czwartek, 16 grudnia 2010

Transsib

Witam, pisze do Was z szafy... tak, tak, to nie zart, w naszym hostelu w Irkucku komputer i krzeslo zostaly zainstalowane w szafie sciennej. Troche malo miejsca na nogi, ale nie narzekam, w koncu mamy internet!

Pierwsza wazna wiadomosc, uspokajam wszystkich, Bartek widzial Mumie. Wyszedl troche rozczarowany i z watpliwosciami czy to aby nie wosk, no ale nie pozostaje nam nic innego jak wierzyc temu co nam wmawiaja.

Druga wazna wiadomosc - przezylismy podroz koleja Transsyberyjska zima i mamy sie calkiem dobrze. Nie nabawilismy sie odlezyn, watroby cale, wszystko co dalo sie przeczytac przeczytane, widoki popodziwiane, zdjecia porobione i tylko jednego punktu programu nie udalo nam sie w 100 procentach zrealizowac - nie pozbylismy sie wszystkich chinskich zupek i innych sztucznych proszkow, chociaz bardzo nie chcielismy ich dalej nosic. Mamy tylko nadzieje, ze uda sie przed Pekinem.

Sama podroz byla bardzo spokojna i z reka na sercu moge ja polecic wszystkim osobom, ktore sa w stanie zniesc te 87 h non stop w pociagu. Nie mielismy zadnego poczucia zagrozenia, i chociaz z rozsadku wszystkie cenne rzeczy trzymalismy caly czas przy sobie, to nie slyszalam, zeby w trakcie naszej podrozy ktoremus pasazerowi cokolwiek zginelo. Zgodnie z idea naszej wyprawy wybralismy najtansza opcje biletow, ba, nawet pociag wybralismy najtanszy. Zalatwilismy wszystko jeszcze w Warszawie, za posrednictwem biura podrozy (gdyby kogos interesowaly szczegoly, sluzymy informacja), takze w Moskwie pozostalo nam jedynie odebranie biletow i moglismy ruszac.

We wtorek 7 grudnia o 12:30 stawilismy sie na peronie dworca Jaroslawskiego. Czekajac az pani prowadnica wpusci nas do srodka poobserwowalismy sobie naszych przyszlych wspolpasazerow - wielkie matrony w futrach i z kraciastymi (znanymi nam z polskich bazarow) torbami, mezczyzni z reklamowkami wypchanymi butelkami, kobiety z dziecmi i... jeden niski chlopak, troche w stylu naszych rodzimych "dresiarzy", z wlosami obcietymi na gladkiego jezyka i z troche dluzsza, ok 1 cm grzyweczka opadajaca na czolo. Zapowiadalo sie ciekawie. Tuz przed odjazdem pociagu chlopak ow poprosil, zebysmy popilnowali mu walizke i pobiegl cos dokupic. Wrocil z reklamowka wypchana alkoholami roznego rodzaju i wielkim usmiechem na twarzy. Kiedy w koncu prowadnica (na ktorej twarzy usmiech nie pojawil sie ani razu w ciagu 4 dni) otworzyla nam drzwi i zaczela wpuszczac pasazerow, uprzednio sprawdzajac kazdemu bilety i dokumenty, zaczelismy pchac sie do srodka. Tak, tak - troche jednak pchac - Rosjanie nie respektuja za bardzo kolejek - kto pierwszy ten lepszy. Np. w metrze nie zwracaja uwagi na to, ze chcesz wysiac z wielkim plecakiem, ktory ledwo mozesz uniesc - wpychaja cie z nim z powrotem do wagonu. Znalezlismy swoje miejsca, pociag nie byl luksusowy, ale chyba spodziewalismy sie jednak gorszych warunkow. Jak juz pisalam, wybralismy opcje najtansza, tak zwane wagony "plackartne". Oznacza to, ze wszyscy pasazerowie jada, jak jedna wielka rodzina w jednym wagonie, a poszczegolne przedzialy przedzielone sa tylko sciankami. Nie ma zadnych drzwi, ktorymi moznaby sie odizolowac od reszty ludzi. Na taki "przedzial" przypada 6 kuszetek. Cztery prostopadle i dwie rownolegle do kierunku jazdy (te dwie sa najgorsze poniewaz wzdluz nich przebiega korytarz, takze nie maja juz wlasciwie zadnej izolacji od innych). (Aha, w tym miejscu musze napisac sprostowanie: ze Smolenska do Irkucka nie jechalismy wcale wagonem "obszczyje", tylko wlasnie plackartnym. Widocznie jak maja wolne miejsca, to te tansze bilety sprzedaja na lepsze wagony.) Okazalo sie, ze naszym bezposrednim towarzyszem podrozy bedzie Ian - 23 letni Szkot rudzielec, a na przeciwko nas, wzdluz korytarza ulokowal sie... mlody dresiarz z grzywka - Dimitri.
Integracja zaczela sie dosc szybko, pierwszego wieczoru. Dimitri zas rozpoczal ja zaraz po tym jak ruszyl pociag. Poszedl gdzies na jakis czas, po czym wrocil z kolega (starszym od siebie o jakies 20 lat) i bez wiekszych ceregieli otworzyli pierwsze wino, a naprawde chwile potem drugie. Probowal cos do nas zagadac, ale nie bardzo moglismy go zrozumiec. Po sasiedzku rezydowaly dwie Rosjanki Olga i Zenia, ktora lubila mowic o sobie Jane - dwie kuzynki z Omska. Dosc szybko przeniosly sie do nas i zaczelismy zapoznawanie sie. Dogadywanie sie z nimi bylo bardzo zabawne. One do nas po rosyjsku, my do nich po polsku (chociaz Bartek w koncu zna troche rosyjski wiec mogl od czasu do czasu blysnac) . Szkot mowil po angielsku, ale tak naprawde odzywal sie rzadko, poniewaz byl malomowny, a do tego po rosyjsku umial powiedziec tylko "spasiba". Zenia/Jane jak sie pozniej okazalo, miala jakies tam podstawy angielskiego nabyte jeszcze w czasach szkolnych, co sama odkrywala z niejakim zdziwieniem. Tak wiec gawedzilismy sobie po polsku/rosyjsku/angielsku. Kiedy wszystkim skonczylo sie prywatne piwo, dziewczyny przyniosly 1,5 litrowa plastikowa butelke swojego i postawily mowiac, ze musimy koniecznie sprobowac (wcale nie bylo niesmaczne). Tak wiec probowalismy sobie i rozmawianie przychodzilo nam coraz latwiej. Dziewczyny nie mogly sie nadziwic, ze sobie tak po prostu podrozujemy (ale po co wy jedziecie do tego Irkucka?? - pytanie zadane nam co najmniej 5 razy), Szkota podrozujacego samotnie nazwaly "crazy" i ostrzegaly nas przed niezliczonymi niebezpieczenstwami czyhajacymi na nas na Syberii (ludzie tam sa zli, nie rozmawiajcie z nikim i nie podawajcie nikomu swoich dokumentow, nie dawajcie lapowek i w ogole to jak najszybciej stamtad uciekajcie). Zenia opowiadala o swojej rodzinie, o pobycie w Moskwie, ktora dla ludzi z prowincji jest chyba tym czym dla naszych rodakow w dawnych czasach USA. Najwspanialsze miejsce do zycia, bycia i mieszkania. Caly czas powtarzaly, ze nie chca wracac do Omska (na zmiane namawiajac nas do tego, zebysmy my do Omska pojechali, no bo po co mamy jechac do tego calego Irkucka!!!), ze Moskwa "never sleeps", itd.... Juz pierwszego wieczoru dostalam od dziewczyn prezent. Olga miala ksiazke po rosyjsku o tytule znaczacym mniej wiecej tyle co: dlaczego meczyznom zalezy na seksie, a kobietom na milosci, ktora zapragnela mi podarowac, wiedzac, ze nie znam "zbyt dobrze" rosyjskiego. Umowilysmy sie, ze napisze do niej maila ze streszczeniem tego co jest w ksiazce, poniewaz Olga nie zdazyla jej jeszcze przeczytac... W czasie, kiedy my rozprawialismy o sensie podrozowania Dimitri zmeczony wlasna intergracja zasnal z glowa na stole - jakie to polskie, prawda? :) No coz, wtedy myslalam jeszcze, ze widocznie nie nalezy sie po nim wiecej spodziewac.

W koncu poszlismy spac (zapewne ku radosci innych pasazerow). Sen w pociagu to niesamowita sprawa. Buja jak w kolysce, a przed zasnieciem moglam sobie popatrzec jeszcze na mijane wioski ukryte gdzies w mroku i pod kozuchami sniegu. W ciagu dnia za wiele sie nie dzialo. Olga przyniosla nam rosyjskie herbatki do sprobowania, siedzielismy sobie, patrzylismy przez okno, czytalismy. Bartek wyskoczyl na peron upolowac cos do jedzenia - przepyszne pirozki z kartoszkami za cale 20 rubli!! Warto tu wyjasnic, ze nie sa to pierozki takie jakie my znamy z polski. Pirozki rosyjskie to potrawa wielkosci i ksztaltu drozdzowki, ktora jest tak naprawde czyms w rodzaju racucha z nadzieniem. Podaje sie je na cieplo i sa bardzo sycace. Mniam.
Wieczorem znow postanowilismy sie integrowac, a raczej samo jakos tak wyszlo :) Wyciagnelismy na stol polski Krupnik (tak, tak Zosiu Krupnik :P ) i poczestowalismy naszych znajomych. Zenia, ktora caly czas powtarzala, ze ona to wlasciwie nie pije, a jak juz to troche piwka, z nieufnoscia patrzyla na nasza miodowa wodke. Pozniej to ona pierwsza wystawiala kieliszek po dolewke, a jak sie juz skonczylo to rozmarzona powtarzala co chwile "mmmm, vodka with honey". Zanim jednak sie skonczylo, a dokladnie w momencie, gdy Bartek wlewal do kieliszka ostatnia krople, odwiedzila nas milicja... Oficjalnie w pociagach nie wolno pic alkoholu powyzej 15 %. Oczywiscie oficjalnie znaczy tyle, ze wszyscy pija. Najwidoczniej sa jednak rowni i rowniejsi. Milicjanci w liczbie dwoch, przechodzac zainteresowali sie naszym Krupnikiem, porobili miny, glupio (naprawde glupio) sie pousmiechali, jeden z nich usiadl na przeciwko nas i zaczela sie rozmowa po rosyjsku, z ktorej niewiele rozumielismy. Nasze dzielne dziewczyny wspierane przez Dime (alias Dimitriego) tlumaczyly im cos, odpowiadaly, "wyklocaly sie", az w koncu tamci sobie poszli. Oczywiscie chcieli lapowke. Oczywiscie jej nie dostali. Gdybysmy byli sami, nie wiem jak by sie skonczyla ta przygoda. Albo bysmy stracili ze 100 rubli, albo musielibysmy im zaplacic w naturze, tylko jak, skoro Krupnik sie skonczyl? Policja jest w Rosji skorumpowana, tak samo jak wszyscy inni urzednicy, nie da sie z tym walczyc, jedyne co mozna zrobic to honorowo poprosic o oficjalny mandat. Nie wiadomo jak zareagowaliby na to milicjanci i czy nie pociagneloby to za soba konsekwencji w postaci odstawienia na komisariat, a tym samym przerwy w podrozy koleja. Prawdopodobnie milicjanci, mysleli, ze trafili na bogatych (haha) turystow i skapnie im w zwiazku z tym cos do kieszonki. Musielismy rozladowac jakos stres zwiazany z przygoda, wiec nasz drogi Szkot wyciagnal butelke ruskiej wodki z plecaka. Nie chcielismy narazac sie na kolejne wizyty lasych na "podarki" milicjantow, tak wiec w ukryciu preparowalismy "magic juice" jak z wielka radoscia okreslila napoj Zenia. Zenia, ktora pila tylko piwo i to w niewielkich ilosciach okazala sie byc rowniez amatorka magicznego soczku, chociaz powtarzala, ze to tylku tu i wyjatkowo, a w domu jest grzeczna :)
Nastepnego dnie dziewczyny wysiadly w Omsku, czule sie z nimi pozegnalismy, (z mezem Zeni rowniez, chociaz poznalismy go 5 minut wczesniej, ale bardzo chcial nas usciskac).

Odjechalismy dalej z naszym drogim kolega Dimitrim - Gadula. Dimitri mowil bez przerwy, szybko i cicho. Nawet przy ogromnej ilosci silnej woli, moglam zrozumiec zaledwie co trzecie zdanie, a to i tak w chwilach jego obnizonej formy, kiedy zaczynal mowic troche wolniej. Dimitri wiedzial, ze tak w sumie, to nie mowimy po rosyjsku... :) Troche nas meczyl tym swoim gadaniem, gdyz sam nie meczyl sie nigdy. Mogl tak mowic przez kilka godzin i co chwile wybuchal smiechem. Chodzil caly czas w tym samym ubraniu, koszulce i spodniach wykonanych z jakiejs sztucznej swiecacej tkaniny (czego konsekwencje latwo sobie wyobrazic) i w "wylansowanych" trzewikach z wydluzonym czubem, ktore co jakis czas czyscil nawilzonymi chusteczkami... Dimitri mial 19 lat, przerwe miedzy zebami i jak juz pisalam wczesniej wygladal troche jak opryszek. Moje serce zdobyl w trzy sekundy, kiedy wyciagnal z walizki pluszowego szczekajacego pieska dla siostrzenicy i halasujacy plastikowy samochod dla siostrzenca i dokonal ich prezentacji usmiechajac sie od ucha do ucha. Czlowiek chodzace dobro. Kiedy tylko widzial, ze wstajemy, zeby isc umyc owoce, prawie wyrywal je nam z reki i biegl do prowadnicy zrobic to za nas. Zalatwial klucz do toalety, kiedy po odjezdzie ze stacji zbyt dlugo byla zamknieta, przynosil ciastka i zaprzyjaznil sie z polowa wagonu, chociaz znal tych ludzi rownie dlugo jak my. Jednego wieczoru przyniosl likier czekoladowy i nas nim czestowal opowiadajac historie ze swojego zycia. Jedna z nich byla opowiesc o tym, jak to pewnego dnia bylo -42 na dworze i tylko on wraz z kolega przyszli do szkoly, poniewaz.... poprzedniego dnia pili wodke i bylo im tak jakos cieplo. Spytalam czy odbyly sie tego dnia jakies lekcje, na co Dima powiedzial, ze tak, popisali troche, zapalili na dworze i poszli do domu. I jak go tu nie uwielbiac? :) Tworzylismy w ogole taka zabawna ekipe: Dima opowiadal cos po rosyjsku, (po kazdym zdaniu obowiazkowo sie smial), Bartek tlumaczyl mi na polski to czego nie zrozumialam po rosyjsku (hehe), po czym ja po angielsku tlumaczylam to Ianowi. I tak przesiedzielismy sobie caly wieczor, chociaz w sumie nie mowilismy w tych samych jezykach. Ostatniego wieczoru dalismy mu mala Zubrowke, ktora zabralismy z Warszawy. Wytlumaczylismy mu co to jest i jak sie pije - a on z taka dziecieca radscia (ironio losu - z powodu wodki) uscisnal Bartkowi dlon, mnie szarmancko pocalowal w reke i powiedzial, ze postawi sobie w domu na polce :) Byl naprawde wzruszajacy w tej swojej nieskrepowanej radosci ze wszystkiego i naturalnej dobroci. Duma mieszka w Angarsku, takze pozegnalismy sie z nim godzine przed naszym dojazdem do Irkucka. Usciskal nas wszystkich i wyszedl w 35 stopniowy mroz. I naprawde bylo mi troche smutno! Pewnie jeszcze wielu takich ludzi spotkamy w trakcie naszego wyjazdu. Ale moze tych pierwszych zapamietamy najlepiej.

Nasza ulubiona rozrywka w trakcie drogi, bylo wybieganie na perony noca i przezywanie tego, jak bardzo jest juz zimno. Uwierzcie ekscytowalismy sie tym jak dzieci, a Dimitri, chociaz nie byla to dla niego zadna nowosc, ekscytowal sie razem z nami. Odkrylismy, ze w pociagu w trakcie jazdy rowniez mozna zamarznac. W przejsciu miedzy wagonami, a nawet w przedsionku panowala temperatura ok -25 stopni, a dotkniecie klamki, konczy sie oderwaniem plata skory (to nie ja). Patrzylismy jak maleje temperatura na dworcowych termometrach i zastanawialismy sie czy zdolamy to przezyc (no ok, glownie ja). Ostatniej nocy pobilismy rekord zyciowy - 33 stopni mrozu. No coz troche bylismy rozgrzani kolejna integracja, wiec porobilismy sobie fotki pod termometrem i ucieklismy do wagonu, zastanawiajac sie co czeka nas dnia nastepnego. Wtedy bylo to jeszcze zabawne. Zgodnie jednak stwierdzilismy, ze przyjechanie na Syberie zima wcale nie swiadczy o tym, ze postradalismy zmysly. Syberia przeciez kojarzy sie z zimnem, co to za wyczyn jechac tam, kiedy swieci slonce, a slupek rteci wskazuje plus 30! A moze tylko sie tak pocieszalismy...

Cala podroz, chociaz trwala 4 dni minela bardzo szybko. Ja moglabym jechac dalej, chlopaki stwierdzili, ze tyle czasu to akurat dobrze, zeby nie czuc przesytu. Pejzaze mijane za oknem byly monotonne, po wjezdzie na Syberie, roleta i moj materac przymarzaly do okna, ktore trzeba bylo rano skrobac z lodu, albo czekac az sam stopnieje, dbanie o higiene bylo bardzo utrudnione, a czasem wrecz niemozliwe (chociaz i tak porwalam sie na mycie wlosow w umywalce - reszta pasazerow patrzyla na mnie jak na dziwolaga), ale i tak bylo swietnie i super serio moge powiedziec, ze jutro wsiadlabym znow do takiego pociagu, na kolejne 4 dni.

4 komentarze:

  1. Rewelacja!!!!Mama P.

    OdpowiedzUsuń
  2. Danu, jaki Ty masz talent pisarski, wczesniej mi nieznany!
    Ty pisz, dziecko, jak najwiecej!

    Wesołych i bardzo ciepłych świąt!:) niech dziadek mróz przyniesie wam gore niespodzianek!:)

    OdpowiedzUsuń
  3. A na Ukrainnie chcieli nas aresztować za picie w plaskartnym, pewnie też chcieli łapówkę, na szczęscie mieliśmy Panią KOnsul na skłądzie. Jak tam sienniki w pociągu, czy też mieliście wrażenie , ze żyją swoim życie. Nic nie martwcie się szmapon przeciwko wszom jeszcze mamy :)
    Zuzia

    OdpowiedzUsuń
  4. Sienniki byly w porzadku, na razie zadnych zyjatek na sobie nie odnotowalismy. Zastanawiamy sie za to jakie nowe zyjatka mamy w sobie, bo mamy ogormne apetyty, nawet ja! :-)

    OdpowiedzUsuń