poniedziałek, 10 stycznia 2011

Ucieczka z Syberii

Przyzwyczailismy sie juz do tego, ze w trakcie naszego wyjazdu wciaz i wciaz popadamy z jednej skrajnosci w druga jesli chodzi o przezywane temperatury. Na zewnatrz zamarza nam nawet oddech, w pomieszczeniach, pociagach (jak sie mialo okazac nie wszystkich) umieramy z goraca i
pragnienia. Norma. Dzien spedzony w Bajkalsku mial byc jednak rekordem.

Jak juz zapewne wiecie do Bajkalska wybieralismy sie na narty. Zanim tam jednak dotarlismy wstydliwy Bajkal w koncu postanowil sie przed nami troche odslonic, parowanie nie bylo juz tak bardzo intensywne jak poprzedniego dnia, a pociag jechal w duzej mierze wzdluz jeziora, bardzo blisko brzegu. Nie bylo to moze nadal to, czego sie spodziewalismy, ale i tak siedzielismy z nosami przyklejonymi do szyby i sie "jaralismy" :). Fotki Bajkalu, ktore sa na blogu, pochodza wlasnie w wiekszosci z pociagu, stad obecnosc malowniczych kabli. Dojechalismy na miejsce kolo 13. Na szczescie Dimitri z naszego hostelu w Irkucku znalazl nam jakis hotelik i ktos mial po nas
wyjechac na stacje. Wyjechal po nas... Dimitri (juz trzeci Dimitri w ciagu 4 dni)! :) Zanim jednak go spotkalismy, wysiadajac z pociagu wpadlismy po kolana w snieg - peron konczyl sie kilkanascie metrow przed miejscem w ktorym stanal nasz wagon i jakos wcale juz nas to nawet nie zdziwilo... Zdziwil nas za to fakt, ze w ogole nie jest nam zimno. Okazalo sie, ze jest kolo - 20 stopni, co wydalo nam sie prawdziwym luksusem. Pojechalismy z Dimitrim do hoteliku, ktory byl
tak naprawde domem jego rodzicow, w ktorym przyjmowali gosci. Tak troche w polskim stylu. Nasza pani gospodyni okazala sie byc przemila osoba, zaserwowala nam cieply posilek (zupa z omula i boskie placki z roznymi dodatkami) i ruszylismy do osrodka narciarskiego. Szczerze mowiac nie sadzilam, ze zdecyduje sie jezdzic przy tych temperaturach, jechalam wiec z mysla, ze bede sie tam relaksowac i pic goraca herbate czekajac na Bartka, ktory jest twardzielem i niezaleznie od pogody planowal wskoczyc na deske. Ale bylo nam naprawde "cieplo" i chociaz
sypal troche snieg zapowiadalo sie bardzo milo :) Zanim wypozyczylismy sprzet, kupilismy karnety i zorganizowalismy sie, byla juz 16 i mielismy tylko godzine jazdy do zamkniecia osrodka. Zwazajac na to jakie warunki pogodowe panowaly na gorze, nie wydawalo nam sie to az tak specjalnie krotko. Gogli oczywiscie nie posiadali, w okularach przeciwslonecznych nie bylo sensu jezdzic, snieg sypal w oczy - skutki naszej jazdy mozecie obejrzec na zdjeciach. Stoki siwecily pustkami, bylo nas moze w sumie kilkanascie osob jezdzacych. Nie przeszkodzilo to niestety jednemu panu wjechac we mnie z sila pocisku i sponiewierac troche po sniegu :) Mysle, ze on sie jednak bardziej tym przestraszyl niz ja, bo kilka razy mnie pytal czy wszystko w porzadku. Po godzinie bylismy juz totalnie pokryci lodem i sniegiem, tak wiec z poczuciem spelnionej misji moglismy zejsc ze stoku i wrocic do naszego hotelu. Tak na marginesie, to osrodek narciarski w Bajkalsku slynie z tego, ze pare lat temu nawiedzil go i jezdzil tam na nartach sam Vladimir Putin. Lokalesi wspominaja jego wizyte z nostalgia - u naszych gospodarzy na honorowym miejscu w salonie stoi fotografia ex-prezydenta w towarzystwie nart i ich corki.

W hotelu czekala juz na nas kolacja, tym razem jedlismy cos w rodzaju naszych pierogow z miesem, ktore sa gotowane na parze jednak uformowane sa w taki dziwny stozek otwarty na gorze i wygladaja jak maly wulkan. Niestety nie zapamietalam nazwy tej potrawy, ale pewnie da sie to jakos sprawdzic. Pani pokazala nam jak to jesc - trzeba wygryzc maly kawalek ciasta z boku, wypic sos, ktory znajduje sie w pierozku, a potem zjesc calosc z dowolnym sosem. Calkiem w porzadku ta rosyjska kuchnia.
Wieczorem, zaserwowalismy sobie maly luksusik i zamowilismy seans w najprawdziwszej ruskiej bani, ktora nasi gospodarze posiadaja u siebie w ogrodku! Jako, ze zadne z nas nie jest wielkim fanem sauny, przewidywalismy, ze wytrzymamy tam gora 20 minut. Siedzielismy dwie
godziny i bylo bosko!! Na przemian wchodzilismy do pomieszczenia, w ktorym stal piec do wytwarzania pary, polewalismy sie chlodna woda w pomieszczeniu obok, chlostalismy goracymi brzozowymi witkami (brzmi to dziwnie i masochostycznie, ale tak sie wlasnie robi) i... wybiegalismy na zewnatrz, tarzac sie w sniegu. Wenatrz temparetura 80 stopni, na zewnatrz minus 25. Tego wlasnie bylo nam trzeba!!! I tak z poczuciem dobrze wykorzystanego dnia moglismy isc spac. Niestety moglismy tylko w teorii gdyz zmiana czasu troche poprzewracala nam w glowach. Na drugi dzien czekala nas podbudka o dzikiej godzinie 5:30 rano! Wiecie,
ze zaczynamy teraz dzien siedem godzin wczesniej niz Wy (albo nawet osiem w stosunku do niektorych). Na szczescie przez najblizszych pare tygodni nie bedziemy juz zmieniac strefy czasowej, bo chyba zupelnie musialabym zrezygnowac ze spania.

Do Ulan Ude - naszego ostatniego przystanku przed wyjazdem z Rosji postanowilismy jechac elektriczka - rosyjksim pociagiem podmiejskim. Byl o polowe tanszy niz zwykly pociag, a jechal mniej wiecej tyle samo czasu. Niestety bardzo szybko okazalo sie, ze nie bedzie to latwa podroz. Przez cala droge nie zdjelismy kurtek, czapek, ani nawet rekawiczek. Malo tego, musielismy okryc sie spiworem i chociaz ludzie troche dziwnie na nas patrzyli, nie bylo innej opcji, zeby przetrwac w tej zimnicy 5 godzin. Na szczescie nie rozstajemy sie z naszym termosem i goraca herbata (najlepszy zakup przed wyjazdem) wiec jakos udalo sie wytrzymac.
W Ulan Ude znow mroz, szukanie hostelu, ktory byl niezle ukryty (a ponadto okazal sie byc niezla ruina) i wyprawa na miasto w celu zakupienia biletow na nastepny dzien, wiec w sumie nic ciekawego sie nie dzialo. Miasto slynie z tego, ze jest stolica Republiki Buriacji oraz, ze posiada najwieksza glowe Lenina na swiecie - taki uroczy pomniczek (do podziwiania na fotkach).

Do Mongolii, ktora byla kolejnym etapem naszej podrozy, postanowilismy dostac sie autobusem, zamiast koleja, poniewaz byl dwa razy tanszy, oraz dwa razy szybszy i zamiast 24 godzin mielismy jechac 12!

2 komentarze:

  1. Relacja z dawien dawna - troche zdezaktualizowana, ale nie udalo sie wyslac przed wyjazdem z Mongolii. Milego czytania!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dan,
    Kolejny raz dzięki Tobie mam banana na gębie:)
    Bartek M.

    OdpowiedzUsuń