niedziela, 23 stycznia 2011

Made in China

Chinczycy
Podsumowujac nasz pobyt w Chinach chcialabym zaznaczyc, ze nie, nie znienawidzielismy tego kraju i wszystkich jego mieszkancow, chociaz z niektorych opisow moze tak wynikac. Codziennie tlumaczylam sobie, ze taka jest ich kultura i ze nie wszyscy ludzie mieszkajacy w Kraju Srodka sa tacy sami jak ci, z ktorymi mamy kontakt - takimi, ktorzy chca na nas zarobic... Spotkalismy tez wiele osob, ktore bezinteresownie nam pomagaly, np krzyczaly za nami, ze wsiadamy do zlego autobusu (wiedzac zapewne z jakiego zazwyczaj korzysta wiekszosc turystow...), te ktore znaly angielski pomagaly nam zrozumiec tych poslugujacych sie tylko chinskim itd... Oczywiscie zapamietuje i opisuje sie glownie tych, ktorzy zrobili na nas wielkie wrazenie, nawet jesli nie jest ono do konca pozytywne :) Jak juz pisalam w ktoryms z postow niektore zachowania Chinczykow, byly dla nas dosc szokujace. Ciezko sie przyzwyczaic do ich plucia i charchania, do halasu, ktory robia wokol siebie, smiecenia, pchania sie i taranowania w przejsciach. Czasem mozna rowniez stracic cierpliwosc, kiedy przez kilkanascie godzin non stop czlowiek czuje sie bacznie i bez zenady obserwowany. Kiedys w metrze postanowilam przetrzymac wlepiony w nas wzrok jednej pani - trwalo to ladnych kilkanascie sekund, po czym pani nie bardzo chyba wiedzac co ma zrobic, wybuchnela smiechem. Dobre i to :) Robienie sobie z nami zdjec bylo najmniej uciazliwym elementem tego przedstawienia, powiedzmy, ze nawet troche nas smieszylo :)

Dzieci
Bardzo pozytywnie za to zaskoczylo mnie to jak Chinczycy traktuja dzieci. Z racji swoich zainteresowan (czysto naukowych!!), mam taki nawyk, ze ukratkiem obserwuje sobie rozne dzieci i ich rodzicow. Znacie chinskie prawo, ze Chinczycy moga posiadac tylko jednego potomka? Wiecie zapewne, ze za sprawa Konfucjusza wszyscy chca aby ten potomek byl plci meskiej? Nie zauwazylam jednak zadnej roznicy w traktowaniu przez rodzicow chlopcow i dziewczynek. W ogole Chinczycy niesamowiecie czule, lagodnie i z ogromna cierpliwoscia odnsza sie do swoich pociech. Raz tylko zauwazylam, zeby mama krzyczala na swoje dziecko (ale chyba byla nienormalna, a tak sie przynamnie zachowywala). Tak poza tym super spokoj, zen, pelne zrozumienie. Mogliby pouczyc niektorych Polakow... Jesli chodzi o dzieci mielismy dosc zabawna przygode, a raczej mial ja Bartek. Ha! Sekunde po tym jak wylozylam mu swoja teorie na temat traktowania dzieci przez Chinczykow, podeszly do nas dwie dziewczynki proszac o pieniadze. Zdarzalo sie to juz kilkakrotnie, jednak te byly wyjatkowo nachalne i nie chcialy odpuscic. Moja jakos jeszcze dala sie odgonic, jednak ta Bartka, kiedy ten pozostawal gluchy na jej prosby, niewiele myslac uczepila sie jego nogi jak mala malpka i nie chciala jej puscic... Wygladalo to niesamowicie komicznie, a moze raczej tragikomiczne. Mina Bartka - bezcenna. Na szczescie zebrzacych dzieci na ulicach jest stosunkowo niewiele, a przynamniej w miejscach w ktorych my mielismy okazje poprzebywac.

Psy
Z czym nam Europejsczykom kojarza sie Chiny? Z jedzeniem psow oczywiscie! W zadnej restauracji, w menu ktore bylismy w stanie zrozumiec nie spotkalismy sie z daniami z miesa psa. Stereotyp ten jest jednak tak silnie we mnie zakorzeniony, ze przez pierwsze pare dni w Chinach, kiedy widzialam osobe wyprowadzajaca swojego pieska na spacer, nie moglam sie nadziwic jak to jest w ogole mozliwe. Malo tego, chinskie pieski domowe sa ubierane w futerka, bluzy z kapturem, a nawet buciki! Prawie wszystkie sa oczywiscie mniej lub bardziej rasowe i strasznie wymuskane, wypieszczone. Na wsiach ludzie w obejsciach rowniez maja pieski i chociaz nie sa moze juz tak bardzo rasowe i nie za bardzo czyste, sa traktowane dobrze i nikt sie nad nimi nie pastwi. (I nie, nie mam obsesji na punkcie psow, chyba po prostu jak sie ma wlasnego w domu, to zwraca sie uwage na ich niedole :) )

Propaganda
Chinska Republika Ludowa bardzo dumna jest ze swoich dokonan i nie omieszka na kazdym kroku tego podkreslic! Chiny maja swoje stacje telewizyjne zajmujace sie szerzeniem propagandy, maja plakaty, spoty reklamowe, itd...W kazdym miejscu odwiedzanym przez turystow, przy kazdym opisie przyrody i zabytkow, musi zostac umieszczony opis tego jak bardzo ChRL przysluzyla sie do rozwoju/ochrony/odbudowy/utrzymania danej atrakcji. Bylo to naprawde tak namolne, ze az smieszne. Naszym ulubionym opisem propagandowym byl ten, ktory zostal umieszczony przy Armii Terakotowej. Po dlugim opisie tego, jak zostala wykonana bron wojownikow zasilajacych szeregi armii, zamieszczono podsumowanie jak to Chinczycy nauczyli sie chromowac stal kilkaset lat temu, podczas gdy Niemcy i Amerykanie dokonali tego dopiero w XX wieku! Caly opis okraszony byl wykrzyknikiem: "How amazing it is!" (towarzyszy on nam teraz przy kazdej okazji, kiedy cos bardzo, ale to bardzo nam sie podoba :))

Podroze
Opis podrozowania po Chinach moglby stanowic oddzielny rozdzial ksiazki... To co sie dzieje w chinskich autobusach/pociagach/autokarach/metrze jest niesamowita przygoda, a kazdy z wymienionych srodkow transportu ma na dodatek swoja specyfike.
Jak juz pisalam, w pociagach Chinczycy jedza, sluchaja glosno muzyki, bardzo glosno rozmawija, pluja sobie czasem, spia chrapiac w nieboglosy, kradna (nie moglam sie powstrzymac) i nigdy, ale to przenigdy nie czytaja. Czy to w lepszych, czy gorszych klasach, nigdy nie widzielismy nikogo z ksiazka czy gazeta. Chinczycy nie buntuja sie rowniez nigdy przeciwko dziwnym zasadom obowiazujacym w srodkach transportu i stosuja sie do nich z beznamietnym wyrazem twarzy. W pociagach chinskich panuje rowniez niepohamownay handel. Co piec minut przejezdza wozek z: owocami, gazetami, piciem, obiadem, gadzetami, zabawkami, itd itd. Za kazdym razm przechodzac przez korytarz, pan wozkowy lub pani wozkowa krzyczy w nieboglosy reklamujac swoj towar. W pociagach sypialnych swiatlo i muzyke wylaczaja o 23, a wlaczaja o... 6 rano. Muzyka poza godzinami nocnymi gra wszedzie i zawsze (prawdopodnobnie towarzyszy jej jakas propaganda, bo ciagle jakis glos cos tam sobie nawija, ale nie jestesmy w stanie stwierdzic tego na pewno). Od klasy pociagu zalezy rowniez jakosc muzyki. Raz mielismy okazje posluchac nawet walca wiedenskiego, co przyjelismy z niejaka rozkosza... W pociagach sypialnych mozna podrozowac albo w klasie lepszej, dla tzw spiacych lekko - sa to soft sleepper'y, gdzie lozek na dany przedzial jest tylko 4. Mozna tez podrozowac w klasie gorszej, na tzw hard sleepper'ach (6 kuszetek na przedzial - na 3 poziomach w dwoch rzedach) - roznica w cenie jest dwukrotna nie trudno wiec domyslic sie jaka wybieralismy opcje. Wbrew pozorom kuszetki nie sa tragicznie male, tak wiec Bartek tylko troche musial sie zwijac do snu. Chyba najgorzej bylo spac pod sufitem, poniewaz w zaden sposob nie mona sie bylo wyprostowac, usiasc, mozna bylo tylko lezec i z bliskiej odleglosci kontemplowac sufit...
Jazda w autokarze to inna historia. Sam komfort podrozy jest ok. Lokalne drogi w Chinach sa za to straszne i czesto patrzac na to co robi kierowca zamykalam oczy. Drogi lokalne buduja na klikunastocentymentrowym wzniesieniu, bez absolutnie zadnego pobocza. Nietrudno wyobrazic sobie co sie dzieje, kiedy ktos zle skalkuluje manerw wyprzedzania. Kolejnym problemem jest sklonnosc do choroby lokomocyjnej Azjatow. Krotko mowiac, po krotkim czasie od momentu ruszenia, Chinczycy zaczynali wymiotowac. Nie wszyscy na raz, ale co najmniej jeden w trakcie kazdego przejazdu. Nie patyczkuja sie z zadnymi woreczkami, haftuja bezposrednio na podloge i ew. potem cos na tym stawiaja... Pewnego razu mialam ochote zamordowac pewna mamusie trzymajaca na kolanach swojego kilkuletniego synka. Napchala go najpierw pierogami, potem przez cala droge chlopiec sam dopychal sie cukierkami, a potem jeszcze mama nakarmila go bula. W efekcie chlopiec zwymiotowal klika razy, a mama przykrywala to za kazdym razem nowa porcja gazet. Chyba nie wpadla na pomysl, ze moze jest to dla niego troche meczace.
Podrozowanie metrem i autobusem miejskim mozna podsumowac w kilku slowach: tlum, scisk, bezpardonowe pchanie sie i walka o miejsce... No ale gdzies te miliard trzysta milionow osob musi przebywac, a czasem wszyscy na raz przebywali w tym samym wagoniku metra co my :)

Jedzenie
O jedzeniu rowniez mozna pisac duzo i namietnie. Oczywiscie nie udalo sie uniknac kliku wpadek, jak np pewnego wieczoru w Pekinie, kiedy pomimo menu angielskiego zamowilismy sobie niemilosiernie ostre... sciegna. Po prostu nie wiedzielismy co to znaczy tendon. Nie polecam, sa twarde, nie maja smaku i ciagna sie jak guma. Tzn mialy smak chili - tak intensywny, ze az spuchly nam usta. Na drugi dzien po owej wpadce, zamawialismy jedzenie z menu obrazkowego. Wydawalo mi sie, ze zamawiam kurczaka, na stol wjechaly pluca. Przelknelam kilka kesow - ku chwale ChRL :) W Yangshuo z kolei, znow pomimo menu po angielsku na stol wjechalo mi cos na co nawet bym nie chciala patrzec poza talerzem. Tym razem byl to blad w tlumaczeniu. W opisie dania, widnialo, ze dostane wolowine, z ryzem i czerwona fasola - po angielsku "kidney bean". Domyslacie sie juz pewnie co mialam w misce zamiast fasoli? Staralam sie byc dzielna i sprobowac, ale ten typ mieska jest jeszcze twardszy od sciegien, wiec wszystko wydlubalam i odlozylam na bok. Mlody Chinczyk, ktory nas obslugiwal spojrzal na mnie zdegustowany i powiedzial: Wy ludzie z zachodu nie jecie takich rzeczy, co? Hehe
Tak poza tym jedzenie chinskie nie jest az tak pyszne jak mielismy nadzieje, ze bedzie. Czesto smak byl tak subtelny, ze dla nas niewyczuwalny, czesto bylo bardzo tluste i ciezkie. Bardzo fajne byly wypieki, roznego rodzaju ciastka i babeczki. Fajne byly dania mniejszosci etnicznych. A tak poza tym ryz, makaron z ryzu, wodka z ryzu, wszystko z ryzu. Mamo ja chce bigos ;)


I to by bylo na tyle naszej chinskiej przygody. Kraj jest ogromny (przejechalismy ok. 5 tysiecy km), wszystko ma ogromne, blokowiska ma ogromne (zabawnie wygladaja ogromne bloki mrowiska, ktore sa zwienczone fantazyjnymi wiezyczkami), ludzi, samochodow, rowerow i skuterow jest wszedzie niesamowicie duzo. Nie pojechalismy do Szanghaju ani do Hong Kongu. Wyszlismy z zalozenia, ze miasto to jednak tylko miasto i wolimy poprzebywac na lonie ntury. Natura w Chinach jest przepiekna i tam gdzie nie zostala skazona reka czlowieka (a niestety obecnosc betonowych slupow i okropnych kabli odnotowalismy nawet w Wawozie Skaczacego Tygrysa) jest po prostu AMAZING!!!!

A tytul naszego bloga to cytat, ktory pochodzi z chinskiego pociagu. Kiedy poznym wieczorem wpakowalismy sie do pociagu, ktory mial nas zawiezc z Pekinu do Xi'an i zmeczeni przysiedlismy na krzeselkach w przejsciu, jakas minute po starcie pojawila sie zblazowana pani wozkowa. Szla sobie niemrawo przez korytarz i pokrzykiwala cos po chinsku, az do momentu, kiedy doszla do nas. Na nasz widok, zrobila najwieszy na swiecie usmiech i gromko krzyknela: "Hello! Banana?"

* po angielsku kidney to nerka.

1 komentarz:

  1. Szkoda, że nie macie fotki uczepionego dzieciaka do Bartka. Chciałabym to zobaczyć ;)

    OdpowiedzUsuń