Po wielkich przygotowaniach, niekonczacych sie zakupach i wizytach w konsulatach roznego rodzaju, udalo nam sie jakos spakowac (!) i 2 grudnia ruszylismy w podroz. Na peronie zegnala nas grupka smutnych kibicow - (polowa naszej ekpiy rowniez uronila kilka lez na do widzenia) i o 15:55 wsiedlismy do pociagu relacji Warszawa-Smolensk. Przedzial, ktorym jechalismy byl mikroskopijnych rozmiarow, dlugo rozgladalam sie po nim zastanawiajac sie, w jaki niby sposob maja sie w nim zmiescic 3 dorosle osoby. Na szczescie pan Rosjanin, ktory z nami siedzial szybko zostal wywolany przez swoich synow (?), poniewaz okazalo sie, ze byly jakies puste przedzialy. Bardzo nas to ucieszylo i poczulismy sie jak u siebie. Do granicy z Bialorusia podroz minela nam bardzo szybko, Troche podumalismy, duzo podzwonilismy korzystajac z faktu, ze jeszcze nie placimy za to jak za zboze, i dojechalismy do granicy w Terespolu. Szybka odprawa i wjechalismy na teren Bialorusi. Czekala nas zmiana wozkow z podwoziami (slynne 89 mm), tak wiec nie wysiedlismy na dworcu w Brzesciu, tylko pojechalismy do hangaru, gdzie zmieniane sa kola. Wyglada to dosc ciekawie, aczkolwiek mniej klimatycznie niz na filmie Lozinskiego... Wielkie podnosniki unosza wagon do gory, mechanicy uwijaja sie przy nim stukajac mlotkami, w rozne dziwne miejsca i pilnujac czy wszystko przebiega jak trzeba. Stare podwozia odjezdzaja wypchniete przez nowe, z szerszym rozstawem kol. Troche pomarzlismy, popodziwialismy, a Bartek dostal pierwszy ochrzan jako fotograf - panom mechanikom nie spodobalo sie, ze zbyt blisko podszedl ze swoim obiektywem, kiedy oni w nie do konca kontrolowany sposob walili mlotkiem w jakis oporny element. Gdy tylko ruszylismy ze stacji w Brzesciu ( z polgodzinnym opoznieniem) poczulismy, ze ta noc nie bedzie nalezala do spokojnych. Pociagiem trzeslo, jakby jechal po wertepach, a wszystkie ruchome, lub poluzowane elementy wewnatrz walily i stukaly wydajac z siebie dzwieki nie tylko denerwujace, ale tez uniemozliwiajace jakikolwiek sen... Wyszlismy jednak z zalozenia, ze komfort jazdy bedzie sie zmniejszal w miare zapuszczania sie na wschod, wiec z pewnoscia nastapi ten moment, kiedy sie do tego przyzwyczaimy. Po praktycznie nieprzespanej nocy, o 6:45 czasu lokalnego (4:45 warszawskiego) dojechalismy do Smolenska. Wysiedlismy z pociagu w zimny i ciemny poranek, nie wiedzac, w ktora strone isc i gdzie szukac noclegu (rzecz jasna nic wczesniej nie zarezerwowalismy). Poszlismy w strone centrum pelni optymizmu. Nie pamietam juz dokladnie kiedy ow optymizm nas opuscil. Byc moze w trakcie kolejnego podejscia pod gorke (Smolensk jest polozony na wzgorzach), pod wiatr i ze sniegiem zacinajacym w twarz. Temperatura na termometrach miejskich wskazywala -12. Nie zobaczylismy niczego co nawet w malym stopniu przypominaloby hotel (poza jednym przy dworcu, gdzie gburowata pani powiedziala, ze miejsc nie ma). Koniec koncow, po trzech godzinach krecenia sie po miescie, z naszymi cholernymi plecakami wazacymi stanowczo zbyt duzo (caly czas robie w glowie przeglad rzeczy, ktorych moge sie pozbyc), wykupilismy noc w bardzo przyjemnym hoteliku, z mila obsluga i sniadaniem w cenie. Przewodniki informowaly o mozliwosci znalezienia noclegu mieszczacego sie w przedziale 40-60 zl. Nic z tych rzeczy! Nasza dwojka w uroczym hoteliku kosztowala nas 2500 rubli za noc (250 zl) i podobno na nic tanszego nie mielismy szans. Majac poczucie, ze i tak nie mamy wyjscia, bez wyrzutow sumienia plawilismy sie w luksusach, obiecujac sobie, ze to nasz najdrozszy nocleg w ciagu calej podrozy (pierwszej nocy!). Kolo poludnia ruszylismy z zamiarem pojechania do Katynia. Wsiedlismy do marszrutki, ktora wywiozla nas na koniec swiata, ktory okazal sie byc koncem Smolenska. Do samego Katynia musielismy dostac sie pieszo, wiec ucielismy sobie milutki poltorakilometrowy spacerek w sniegu i mrozie. Samej wizyty w miejscu pamieci nie bede moze komentowac. Nie mozna na pewno powiedziec, ze byla przyjemna, biorac pod uwage wydarzenia, ktore mialy tam miejsce kilkadziesiat lat temu. Bylismy jednak pod duzym wrazeniem tego, jak miejsce to wyglada dzis. Jest niesamowicie uporzadkowane, czyste i zadbane. Dwoch panow (jeden na mini plugu) energicznie odsniezalo drozki i przejscia, takze nie bylo mowy o brodzeniu po kolana w sniegu. I nie, w Katyniu nie ma nawet wzmianki o katastrofie w Smolensku, uff. Tylko zdjecie prezydenta Kaczynskiego w malym muzeum znajdujacym sie niedaleko cmentarzy, przepasane bylo kirem. Po Katyniu nawet myslelismy o tym, zeby pojechac na lotnisko, jednak niestety pokonalo mnie zimno. Zrezygnowalismy wiec z czczenia pamieci i poszlismy do... Mc Donalda. Tak, wiemy, zenada, ale bylo to najblizsze miejsce, do ktorego moglismy wejsc i napic sie herbaty (i zjesc mieso! przy okazji). Obiecalismy sobie jednak, ze do 30 marca nasza noga nie postanie wiecej w takim miejscu, bo to troche obciach :) Przyznam jednak, ze kiedy czlowiek znajduje sie rano w obcym miescie bez dachu nad glowa i nie do konca wie, gdzie ma isc, ten malutki zolty znaczek swiecacy gdzies daleko dodaje otuchy i kaze pomyslec, ze chyba jest tu cywilizacja skoro jest Mc Donald. Po wizycie w domu clowna pokrecilismy sie troche po miescie, zwiedzilismy zielono-bialy Sobor Zasniecia Matki Bozej i popatrzylismy na imponujace wielkoscia siedemnastowieczne mury obronne , po czym udalismy sie do naszych luksusow odpoczac troche przed dniem nastepnym, kiedy to mielismy udac sie do Moskwy. Co poniektorzy tak bardzo do serca wzieli sobie odpoczywanie, ze zasneli juz o 6 po poludniu (zgadnijcie kto! :) ). Rano zeszlismy na sniadanie i ruszylismy na dworzec. Po wyjsciu z hotelu uderzyla nas fala goraca (fale goraca mielismy tez w naszym pokoju - bylo tak cieplo, ze rano suszylo nas jak po wielkiej imprezie!), bylo chyba tylko minus jeden! Zanim dotarlismy na dworzec, przy naszych ubiorach jak na Syberie (okreslenie to nabiera dla nas nowego znaczenia) i gigantycznych plecakach bylismy cali mokrzy i czerwoni! Ufff. Chcac odkupic winy za spanie w luksusie, postanowilismy przejechac sie do Moskwy wybierajac najtansza opcje. Najtansza opcja nazywala sie "obszczyje", a przynajmniej tak wlasnie to brzmi i byla 5 klasa z 6 dostepnych w Rosji. Spodziewalismy sie hardcoru, bylo spoko. Generalnie wszystkie pociagi w Rosji to pociagi z kuszetkami, chyba, ze jada na krotkie dystense (do 300 km!). Fakt, ze w naszym wagonie siedzenia byly twarde i wszystko wygladalo dosc staro, ale niczym nie roznilo sie to od wielu pociagow jezdzacych po Polsce. Mielismy duzo miejsca, tak wiec zbieralismy sily, aby zaatakowac Moskwe. Nawet nauczylam sie czytac cyrylice, aczkolwiek zapewne raczej jako tako.
A w Moskwie... no coz... przed wyjazdem zarezerwowalismy noclegi w dwoch miejscach. W Moskwie wlasnie i w Pekinie. Nie martwilismy sie wiec zbytnio o to, co zastaniemy na miejscu. Mielismy dokladne wytyczne jak dotrzec do hostelu, kody do drzwi na klatke itd... Dotarlismy, weszlismy na klatke - to prawda dosc obskurna i troche nawet smierdzialo, kiedy wdrapywalismy sie na to 3 pietro. Po wdrapaniu sie, w twarz uderzyla nas kartka o tresci: "sorry we closed because of water flood, after the fire on the next floor at 30th of Nov" Podpisana Alex z podanym numerem telefonu. Mielismy pewnie glupie miny, kiedy ja czytalismy. Na szczescie na tym etapie podrozy jeszcze nas to smieszylo, ze gdzies tam byl pozar i strazacy zalali hostel. Szybko znalezlismy w przewdoniku inne adresy i modlac sie o to, by byly miejsca ruszylismy do kolejnego hostelu o dumnie brzmiacej nazwie: Napoleon Hostel. Udalo sie! Zanim jednak sie rozlokowalismy, wygrzalismy i odpoczelismy minelo troche czasu i na miasto wyszlismy dopiero kolo 21. Pierwsze wrazenia? Miasto jest na bogato. Przynajmniej ta czesc, ktora widzielismy. A my sie tak zachwycamy nasza Chmielna i Nowym Swiatem - haha. Plac Czerwony noca i to jeszcze przed Bozym Narodzeniem wyglada jak Disneyland. Oswietlony jest absolutnie kazdy budynek. Po srodku stoi wielka choinka i rozstawione jest lodowisko. I do tego, Cerkiew Wasyla Blogoslawionego sama w sobie i bez swiat wygladajacya jak zamek maharadzy, a nie jak swiatynia boza. A gdzies tam pod Kremlem male mauzoleum Lenina, w ktorym spoczywa zabalsamowane cialo wodza. Znow bylo nam zimno, chociaz Moskwa po poludniu przywitala nas 1 stopniem powyzej zera! Takie to sa wlasnie uroki podrozowania na wschod zima :)
Dzis rano zmienilismy miejsce zamieszkania, gdyz Napoleon okazal sie dla nas jednak troche za drogi, a przeciez mielismy mocne postanowienie poprawy po Smolensku. Jestesmy troche dalej od centrum, ale jest tez bardzo przyjemnie, duzo miejsca (jestesmy w sali 14 osobowej, ale nie jest calkiem zapelniona). Dzis poszlismy zwiedzac Kreml. Ale zanim tam dotarlismy postanowilismy odwiedzic Wodza! Niestety udalo sie tylko mnie, gdyz dotarlismy przed samym zamknieciem (a zamykaja o 13) i postanowilismy sie podzielic, zeby jedna osoba pilnowala rzeczy. Do wodza nie mozna wniesc absolutnie nic. Kiedy weszlam do srodka (a generalnie nie lubie widoku martwych ludzi) wydalam z siebie mimowolnie odglos obrzydzenia, ale na szczescie nikt nie slyszal. A Lenin? Jest bardzo bialy i jakby przykurczony. Wyglada dziwnie i dziwnie sie tez czulam kiedy na niego patrzylam. Ten czlowiek chcial wyeksportowac swoja rewolucje na zachod, namieszal strasznie, pozabijal, potlamsil... Ten czlowiek byl tak bardzo czczony, kochany jako Ojciec Narodu! A teraz lezy sobie taki maly, bialy i przykurczony... Legenda Lenina jest jednak w Rosji wciaz zywa. Przed mauzoleum, w chwili gdy je zwiedzialam trwala jakas demonstracja ludzi dzierzacych w dloniach czerwone sztandary ozdobione sierpem i mlotem oraz zdjecia wodza i spiewajacych piesni, jak mniemam patriotyczne. Srednia wieku 85 lat. Zrobilismy zdjecia :) Niestety Bartek nie zdazyl juz oddac czci mumii, poniewaz kiedy do niego w koncu dobieglam okazalo sie, ze bramki zamkneli z minute wczesniej. Na szczescie bedzie mial mozliwosc zrobic to jeszcze we wtorek rano przed naszym odjazem nad Bajkal (jutro zamkniete). Potem poszlismy na Kreml, czy musze mowic, ze bylo zimno? Troche mnie rozczarowal, bo w srodku tak dosc pusto i buro (moze wrazenie potegowal krajobraz zimowy). Jedynie liczne male sobory okazaly sie godne podziwu, a ikony sliczne, wiec troche czasu poswiecilismy na ich obejrzenie. Przed wejsciem na Kreml mielismy jeszcze smieszna przygode, kiedy to przechodzac przez bramki (bramki bezpieczenstwa sa tu wszedzie!!!) Bartek wyjal z kieszeni swoja piersiowke z wisniowka, a milicjant spojrzal na nia najpierw z niedowierzeniem, potem spytal czy to wodka i na odpowiedz twierdzaca, zaczal krzyczec cos do kolegi obok i smiac sie w nieboglosy. Powiedzial tylko Bartkowi, zeby nie pil na terenie Kremla, ale mine mial bardzo zadowolona i jestem pewna, ze od razu zapalal do niego wielka sympatia. Nie pilismy wisniowki na terenie Kremla, chociaz bylo tak zimno (!), ze bardzo tego zalowalam. Po poludniu wrocilismy do hostelu ogrzac sie i zjesc pyszny i pozywny posilek: zupka chinska oraz kanapki i keksik Ewelki :) A wieczorem poszlismy na slynna ulice Arbat, chociaz nie wiem dokladnie czemu az tak slynna, bo w wielu miastach europejskich widzialam tego typu ulice handlowe, a ta niczym sie nie wyrozniala. No moze ladnym pomnikiem Puszkina i jedna wielka plastikowa krowa, ale to tyle.
Moskwa generalnie pelna jest sluzb roznego rodzaju. Milicjant stoi tu na kazdym kroku i chociaz najczesciej wygladaja na znudzonych, to pilnuja swoich obywateli i ponoc uprzykrzaja zycie obcokrajowcom (nam na razie nie). Gwizdki sa w uzyciu bardzo czesto (np na Kremlu, kiedy jakis niesubordynowany turysta wejdzie na ulice), a palki ktore trzymaja w dloniach wygladaja na mocno zuzyte, ale moze sa tylko stare. Poza milicja mamy rowniez czesto okazje podziwiac frywolne Rosjanki. Przy kilkunastu stopniach mrozu chodza bez czapek na glowie, czesto bez rekawiczek i w cienkich rajstopach! Jestem przepelniona podziwem. Rosjanie zas chodza po mrozie z puszka zimnego piwa.
Na razie to na tyle. Nie, nie nastepne posty nie beda tak dlugie i szczegolowe :) A moje lanie wody zrownowazymy zwiezlymi i tresciwymi postami Bartka! :)
Brawo Danusia za wenę! Piszcie jak najwięcej.
OdpowiedzUsuńBart - szanuj wątrobę!
Tommy
czekamy jeszcze na jakies zdjęcia :)
OdpowiedzUsuńbuziaki!
Bartek !
OdpowiedzUsuńSuper Sprawa w jaka sie oboje zabawiacie !
Jak staropolskie przyslowie möwi: Podröze ksztalca!To co Wy naocznie zobaczycie , nikt nie bedzie Wam w stanie tych doswiadczen odebrac !
Nie ukrywamy wraz z Twoja ciocia Ela , ze troche martwimy sie o Was, bo to jest polaczone z WIELKIM RYZYKIEM !!! Prosimy Was Kochani o jedno:Uwazajcie na siebie, bo tam nie stety jeszcze ta Europejska Kultura nie dotarla,i trzeba byc na prawde czujnym, miec oczy na osciez otwarte, nawet we snie !!!
Trzymamy za Wasze Wielkie Zyciowe Przedsiewziecie nasze kciuki, i zyczymy Wam tylko............SZCZESCIA !!!i pomyslnego zakonczenia Wyprawy !!!
Ciocia Ela i wujek Adam Pa ! Pa !
Tommy: wodka niebezpiecznie tania i dobrze rozgrzewa, ale bede uwazac
OdpowiedzUsuńAdam/Ela: dzieki za mile slowa. na razie naprawde nie jest tak zle tutaj. jest troche dziko ale nie gorzej niz w polsce ;)
OdpowiedzUsuńDanusia, cieszę się, że jednak udało Ci się wyjechać (Bartka nie znam, więc nie piszę "Wam"). Na pewno będzie to super przygoda! A Arbat znany jest z tego co pamiętam z Mistrza i Małgorzaty, a na 100 proc. z piosenek Okudżawy "Ach Arbat, moj Arbat...". Powodzenia! Ala M.
OdpowiedzUsuń