatnie tygodnie troche odizolowalismy sie od innych podroznikow (byc moze dlatego, ze typ podroznika napotykanego po drodze rowniez sie zmienil).
Delta Mekongu nazywana jest "miska ryzu" Wietnamu, poniewaz stad wlasnie pochodzi wiekszosc uprawianego w tym kraju ryzu. Co ciekawe Wietnamczycy uprawiaja ten ryz metodami tradycyjnymi, a mianowicie recznie (sieja, zbieraja, dogladaja). Maszyn praktycznie nie ma, co sprawia, ze pomimo ogromnej ilosci terenow przeznaczonych pod uprawe ryzu, ich wydajnosc nie jest az tak wielka, jak moznaby sie tego spodziewac i plasuje Wietnam dopiero na drugiej pozycji na swiecie pod wzgledem eksportu (zaraz po Tajlandii, ktora korzysta z maszyn wiec ma wieksza wydajnosc). We Phnom Penh Mekong rozdziela sie na dwie rzeki - Hau Giang i Tien Giang, ktore to przeplywaja przez teren Wietnamu, zanim wpadaja do Morza Chinskiego. Rzeki te maja jeszcze liczne rozgalezienia, ktore z kolei polaczone sa miedzy soba kanalami. Rezultat jest taki, ze wszedzie jest woda, ktora dosc czesto mieszkajacyh tam ludzi zalewa.
Pierwszego dnia wycieczki mielismy dosc napiety harmonogram. Mielismy zwiedzic farme pszczol, plywac lodka po kanale, zwiedzic "fabryke" cukierkow z kokosa, plywac stateczkiem, jesc, plywac, zwiedzic swiatynie itd itd. I ku naszemu zdziwieniu wszystko to udalo sie zrealizowac i nie bylo tak zwanej "lipy". Podobno dosc czesto biura podrozy cos obiecuja i najzwyczajniej w swiecie slowa nie dotrzymuja, a z programu realizuja tylko kilka punktow, niekoniecznie najfajniejszych. My mielismy nawet calkiem dobrego przewodnika, ktory co prawda powtarzal wszystko po 15 razy (serio), ale mial duza wiedze i sporo dzieki niemu dowiedzielismy sie o Wietnamie. Plywanie po Mekongu bylo fajne, moglismy sie zrelaksowac i obserwowac co dzieje sie na brzegach (jesli nie byly zarosniete, lub zbyt oddalone), lub co plywa w wodzie (polecam zdjecia). "Fabryka" cukierkow byla jeszcze fajniejsza, poniewaz na goraco moglismy skosztowac lokalnego wyrobu (oczywiscie zakupilismy sobie jedna paczke). Zaangazowalam sie nawet w wyrob cukierkow, co poszlo mi chyba dosc kiepsko, bo mimochodem poprawiono po mnie moje dzielo, kiedy "nie patrzylam" ;) Przed praca nie kazano mi umyc rak, chociaz sama zasugerowalam, ze moze powinnam... Nie musze chyba mowic, ze cukierki wyrabiane sa totalnie metoda chalupnicza - zadnych skomplikowanych maszyn, chemicznych dodatkow itd. Bardzo mi sie to podobalo, a juz najbardziej zapach, ktory unosil sie dookola. Mniam. W fabryce mieli rowniez pytona, ktory podobno byl samica i mial dwa lata, i nie byl zupelnie agresywny - moze byl najedzony. Byl bardzo przyjemny w dotyku i tylko jak zaczynal sie okrecac wokol pasa, mozna sie bylo poczuc nieswojo...
Lunch oczywiscie byl skromny, wiec musielismy dokupic sobie roladki, ale tego akurat sie spodziewalismy... Po lunchu zawiezli nas do swiatyni buddyjskiej, gdzie byly ogromne posagi buddy, ktory wygladal troche jak postac z kreskowki, ale do tego rowniez juz sie przyzwyczailismy :) Pod wieczor odwiedziono nas na nocleg, a ze my wybralismy sobie wersje wycieczki z tak zwanym "home stay", czyli z wizyta u rodziny lokalnej i spaniem na miejscu, nie zostalismy odwiezieni do hotelu, tylko... pod most. Tam czekala juz na nas lodka, ktora zawiozla nas rzeka na miejsce naszego spoczynku (na szczescie nie wiecznego ;) ). Nasza wersje wycieczki wybrala rowniez para Holendrow (z ktorymi sie zaczelismy integrowac wczesnie juz nawet, ha!), para Niemcow z malym, slicznym, blond chlopcem oraz slusznej postury Brytyjka, ktora sie prawie w ogole nie odzywala. Gospodarza nie bylo, bo podobno upil sie i gdzies pojechal, przywitala nas wiec jego zona i dzieci. Okazalo sie, ze bedziemy wszyscy ulokowani w bungalowach, ktore staly sobie tuz nad rzeka i byly zbudowane z trzciny oraz mialy dziury w calej konstrukcji (zaplanowane). Oczywiscie mielismy mase robaczkow i jaszczurek, ale ja lubie jaszczurki, bo bardzo ladnie spiewaja w nocy (chociaz niektorzy moga to nazwac krzykiem). Jak juz sie troche rozlokowalismy zawolano nas na posilek i okazalo sie, ze to najwieksza kolacja na swiecie, ktora zreszta sami pomoglismy zrobic, co mialo byc dla nas atrakcja (jupiii ;) ) . Robilismy spring rolls'y czyli roladki z warzywami, do smazenia w oleju. Wygladaja jak takie mini nalesniki i sa pyszne. Jak juz pani gospodyni je usmazyla na stol wjechalo tyle jedzenia, ze w 9,5 osob nie bylismy w stanie tego przejesc. Mielismy rybe, ryz, mnostwo warzyw i "kazano" nam robic fresh spring rolls, czyli podobne do tych smazonych, ale jedzone na surowo. Pycha. Jezeli ktos policzyl liczbe osob jedzacych kolacje, to nie zgadzalo mu sie z liczba wymieniona wczesniej - i slusznie. Kolacje jadlo z nami dwoje Polakow - malzenstwo, ktorzy rowniez podrozowali po Azji. Dziwnie bylo z kims obcym gadac po polsku, ale wymienilismy sie roznymi spostrzezeniami na temat podrozy, wiec jakos to przezylismy - hehe. Poza tym byli to bardzo w porzadku ludzie, ktorzy maja syna w naszym wieku i sami sie z siebie smieja, ze lataja w szortach, obwieszeni koralikami, oraz ciagnac za soba plastikowe walizki na kolkach (tak poza tym wsrod podroznikow raczej kroluja wielkie plecaki). Podrozwoali sobie sami, bez zadnego biura podrozy i byli bardzo z siebie zadowoleni. W czasie kiedy my sobie konwersowalismy, maly Niemiec zaczal zabawe z wietnamskim rodzenswtem (mniej wiecej w jego wieku). Jak sie okazuje, wspolny jezyk nie jest potrzebny, zeby sie efektywnie skomunikowac. Nam doroslym tylko tak sie wydaje, bo lubimy sie stresowac i utrudniac sobie zycie. Dzieciaki biegaly po podworku, tarzaly sie po ziemi, bujaly w hamakach i... gadaly ze soba. Kazde mowilo cos w swoim jezyku, a pomimo tego doskonale wiedzialy o co im nawzajem chodzi. Rodzice malego Niemca (3 lata) wydawali sie nie przejmowac zadnymi potencjalnymi robakami, komarami malarycznymi, brudem itd. Powiedzieli: jak dobrze, ze w koncu ma sie z kim pobawic i wyjasnili nam, ze wlasciwie to podrozuje on od malego i ze nawet spedzil pare tygodni z mama w dzungli malezyjskiej na planie filmowym (mam zajmuje sie kostiumami). No i kto powiedzial, ze jak sie ma dzieci, to podrozowanie przestaje byc mozliwe? :)
My tez nie przejmowalismy sie robakami, ale jeden skorzystal z okazji i udziabal mnie w plecy. Na szczescie nie musialam sie niczym martwic, w koncu mam leki na kazde mozliwe uczulenia swiata :)
W nocy slyszelismy odglosy przyrody i bylo to przyjemne, ale tez troche straszne, bo nie wszystkie potrafilismy zidentyfikowac, a dzielila nas od nich tylko trzcina... Odwiedzila nas jaszczurka gigant i chyba miala gdzies kolege, bo spiewaly do siebie nawzajem co jakis czas - moze narzekaly na nas, kto wie.
Rano dostalismy mikro sniadanie (nic co piekne nie trwa dlugo) i poplynelismy na floating market, gdzie dolaczylismy do reszty naszej grupy. Taki plywajacy targ podobno jest tez w Tajlandii, z tym, ze tam nastawiony jest bardziej na turystow, a w Wietnamie handluja ze soba miejscowi. Zwyczaj handlowania na wodzie wzial sie z faktu, ze kiedys nie bylo tam zupelnie drog, wiec handlarze wymieniali sie towarem wlasnie tam. Na wodzie nie bylo tez podatku od sprzedazy, wiec bylo im to jak najbardziej na reke :) Dzis podatki juz trzeba placic, ale zwyczaj pozostal i jest masowo podgladany przez turystow. Nasz statek podwieziono do znajomego zapewne statku ananasowego i na drugie sniadanie skonsumowalismy sobie swiezutkiego ananasa obranego na naszych oczach (uprzedzajac pytania - rece obierajacego wygladaly na czyste). Po targu pojechalismy odwiedzic miejsce, gdzie produkuje sie papier ryzowy, z ktorego z kolei robia makaron - znow wszystko recznie!! A potem pojechalismy na plantacje drzew owocowych, gdzie pierwszy raz w zyciu zjedlismy swieze (rowniez obrane na naszych oczach) mango i zostalismy jego fanami. Zupelnie nie polubilismy za to papai, ktora smierdzi i smakuje jakby byla zepsuta (a to nawet nie durian!). Potem czesc osob odstawilismy do hotelu (niektorzy wzieli wersje 2 dniowa, a my 3) i pojechalismy w strone Chau Doc, miasta w polnocnej czesci delty. Po drodze zaliczylismy jeszcze farme krokodyli, ktore sa hodowane tylko i wylacznie na mieso i skore - co oczywiscie wydalo mi sie straszne, ale przewodnik nie dal sie wyprowadzic z rownowagi moimi pytaniami majacymi go wpedzic w poczucie winy :) Podobno krokodyle sa glupie i zle, no ale... Jeszcze bardziej zal bylo malych, zoltych kaczuszek, ktore wypuszczono krokodylom do kojcow ( z okazji swiat, bo zblizal sie Nowy Rok wietnamski) i ktore zdychaly na upale lub same sie zadeptywaly, zanim jeszcze zostaly pozarte. Dziwnie bylo zobaczyc jak w swiecie przyrody malo znaczy smierc jakiegos osobnika, a wazne jest tylko to, zeby zachowany zostal ciag w lancuchu pokarmowym - no i zeby czlowiek zrobil sobie droga torbe oczywiscie.
Do Chau Doc dojechalismy poznym popoludniem i "zaliczylismy" jeszcze jakis klasztor buddyjski na pagorku, ale szczerze mowiac byl troche kiczowaty... Z tarasu klasztornego moglismy za to zaobserwowac granice z Kambodza. Obie strony wygladal tak samo - drzewa, drzewa, pole ryzowe, pole, pole i tak w kolko :)
Potem zawieziono nas do hotelu i ruszylismy w miasto szukac jedzenia. Zajelo nam to troche czasu, bo chcielismy koniecznie ostatni raz zjesc sobie Pho na ulicy, a nie moglismy znalezc miejsca, ktore by nam sie podobalo. Kiedy w koncu wybralismy lokal, w ktorym mily pan wietnamczyk pomogl nam zamowic (a wlasciwe bez pytania zamowil za nas) usiedlismy na malych krzeselkach i Bartek powiedzial do mnie: "nie patrz lepiej w lewo". Niewiele myslac, zerwalam sie na rowne nogi, poniewaz myslalm, ze znow chodzi o jakiegos trupa. Okazalo sie, ze byl to tylko ogromny szczur, ktory hulal sobie przy misce z brudnymi naczyniami (wskakiwal, wyskakiwal, szukal resztek), ale kto by sie tam bal szczura, jesli widzi sie je prawie codziennie :) Poza tym zaraz sobie poszedl i moglismy spozyc kolacje bez wiekszych zaklocen.
Wracajac do hotelu, przez przypadek zauwazylismy, ze w kanjpie kolo ktorej przechodzilismy siedzieli nasi znajomi z wycieczki, ktorzy rowniez zostali na 3 dni. Byli tam nasi Holendrzy, Austriaczka, Niemiec, Australijki i pan Wietnamczyk, kierowca tuk tuka, ktory przywiozl cale towarzystwo do baru i rozsiadl sie z nimi na piwko. Dosiedlismy sie na chwile, po czym wszyscy poszlismy w kierunku domu, bo rano mielismy wczesnie wstac i ruszyc w dalsza droge. Juz, juz zegnalismy sie przed hotelem, kiedy nasza uwage zwrocila bardzo glosna muzyka (ostre dicho) dobiegajaca z pobliskiego podworka. Bardzo nas zaintrygowala, wiec przeszlismy sie kawalek w tamta strone i zobaczylismy baunsujacych Wietnamczykow (panowie tanczyli, a panie siedzialy na krzeslach), ktorzy jak tylko nas zobaczyli wybiegli do nas i zaczeli zapraszac na impreze. Okazalo sie, ze z okazji nowego roku, pracownicy banku robili sobie male swietowanie, zamowili nawet DJ'a i wydudnili przy tym niesamowita ilosc browarow... Oczywiscie wszystkie kobiety z naszego towarzystwa od razu zostale porwane do tanca. Nie bylo to proste, bo styl tanca preferowanego przez bankierow nie do konca pasowal do stylu muzyki puszczanej przez mlodziutkich DJ'ów... Zaserwowali nam piwko, zaczepiali, robili sobie z nami zdjecia (a my z nimi) i mysle, ze bylismy dla nich co najmniej tak samo egzotyczni jak oni dla nas. Impreza skonczyla sie dosc szybko - i cale szczescie, bo zaczynalo byc naprawde "grubo".
Zerwalismy sie z samego rana (juz 4 poranek z kolei ok. 6!!! - co to ma byc? wakacje?) i nasza ekipa znow podzielila sie na dwie czesci - ci co plyna statkiem do Kambodzy (to my) i ci co wracaja busem do Sajgonu (to nie my). Rejs statkiem mial potrwac ok 6 godzin, ale zanim go rozpoczelismy, o tej nieludzkiej porze, zwiedzilismy jeszcze farme ryb w plywajacej wiosc. Ryb bylo bardzo duzo i strasznie zaczynaly szamotac sie w wodzie i robic prysznic widzom, kiedy sypalo im sie pokarm. Podobno wiele z tych ryb ginie, z powodu postepujacego zanieczyszczenia Mekongu... Potem odwiedzilismy wioske Chamow (czyt. Czamow), czyli wietnamskiej mniejszosci etnicznej, gdzie pokazano nam glownie sklepik z szalikami i warsztat tkacki. W wiosce wszystkie domy zbudowane byly na palach, poniewaz rokrocznie nawiedzana jest przez powodz, ktora pokrywa caly lad woda.
Rejs statkiem byl super przyjemny. Do granicy z Wietnamem plynelismy 3 godziny i plynelismy glownie kanalem, co znow umozliwilo nam ogladanie zycia na brzegu. Od granicy plynelismy kolejne 3 godziny i zgadalismy sie z naszym znajomym Niemcem, ze we Phnom Penh bedziemy razem szukac noclegu - w koncu mielismy sie integrowac :) Poniewaz siedzielismy w lodce przy silniku, wynieslismy sie na dziob statku na ktorym mozna bylo sie polozyc. Kiedy tylko mijalismy jakies dzieciaki na brzegu zaczynaly krzyczec do nas "hello" i machaly niezwykle energicznie, poki nie znikalismy im z pola widzenia. Bylo to urocze, dzieci wygladaly jak male pisklaki i nie mozna sie bylo nie smiac na ich widok. Tylko reka troche bolala, ale nic tam! :)
Po przybiciu do brzegu przesiedlismy sie w minibusa, ktory dowiozl nas do Phnom Penh - stanu drog nie bede komentowac, a nerwy trzymalam na wodzy, bo do wszystkiego mozna sie przyzwyczaic. W przewdoniku co prawda pisza, ze kazdego kambodzanskiego kierowce trzeba z gory uznac za psychopate, ale to na szczescie nie my musielismy prowadzic :)
Efektem naszego rejsu bylo mega zrelaksowanie sie i przypalenie sloncem mojej lewej lydki i Bartka prawego ramienia - grunt to robic wszystko symetrycznie.
A o tym co dzialo sie w stolicy Kambodzy napiszemy juz kiedy indziej :)
Delta Mekongu nazywana jest "miska ryzu" Wietnamu, poniewaz stad wlasnie pochodzi wiekszosc uprawianego w tym kraju ryzu. Co ciekawe Wietnamczycy uprawiaja ten ryz metodami tradycyjnymi, a mianowicie recznie (sieja, zbieraja, dogladaja). Maszyn praktycznie nie ma, co sprawia, ze pomimo ogromnej ilosci terenow przeznaczonych pod uprawe ryzu, ich wydajnosc nie jest az tak wielka, jak moznaby sie tego spodziewac i plasuje Wietnam dopiero na drugiej pozycji na swiecie pod wzgledem eksportu (zaraz po Tajlandii, ktora korzysta z maszyn wiec ma wieksza wydajnosc). We Phnom Penh Mekong rozdziela sie na dwie rzeki - Hau Giang i Tien Giang, ktore to przeplywaja przez teren Wietnamu, zanim wpadaja do Morza Chinskiego. Rzeki te maja jeszcze liczne rozgalezienia, ktore z kolei polaczone sa miedzy soba kanalami. Rezultat jest taki, ze wszedzie jest woda, ktora dosc czesto mieszkajacyh tam ludzi zalewa.
Pierwszego dnia wycieczki mielismy dosc napiety harmonogram. Mielismy zwiedzic farme pszczol, plywac lodka po kanale, zwiedzic "fabryke" cukierkow z kokosa, plywac stateczkiem, jesc, plywac, zwiedzic swiatynie itd itd. I ku naszemu zdziwieniu wszystko to udalo sie zrealizowac i nie bylo tak zwanej "lipy". Podobno dosc czesto biura podrozy cos obiecuja i najzwyczajniej w swiecie slowa nie dotrzymuja, a z programu realizuja tylko kilka punktow, niekoniecznie najfajniejszych. My mielismy nawet calkiem dobrego przewodnika, ktory co prawda powtarzal wszystko po 15 razy (serio), ale mial duza wiedze i sporo dzieki niemu dowiedzielismy sie o Wietnamie. Plywanie po Mekongu bylo fajne, moglismy sie zrelaksowac i obserwowac co dzieje sie na brzegach (jesli nie byly zarosniete, lub zbyt oddalone), lub co plywa w wodzie (polecam zdjecia). "Fabryka" cukierkow byla jeszcze fajniejsza, poniewaz na goraco moglismy skosztowac lokalnego wyrobu (oczywiscie zakupilismy sobie jedna paczke). Zaangazowalam sie nawet w wyrob cukierkow, co poszlo mi chyba dosc kiepsko, bo mimochodem poprawiono po mnie moje dzielo, kiedy "nie patrzylam" ;) Przed praca nie kazano mi umyc rak, chociaz sama zasugerowalam, ze moze powinnam... Nie musze chyba mowic, ze cukierki wyrabiane sa totalnie metoda chalupnicza - zadnych skomplikowanych maszyn, chemicznych dodatkow itd. Bardzo mi sie to podobalo, a juz najbardziej zapach, ktory unosil sie dookola. Mniam. W fabryce mieli rowniez pytona, ktory podobno byl samica i mial dwa lata, i nie byl zupelnie agresywny - moze byl najedzony. Byl bardzo przyjemny w dotyku i tylko jak zaczynal sie okrecac wokol pasa, mozna sie bylo poczuc nieswojo...
Lunch oczywiscie byl skromny, wiec musielismy dokupic sobie roladki, ale tego akurat sie spodziewalismy... Po lunchu zawiezli nas do swiatyni buddyjskiej, gdzie byly ogromne posagi buddy, ktory wygladal troche jak postac z kreskowki, ale do tego rowniez juz sie przyzwyczailismy :) Pod wieczor odwiedziono nas na nocleg, a ze my wybralismy sobie wersje wycieczki z tak zwanym "home stay", czyli z wizyta u rodziny lokalnej i spaniem na miejscu, nie zostalismy odwiezieni do hotelu, tylko... pod most. Tam czekala juz na nas lodka, ktora zawiozla nas rzeka na miejsce naszego spoczynku (na szczescie nie wiecznego ;) ). Nasza wersje wycieczki wybrala rowniez para Holendrow (z ktorymi sie zaczelismy integrowac wczesnie juz nawet, ha!), para Niemcow z malym, slicznym, blond chlopcem oraz slusznej postury Brytyjka, ktora sie prawie w ogole nie odzywala. Gospodarza nie bylo, bo podobno upil sie i gdzies pojechal, przywitala nas wiec jego zona i dzieci. Okazalo sie, ze bedziemy wszyscy ulokowani w bungalowach, ktore staly sobie tuz nad rzeka i byly zbudowane z trzciny oraz mialy dziury w calej konstrukcji (zaplanowane). Oczywiscie mielismy mase robaczkow i jaszczurek, ale ja lubie jaszczurki, bo bardzo ladnie spiewaja w nocy (chociaz niektorzy moga to nazwac krzykiem). Jak juz sie troche rozlokowalismy zawolano nas na posilek i okazalo sie, ze to najwieksza kolacja na swiecie, ktora zreszta sami pomoglismy zrobic, co mialo byc dla nas atrakcja (jupiii ;) ) . Robilismy spring rolls'y czyli roladki z warzywami, do smazenia w oleju. Wygladaja jak takie mini nalesniki i sa pyszne. Jak juz pani gospodyni je usmazyla na stol wjechalo tyle jedzenia, ze w 9,5 osob nie bylismy w stanie tego przejesc. Mielismy rybe, ryz, mnostwo warzyw i "kazano" nam robic fresh spring rolls, czyli podobne do tych smazonych, ale jedzone na surowo. Pycha. Jezeli ktos policzyl liczbe osob jedzacych kolacje, to nie zgadzalo mu sie z liczba wymieniona wczesniej - i slusznie. Kolacje jadlo z nami dwoje Polakow - malzenstwo, ktorzy rowniez podrozowali po Azji. Dziwnie bylo z kims obcym gadac po polsku, ale wymienilismy sie roznymi spostrzezeniami na temat podrozy, wiec jakos to przezylismy - hehe. Poza tym byli to bardzo w porzadku ludzie, ktorzy maja syna w naszym wieku i sami sie z siebie smieja, ze lataja w szortach, obwieszeni koralikami, oraz ciagnac za soba plastikowe walizki na kolkach (tak poza tym wsrod podroznikow raczej kroluja wielkie plecaki). Podrozwoali sobie sami, bez zadnego biura podrozy i byli bardzo z siebie zadowoleni. W czasie kiedy my sobie konwersowalismy, maly Niemiec zaczal zabawe z wietnamskim rodzenswtem (mniej wiecej w jego wieku). Jak sie okazuje, wspolny jezyk nie jest potrzebny, zeby sie efektywnie skomunikowac. Nam doroslym tylko tak sie wydaje, bo lubimy sie stresowac i utrudniac sobie zycie. Dzieciaki biegaly po podworku, tarzaly sie po ziemi, bujaly w hamakach i... gadaly ze soba. Kazde mowilo cos w swoim jezyku, a pomimo tego doskonale wiedzialy o co im nawzajem chodzi. Rodzice malego Niemca (3 lata) wydawali sie nie przejmowac zadnymi potencjalnymi robakami, komarami malarycznymi, brudem itd. Powiedzieli: jak dobrze, ze w koncu ma sie z kim pobawic i wyjasnili nam, ze wlasciwie to podrozuje on od malego i ze nawet spedzil pare tygodni z mama w dzungli malezyjskiej na planie filmowym (mam zajmuje sie kostiumami). No i kto powiedzial, ze jak sie ma dzieci, to podrozowanie przestaje byc mozliwe? :)
My tez nie przejmowalismy sie robakami, ale jeden skorzystal z okazji i udziabal mnie w plecy. Na szczescie nie musialam sie niczym martwic, w koncu mam leki na kazde mozliwe uczulenia swiata :)
W nocy slyszelismy odglosy przyrody i bylo to przyjemne, ale tez troche straszne, bo nie wszystkie potrafilismy zidentyfikowac, a dzielila nas od nich tylko trzcina... Odwiedzila nas jaszczurka gigant i chyba miala gdzies kolege, bo spiewaly do siebie nawzajem co jakis czas - moze narzekaly na nas, kto wie.
Rano dostalismy mikro sniadanie (nic co piekne nie trwa dlugo) i poplynelismy na floating market, gdzie dolaczylismy do reszty naszej grupy. Taki plywajacy targ podobno jest tez w Tajlandii, z tym, ze tam nastawiony jest bardziej na turystow, a w Wietnamie handluja ze soba miejscowi. Zwyczaj handlowania na wodzie wzial sie z faktu, ze kiedys nie bylo tam zupelnie drog, wiec handlarze wymieniali sie towarem wlasnie tam. Na wodzie nie bylo tez podatku od sprzedazy, wiec bylo im to jak najbardziej na reke :) Dzis podatki juz trzeba placic, ale zwyczaj pozostal i jest masowo podgladany przez turystow. Nasz statek podwieziono do znajomego zapewne statku ananasowego i na drugie sniadanie skonsumowalismy sobie swiezutkiego ananasa obranego na naszych oczach (uprzedzajac pytania - rece obierajacego wygladaly na czyste). Po targu pojechalismy odwiedzic miejsce, gdzie produkuje sie papier ryzowy, z ktorego z kolei robia makaron - znow wszystko recznie!! A potem pojechalismy na plantacje drzew owocowych, gdzie pierwszy raz w zyciu zjedlismy swieze (rowniez obrane na naszych oczach) mango i zostalismy jego fanami. Zupelnie nie polubilismy za to papai, ktora smierdzi i smakuje jakby byla zepsuta (a to nawet nie durian!). Potem czesc osob odstawilismy do hotelu (niektorzy wzieli wersje 2 dniowa, a my 3) i pojechalismy w strone Chau Doc, miasta w polnocnej czesci delty. Po drodze zaliczylismy jeszcze farme krokodyli, ktore sa hodowane tylko i wylacznie na mieso i skore - co oczywiscie wydalo mi sie straszne, ale przewodnik nie dal sie wyprowadzic z rownowagi moimi pytaniami majacymi go wpedzic w poczucie winy :) Podobno krokodyle sa glupie i zle, no ale... Jeszcze bardziej zal bylo malych, zoltych kaczuszek, ktore wypuszczono krokodylom do kojcow ( z okazji swiat, bo zblizal sie Nowy Rok wietnamski) i ktore zdychaly na upale lub same sie zadeptywaly, zanim jeszcze zostaly pozarte. Dziwnie bylo zobaczyc jak w swiecie przyrody malo znaczy smierc jakiegos osobnika, a wazne jest tylko to, zeby zachowany zostal ciag w lancuchu pokarmowym - no i zeby czlowiek zrobil sobie droga torbe oczywiscie.
Do Chau Doc dojechalismy poznym popoludniem i "zaliczylismy" jeszcze jakis klasztor buddyjski na pagorku, ale szczerze mowiac byl troche kiczowaty... Z tarasu klasztornego moglismy za to zaobserwowac granice z Kambodza. Obie strony wygladal tak samo - drzewa, drzewa, pole ryzowe, pole, pole i tak w kolko :)
Potem zawieziono nas do hotelu i ruszylismy w miasto szukac jedzenia. Zajelo nam to troche czasu, bo chcielismy koniecznie ostatni raz zjesc sobie Pho na ulicy, a nie moglismy znalezc miejsca, ktore by nam sie podobalo. Kiedy w koncu wybralismy lokal, w ktorym mily pan wietnamczyk pomogl nam zamowic (a wlasciwe bez pytania zamowil za nas) usiedlismy na malych krzeselkach i Bartek powiedzial do mnie: "nie patrz lepiej w lewo". Niewiele myslac, zerwalam sie na rowne nogi, poniewaz myslalm, ze znow chodzi o jakiegos trupa. Okazalo sie, ze byl to tylko ogromny szczur, ktory hulal sobie przy misce z brudnymi naczyniami (wskakiwal, wyskakiwal, szukal resztek), ale kto by sie tam bal szczura, jesli widzi sie je prawie codziennie :) Poza tym zaraz sobie poszedl i moglismy spozyc kolacje bez wiekszych zaklocen.
Wracajac do hotelu, przez przypadek zauwazylismy, ze w kanjpie kolo ktorej przechodzilismy siedzieli nasi znajomi z wycieczki, ktorzy rowniez zostali na 3 dni. Byli tam nasi Holendrzy, Austriaczka, Niemiec, Australijki i pan Wietnamczyk, kierowca tuk tuka, ktory przywiozl cale towarzystwo do baru i rozsiadl sie z nimi na piwko. Dosiedlismy sie na chwile, po czym wszyscy poszlismy w kierunku domu, bo rano mielismy wczesnie wstac i ruszyc w dalsza droge. Juz, juz zegnalismy sie przed hotelem, kiedy nasza uwage zwrocila bardzo glosna muzyka (ostre dicho) dobiegajaca z pobliskiego podworka. Bardzo nas zaintrygowala, wiec przeszlismy sie kawalek w tamta strone i zobaczylismy baunsujacych Wietnamczykow (panowie tanczyli, a panie siedzialy na krzeslach), ktorzy jak tylko nas zobaczyli wybiegli do nas i zaczeli zapraszac na impreze. Okazalo sie, ze z okazji nowego roku, pracownicy banku robili sobie male swietowanie, zamowili nawet DJ'a i wydudnili przy tym niesamowita ilosc browarow... Oczywiscie wszystkie kobiety z naszego towarzystwa od razu zostale porwane do tanca. Nie bylo to proste, bo styl tanca preferowanego przez bankierow nie do konca pasowal do stylu muzyki puszczanej przez mlodziutkich DJ'ów... Zaserwowali nam piwko, zaczepiali, robili sobie z nami zdjecia (a my z nimi) i mysle, ze bylismy dla nich co najmniej tak samo egzotyczni jak oni dla nas. Impreza skonczyla sie dosc szybko - i cale szczescie, bo zaczynalo byc naprawde "grubo".
Zerwalismy sie z samego rana (juz 4 poranek z kolei ok. 6!!! - co to ma byc? wakacje?) i nasza ekipa znow podzielila sie na dwie czesci - ci co plyna statkiem do Kambodzy (to my) i ci co wracaja busem do Sajgonu (to nie my). Rejs statkiem mial potrwac ok 6 godzin, ale zanim go rozpoczelismy, o tej nieludzkiej porze, zwiedzilismy jeszcze farme ryb w plywajacej wiosc. Ryb bylo bardzo duzo i strasznie zaczynaly szamotac sie w wodzie i robic prysznic widzom, kiedy sypalo im sie pokarm. Podobno wiele z tych ryb ginie, z powodu postepujacego zanieczyszczenia Mekongu... Potem odwiedzilismy wioske Chamow (czyt. Czamow), czyli wietnamskiej mniejszosci etnicznej, gdzie pokazano nam glownie sklepik z szalikami i warsztat tkacki. W wiosce wszystkie domy zbudowane byly na palach, poniewaz rokrocznie nawiedzana jest przez powodz, ktora pokrywa caly lad woda.
Rejs statkiem byl super przyjemny. Do granicy z Wietnamem plynelismy 3 godziny i plynelismy glownie kanalem, co znow umozliwilo nam ogladanie zycia na brzegu. Od granicy plynelismy kolejne 3 godziny i zgadalismy sie z naszym znajomym Niemcem, ze we Phnom Penh bedziemy razem szukac noclegu - w koncu mielismy sie integrowac :) Poniewaz siedzielismy w lodce przy silniku, wynieslismy sie na dziob statku na ktorym mozna bylo sie polozyc. Kiedy tylko mijalismy jakies dzieciaki na brzegu zaczynaly krzyczec do nas "hello" i machaly niezwykle energicznie, poki nie znikalismy im z pola widzenia. Bylo to urocze, dzieci wygladaly jak male pisklaki i nie mozna sie bylo nie smiac na ich widok. Tylko reka troche bolala, ale nic tam! :)
Po przybiciu do brzegu przesiedlismy sie w minibusa, ktory dowiozl nas do Phnom Penh - stanu drog nie bede komentowac, a nerwy trzymalam na wodzy, bo do wszystkiego mozna sie przyzwyczaic. W przewdoniku co prawda pisza, ze kazdego kambodzanskiego kierowce trzeba z gory uznac za psychopate, ale to na szczescie nie my musielismy prowadzic :)
Efektem naszego rejsu bylo mega zrelaksowanie sie i przypalenie sloncem mojej lewej lydki i Bartka prawego ramienia - grunt to robic wszystko symetrycznie.
A o tym co dzialo sie w stolicy Kambodzy napiszemy juz kiedy indziej :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz